We "Wprost" sprzed tygodnia (artykuł "Kościół prawych i sprawiedliwych") Michał Krzymowski dziwi się, dlaczego Bronisław Komorowski: "entuzjasta kultu Chrystusa Miłosiernego, były wykładowca w seminarium duchownym, honorowy członek katolickiego stowarzyszenia, ojciec wielodzietnej rodziny, na dodatek spokrewniony z byłym prymasem Polski" nie ma poparcia duchownych, a wręcz spotyka się w środowiskach kościelnych z mało skrywaną niechęcią. Jest to - oczywiście - sytuacja zgoła paradoksalna, skoro na czele narodowo-katolickiego frontu stoi bezdzietny kawaler, pochodzący ze zlaicyzowanej żoliborskiej inteligencji.
Gdyby patrzeć na biografie, to Bronisław Komorowski jest wręcz wymarzonym kandydatem środowisk narodowościowych, związanych z kościołem katolickim. Stało się jednak inaczej. Kombatancka przeszłość, duża rodzina, arystokratyczny charakter, łowiecka przynależność i stylowy wąsik, zostały wprzęgnięte w kampanię partii uważanej za promodernizacyjną, nowoczesną i proeuropejską. Kościół popiera natomiast kandydata, który pod prawie każdym względem ustępuje Komorowskiemu w swoim tradycjonalizmie.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)