Pewnie dużo czasu minie, nim ktoś znowu powie, że "wszystko już wiadomo", "wszystko ustalone", nie ma co przewidywać, bo nic zaskakującego nie może się wydarzyć. Sytuacja polityczna w Polsce jeszcze trzy dni temu wydawała się bardzo stabilna, pomimo zbliżających się wyborów. Niemal pewne było, kto za rok, dwa, będzie rządził krajem. Układ był w równowadze.
Katastrofa pod Smoleńskiem wywróciła wszystko do góry nogami. Życie straciło prawie sto osób, spośród których przynajmniej kilkanaście sprawowało kluczowe z punktu widzenia funkcjonowania państwa role: prezydent, wicemarszałkowie sejmu, posłowie, dowództwo Wojska Polskiego.
System uległ gwałtownej destabilizacji. W takich chwilach następuje zazwyczaj moment, w którym całość staje się przez chwilę samosterowna i nie da się przewidzieć jej kierunku. Poszczególne elementy tego układu w różnym tempie reagują na ten chaotyczny moment.
W ciągu dwóch dni nastąpiło sprawne utrzymanie ciągłości władzy państwowej. Obowiązki prezydenta przejął marszałek, z dużą odpowiedzialnością i wyczuciem zachował się minister spraw zagranicznych, dla którego było to zadanie szczególnie trudne z uwagi na swoje głupie uwagi podczas konwencji w Bydgoszczy przed dwoma miesiącami. W sobotę pewnie żałował tych słów (mam nadzieję).
Pomimo śmierci prezesa NBP, złotówka utrzymała poziom, a nawet ponoć się nieco umocniła. Nie dochodzą żadne niepokojące wieści z armii, pomimo tak ogromnego kryzysu personalnego na samym jej szczycie.
Jedynym obszarem życia publicznego, na którym mamy wciąż niestabilność, brak równowagi i więcej znaków zapytania niż odpowiedzi, jest system partyjny i związane z nim kwestie zbliżających się wyborów. W katastrofie zginęło dwóch poważnych kandydatów do urzędu prezydenta. Prawo i Sprawiedliwość poniosła jako partia straty największe: straciła nieformalnego lidera, kilkoro jego bliskich współpracowników, pięciu posłów i dwóch senatorów.
Pytanie pierwsze: jakie będzie Prawo i Sprawiedliwość po tej tragedii? Jak szybko się odbuduje i w jakiej postaci? Trzeba się spodziewać, że przez najbliższe lata katastrofa pod Smoleńskiem będzie ważnym symbolem i elementem wyznaczającym strategiczne decyzje w partii. Pierwszy dylemat stanie przed liderami PiS już lada chwila: czy partia wystawi swojego kandydata w wyborach prezydenckich? A jeśli tak, to kto nim będzie? Z punktu widzenia oczekiwań społecznych naturalnym kandydatem wydaje się Jarosław Kaczyński, który byłbym symbolicznym kontynuatorem myśli swojego brata i miałby bardzo duże szanse na zwycięstwo. PiS ma zresztą znacznie większe od SLD szanse na zebranie 100 tysięcy podpisów pod nową kandydaturą.
Pytanie drugie: kto zostanie prezydentem i jak będzie przebiegała kampania? Kiedy w 1922 roku zamordowano prezydenta Narutowicza, parlament - w obliczu przesilenia politycznego - wybrał Stanisława Wojciechowskiego jako postać mało kontrowersyjną, nie uwikłaną w bieżące konflikty polityczne. Wydaje się, że również teraz społeczeństwo potrzebuje przede wszystkim spokoju. W tym sensie największe szanse na prezydenturę ma Bronisław Komorowski, który dla zmęczonych polityką i łaknących spokoju Polaków może być prezydentem płynnie przejmującym swoje zadania z pełniącego obowiązki do urzędującego prezydenta. Zagrozić mu może chyba tylko Jarosław Kaczyński.
Będzie to więc prawdopodobnie bardzo spokojna kampania. Tylko pozornie wzrastają szanse Olechowskiego. Jako osoba niezaangażowana osobiście w katastrofę trudno mu będzie się odnaleźć w kampanii, której głównym motywem będzie 10 kwietnia 2010. Ta data będzie na pewno powtarzana jeszcze długo i często i wielu kontekstach.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)