Walka z populizmem przypomina trochę zamiatanie śmieci pod dywan. Nie warto w ten sposób sprzątać brudów szczególnie przy okazji dużych porządków, jak te przedświąteczne. Zamiecione pod dywan śmieci w końcu dadzą o sobie znać, pojawią się albo po tej samej, albo po przeciwnej stronie dywanu. Jak nie z prawa, to z lewa. Jak nie z dołu, to z góry…
Tak właśnie jest z polskim populizmem. Kiedy wydawało się, że prezes Kaczyński swoimi dalekowzrocznymi posunięciami opartymi na przenikliwej intuicji politycznej, uwolnił Polskę na dobre Andrzeja Leppera i Romana Giertycha i kiedy mieliśmy nadzieję, że nareszcie nasza scena polityczna zacznie przypominać zdrowy system partyjny, gdzie lewica jest lewicowa, a prawica – prawicowa, okazało się, że zamieciony przez Kaczyńskiego pod dywan smrodek populizmu pojawia się znowu. I nie daje spokoju.
Populizmu mamy w brud i pojawia się on nawet w środowiskach, które posądzenie o populizm uważają za najgorszą obelgę. Oczywiście, można się zastanawiać, czy ów populizm jest nie jest wyłącznie polityczną obelgą i czy poza dawką jadu i żółci wylewaną za jego pomocą na antagonistów kryje się coś substancjalnego. Wszak podobny los spotkał etykietkę „liberalny”, którą w Polsce przełomu lat 2008/2009 mało kto już kojarzy z wolnością i indywidualizmem, natomiast większość – z Balcerowiczem.
Ci, którzy za pomocą słów-kluczy „neoliberalny”, „kapitalistyczny”, „globalistyczny”, stanowią współczesną emanację populizmu. Świetnie pokazuje to Rafał Ziemkiewicz w opublikowanym dwa tygodnie temu w Rzeczpospolitej tekście o wizycie w Warszawie publicystki Naomi Klein. Pisze, że gdyby zamiast autorki „No-logo” posadzić Gabriela Janowskiego (kto jeszcze pamięta jego wygibasy w sejmowych kuluarach?), większość ze zgromadzonej alterglobalistycznej, nowolewicowej młodzieży, nie dostrzegłaby różnicy. Sprawdziłem to zresztą na własnej skórze, uczestnicząc w niedawnym spotkaniu poświęconym reformie w służbie zdrowia. Uczestniczący w nim Marek Balicki, notabene prawdopodobnie jedna z najrozsądniejszych postaci polskiej lewicy dzisiaj, nie potrafił rzeczowo uzasadnić wyższości organizacji, która może generować zysk swoim właścicielom od tej, której takie generowanie będzie zabronione. Przeciwnie, twierdził, że szpitale non-profit będą funkcjonowały lepiej od zwykłych przedsiębiorstw. W praktyce, jeżeli gdziekolwiek sprawdzają się organizacje non-profit, to tam, gdzie podmioty nie są w stanie funkcjonować na normalnych zasadach (na przykład spółdzielnie społeczne tworzone w ramach ekonomii społecznej). Chętnych do inwestowania w szpitale i przychodnie jest wielu, trudno zrozumieć, czemu miałby służyć zakazywanie inwestującym w służbę zdrowia wydawania zarobionych w ten sposób pieniędzy na nowe domy, mieszkania, samochody...
W obecnej polityce przykładów, w których argumenty populistyczne wymykają się zdrowemu rozsądkowi, można podawać sporo. Okazuje się, że populistami mogą być nie tylko małorolni po zawodówce… A ten nasz polski populizm jest wszędobylski, i – mam nadzieję, że się mylę – nieprzezwyciężalny…


Komentarze
Pokaż komentarze