Pytanie pierwszej debaty białostockiego Klubu Krytyki Politycznej wydaje się pytaniem z ukrytą milcząco zaakceptowaną przesłanką, iż lewica w Polsce w ogóle ma szanse istnienia. Zanim więc spytamy o formę, model światopoglądowy przyszłej polskiej lewicy, zapytajmy wcześniej, czy obecnie, czy to w debacie filozoficzno-społecznej, czy też w szeroko rozumianej przestrzeni praxis, jest w ogóle miejsce dla lewicy.
Wśród wielu publicystów lewicowych dominuje pogląd, że wybory parlamentarne w 2005 i 2007, sfinalizowane dominacją dwóch partii politycznych definiujących się jako prawicowe lub centro-prawicowe, wytworzyły w przestrzeni publicznej pewną polityczną próżnię. Ofiarami tego stanu rzeczy są: myśl lewicowa oraz miliony ludzi, którzy, wedle retoryki reprezentantów tego stanowiska, są „naturalnymi” lewicowcami, a w tej chwili czują się osierocone brakiem środowisk politycznych reprezentujących ich interesy.
Narzucony debacie publicznej lat 2005-2007 podział na Polskę „liberalną” i „socjalną” jest uważany przez stronników Lewicy za cyniczny, wyrachowany i nieszczery chwyt socjotechniczny PiS-owskich spin-doctorów. Sławomir Sierakowski i jego zwolennicy z pozoru tylko słusznie zwracają uwagę, iż PiS był „socjalny” tylko w hasłach, po objęciu władzy konsekwentnie zaś realizował politykę liberalną. I, że to czyni go głównym winowajcą ogromnego rozgoryczenia Polaków i braku wiary w ideały Polski równej, sprawiedliwej i egalitarnej. Pomijając fakt, iż jest to daleko posunięte uproszenie, należy zauważyć, iż grupa, do której odwoływał się PiS, była nieustannie, po 1989 roku, traktowana przez różne środowiska polityczne w sposób niepodmiotowy i cyniczny. Powtarzane chórem przez ludzi nie czujących się beneficjentami zmian systemowych „Oszukali!”, jest skierowane nie tylko do inżynierów i wykonawców projektu wolnorynkowego, ale również do tych, którzy żonglując hasłami socjalnymi nie realizowali w praktyce interesów tej grupy społecznej.
Najbardziej z tego powodu powinni bić się w pierś ci, którzy jawnie, choć cynicznie, odwoływali się do poczucia krzywdy, sprawiedliwości, troski o najbiedniejszych itd. Miliony ludzi traktujący przemiany pookrągłostołowe jako zdradę interesów tzw. „prostych ludzi” było metodycznie, stale i bez skrupułów oszukiwane przez środowiska różniej proweniencji politycznej – od błaznów w rodzaju Stana Tymińskiego, przez populistów z Samoobrony, prawicowców z Akcji Wyborczej Solidarność, skończywszy na tych, którzy „lewicę” mieli wypisaną na sztandarach. Paradoksalnie, ci ostatni w największym, jak się wydaje stopniu sprawili, iż rozczarowanie i rozdźwięk pomiędzy lewicową retoryką a praktyczną realizacją interesów grup wykluczonych okazał się faktem.
Przyczyn śladowego poparcia, jakim cieszy się teraz LiD, nie należy w związku z tym poszukiwać w rzekomym mamieniu Polaków przez PiS obietnicą „Polski socjalnej”. O zdradę lewicowych ideałów nie należy również oskarżać Samoobrony, bo jak można odwoływać się do sumień ludzi, którzy ich najprawdopodobniej nie posiadają? Bezpośrednią winą to, że obecnie na scenie politycznej są tylko dwie liczące się partie i żadna z nich nie jest związana z lewicą, ponosi sama – świętej pamięci – lewica.
Postać, z którą polska lewica wiąże ostatnio wielkie nadzieje, redaktor naczelny Krytyki Politycznej Sławomir Sierakowski, wyznał w rozmowie z Aleksandrem Kwaśniewskim (ostatni numer KP), że jego zdaniem globalne zmiany światopoglądowo-ideologiczne, przebiegają w Polsce szybciej, niż w innych krajach byłego bloku wschodniego. Oznaczałoby to, że zdaniem Sierakowskiego, to Polsce jako pierwszej ma przypaść ukształtowanie się nowego podziału na lewicę i prawicę, nie związanego z porządkiem pookrągłostołowym. Przyznam, że teza ta zrobiła na mnie spore wrażenie i minęło dużo czasu, zanim zrozumiałem jej nietrafność i prawdziwy sens. Skąd bowiem bierze się to dziwne rozdwojenie Sierakowskiego, który z jednej strony w wywiadzie zamieszczonym w KP traktuje Kwaśniewskiego, lekko sprawę ujmując, okrutnie, a – z drugiej strony – robi przyjazne gesty w kierunku Lid? Odrzucam tutaj wszelkie wyjaśnienia merkantylne jako niegodne głębszej uwagi. Wszyscy potrzebują pieniędzy do działania, zaś KP jest na tyle rozpoznawalnym i silnym środowiskiem, że sponsorów mogłaby szukać w wielu miejscach.
