Decyzja Tuska, wbrew temu, co twierdzi, wcale nie świadczy o tym, że jest on mężem stanu i woli Polskę zmieniać niż ją reprezentować. Świadczy jednak o tym, że po raz pierwszy w naszej najnowszej historii realnie zakłada rządzenie w długiej, nie ograniczającej się do czterech lat, perspektywie. Jest to na pewno decyzja pragmatyczna, związana przede wszystkim z władzą, mniej zaś z wartościami, niemniej – jeśli dobrze diagnozuję motywacje premiera – świadczy, że w Polsce dzieje się coś dobrego.
Jeśli Tusk się nie myli i rzeczywiście ma szanse przetrwać jeszcze 5 lat, a potem udać się za zasłużoną (lub nie) polityczną emeryturo-prezydenturę, to jest pierwszym szefem rządu, który zakłada, że przetrwa przynajmniej dwie kadencje i stawia na to drugie najwyższe stanowisko państwowe. Ryzykuje wiele, również ewentualność, że inny kandydat Platformy Obywatelskiej (stawiam dobre wino, że będzie nim Bronisław Komorowski), przegra z Kaczyńskim i rządzenie PO przez następne lata będzie utrudnione klinczem prezydent-premier.
Otwiera to przed nami kompletnie nową perspektywę, która przez ostatnie dwie dekady była kompletnie nieobecna. Okazuje się, że można projektować działania na 10 lat do przodu. Okazuje się, że w polskiej polityce pojawia się pewna stałość, która – niezależnie od naszych sympatii i antypatii – jest na pewno czymś pożądanym.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)