W rubryce "Podpatrzone" białostockiego dodatku do Gazety Wyborczej Ewa Sokólska opisuje wstrząsającą scenę rozgrywającą się w jednym z hipermarketów. Kasjerka wzywa dzwonkiem menedżera i błagającym tonem prosi o przerwę, ponieważ jest bardzo spragniona. Menedżer odmawia, każe czekać na przerwę i odchodzi. Jeden z klientów obserwujący sytuację wyjmuje ze swojego koszyka butelkę mineralnej, otwiera ją i częstuje ekspedientkę. Ta odmawia, bo "regulamin zakazuje przyjmowania prezentów od klienta".
Czytałem tę historię z przerażeniem, bo pokazuje ona, że nawet pomimo braku bezrobocia w cywilizowanym kraju w samym środku Europy mogą się dziać rzeczy jako żywo wyjęte z czasów przed zniesieniem niewolnictwa. A cała ta historia, a także inne, bo przypadków okrutnego traktowania pracowników na niskich stanowiskach można podać wiele, wskazuje na problem natury ogólnej.
Problem ten nosi nazwę "związki zawodowe". Polskie związki zawodowe są organizacjami niezdolnymi do rzeczywistej i realnej ochrony interesów pracowników. To archaiczne molochy broniące starych przywilejów, bardzo często paraliżujące rozwój takich przedsiębiorstw, jak Poczta Polska czy Polskie Koleje Państwowe. Pracownicy małych przedsiębiorstw, a nawet tych dużych, ale powstałych po przemianach ustrojowych, nie za bardzo mogą oczekiwać od nich wsparcia.
Zastanawiam się też, gdzie w tych wszystkich przypadkach nadużyć pracodawców podziała się lewica. W sytuacji, kiedy praktycznie nie widać jej w Sejmie, historie takie jak ta z białostockiego hipermarketu powinny być dla polskiej lewicy oczywitym polem działania. To lewica powinna pochylać się nad tym konkretnym, rzeczywistym człowiekiem i jego krzywdą. Od kiedy lewica zniknęła z Sejmu, zniknęła też z ekranów telewizora. Ale najgorsze jest to, że nie ma jej na ulicy. I nie dlatego, że kiedyś tam była, ale dlatego, że nigdy od sierpnia 1980 roku na nią nie wyszła.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)