Z ogromnym zdumieniem obserwuję reakcję niektórych środowisk w Polsce na wydarzenia związane z ogłoszeniem przez Kosowo niepodległości. Warszawę od Pristiny dzieli ponad 1000 km, jednak żywiołowość, z jaką niektórzy pomstują na złamanie zasady nienaruszalności granic i naruszenie ładu międzynarodowego daje wrażenie, jakby wydarzenia kosowskie działy się tuż obok nas.
Szczególnie dziwi mnie zaangażowanie dwóch skrajnie różnych środowisk w krytykę społeczności międzynarodowej, która stopniowo uznaje niepodległość Kosowa. W obronę serbskich interesów zaangażowały się środowiska prawosławne, jak i radykalni katoliccy narodowcy. Absurdalność tej sytuacji najlepiej widać z perspektywy Podlasia, gdzie środowiska te na co dzień nie darzą się zbyt wielką sympatią. Prawosławni biorą strefy wpływów "Wielkiej Rusi", a Kosowo jest - według nich - jednym z kluczowych miejsc dla panprawosławnej tożsamości. Narodowcy nie mogą znieść faktu, że wstrętni muzułmanie przesunęli się znowu kilkadziesiąt kilometrów wgłąb kontynentu.
Wszyscy, którzy wzbudzają nacjonalizm i szowinizm na Bałkanach, nawet jeśli przebywają tysiące kilometrów od "kotła", powinni zdawać sobie sprawę, że podsycając wzajemny nienawiść powinni się czuć odpowiedzialni za każdą kroplę krwi, która w rezultacie tego podsycania popłynie na Bałkanach.



Komentarze
Pokaż komentarze