Muszę przyznać, że mam problem z Jadwigą Staniszkis. Konfuzja ta pogłębiła się po lekturze wywiadu Dziennika z panią profesor. Wywiadu, który pierwotnie dotyczyć miał kryzysu finansowego i tego, w jaki sposób polski rząd powinien reagować na zmiany w globalnej gospodarce. Rzuciłem się na tę rozmowę jak pies na kość głównie dlatego, że jestem świeżo po lekturze bardzo osobistej książki Staniszkis "Ja. Próba rekonstrukcji" (tutaj moje szczegółowe uwagi o tym tekście).
Jadwiga Staniszkis to postać kontrowersyjna i trudna do zaszufladkowania. Dystans, z jakim traktują ją praktycznie wszystkie strony sceny politycznej i pozycja ideologicznego outsidera przyjęta przez Staniszkis stawiają ją w potocznej opinii w gronie podejrzanych albo o obłęd, albo o geniusz.
Podejrzenia te mogą się pogłębić po wczorajszym wywiadzie. Niezwykle intrygujące prognozy dotyczące skutków kryzysu miesza Staniszkis z mało poważnymi uszczypliwościami o pracy poszczególnych ministrów obecnego rządu.
Staniszkis najwyraźniej z trudem radzi sobie z rolą "eksperta od wszystkiego", co zdecydowanie nie jest funkcją łatwą, tym bardziej, że często przyjmuje się ją wbrew swojej woli i przeciwko osobistym intencjom. Świat mediów jest nieubłagany, a profesor Staniszkis zbyt łatwo daje się złapać w jego sieci.
Z dużo większą przyjemnością czyta się książkowe analizy Staniszkis, w których nie potrzebuje pojęciowych fajerwerków. Wówczas, oczywiście, zarzuca się jej techniczny, mało zrozumiały i zanurzony w teorii język. Kiedy się jednak ten Staniszkisowy język przyswoi, daje on niesamowite możliwości interpretacyjne, wykraczające daleko poza świat polityki.
Zdecydowanie wolę rozważania pani profesor o społeczeństwie sieciowym, niż uwagi i miękkości Tuska i braku autentyzmu Boniego.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)