Sierakowski niesłusznie uważa, że podziały okrągłostołowe są już w Polsce nieaktualne i że możliwa jest masowa, pracownicza lewica łącząca etatyzm gospodarczy z liberalizmem światopoglądowym. Złudzenie Sierakowskiego polega na tym, że takiej grupy w Polsce nie ma i jeszcze długo nie będzie.
Łódź i Białystok to miasta o podobnej historii i strukturze demograficznej. Są to miasta robotniczo-chłopskie, więc – na zdrowy rozum – to tu jako pierwsza powinna rozwijać się prawdziwa, nowoczesna, laicka socjaldemokracja. Jakimś trafem w obu tych miastach prawica trzyma się bardzo dobrze, a lewica w całkowitym odwrocie.
Skąd w związku z tym, bierze się wiara Sierakowskiego i jego kolegów w to, iż w Polsce może powstać nowoczesna lewica? Otóż, moim zdaniem, wynika ona ze swoistej politycznej schizofrenii.
Schizofrenia Krytyki Politycznej bierze się z naturalnej ewolucji, jaką przechodzi to środowisko, najzwyczajniej w świecie doroślejąc. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobił na mnie wstępniak Sierakowskiego do pierwszego numeru Krytyki. Wówczas perspektywy myślenia i działania wyznaczał sprzeciw wobec uniwersalizującego dyskursu Gazety Wyborczej, zawłaszczającego prawo do mówienia o sprawach publicznych przez wąskie towarzystwo wzajemnej adoracji. O tym, jaką ewolucję przeszło to pismo i to środowisko, świadczy stan obecny. Sierakowski publicznie mówi o przyjaźni z Michnikiem i Olejniczakiem, a Kwaśniewskiego atakuje prawdopodobnie tylko dlatego, że ten ostatni to polityczny trup. Ostatni numer Krytyki Politycznej pod względem dogmatyzmu i wściekłości skierowanej do wszystkiego co inne jest dokładnym odzwierciedleniem tego, co tak Sierakowskiego denerwowało w czasach hegemonii gazetowyborczej. Paweł Dunin-Wąsowicz świetnie zauważa w "Lampie", że okładka ostatniej krytyki jako żywo przypomina okładki ultrakatolickiej Frondy….
Chce być Sierakowski nowym Michnikiem polskiej polityki. Skończył się czas ulotnych planów i marzeń, nadeszła próba wcielenia tych planów w życie. W jaki jednak sposób zbudować silną lewicę, mając w ręku tylko hermetyczne, dobrze wykształcone, więc oczywiście zapracowane warszawskie środowisko? Czy ci dobrze ubrani, świetnie zarabiający ludzie pracujący na co dzień w wielkich korporacjach, będą w stanie poświęcić nieco więcej niż do tej pory realizacji projektu silnego lewicowego stronnictwa politycznego?
Nic z tych rzeczy, i Sierakowski zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego wiąże się ze starymi politycznymi wyjadaczami, którzy spanikowani spadającymi słupkami poparcia będą mu w stanie dać wiele. Olejniczak i jego partia są w stanie dać Sierakowskiemu coś, czego on nie posiada, a mianowicie polityczne cwaniactwo, struktury partyjne i setki ludzi do wywieszania plakatów. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby młode, inteligentne towarzystwo warszawskiej lewicowej inteligencji, zarabiające duże pieniądze w warszawskich korporacjach, a w niedzielne przedpołudnia, zamiast klęczeć w kościołach z ludem, leczące objawy dnia poprzedniego, było w stanie poświęcić się bezinteresownie szczytnej lewicowej idei działania w interesie najsłabszych.
Dlatego trzeba wejść w alianse z postkomunistami. A stąd już pierwszy krok ku wejściu w polski, polityczny mainstream, kampanijny pragmatyzm, obietnice bez pokrycia itd. Sierakowski wkroczył moim zdaniem właśnie na ścieżkę, którego zakończeniem są demonstrujące pod oknami gabinetów pielęgniarki i górnicy z powtarzającym się jak echo: „Oszukali!, Oszukali!”.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)