Z rozbawieniem przysłuchiwałem się wczoraj dyskusji o zmianach w architekturze Białegostoku po 1989 roku. Spotkanie odbywało się w dawnym domu partii, a zorganizowane zostało przez młodych pracowników Instytutu Socjologii UwB oraz białostocki oddział Krytyki Politycznej.
Dyskusja była śmieszna na kilku poziomach. Po pierwsze, z rozbawieniem przysłuchiwałem się karkołomnym porównaniom uporządkowanej, czystej i bezpiecznej przestrzeni miejskiej w PRL-u z chaotycznym, upstrzonym reklamami i nieprzewidywalnym nieporządkiem miast polskich po 1989 roku. Słuchałem tego z uśmiechem na twarzy, bo pamiętam kiedy we wczesnych latach dziewięćdziesiątych ludzie byli szczęśliwi, że skończyła się w końcu szarzyzna realnego komunizmu i że nasze miasta wyglądają w końcu „normalnie”.
Cóż, życie jest zawsze gdzie indziej. Rozmówcy narzekali, że nowo powstały rynek miejski i deptak świecą pustkami, że za dużo mamy banków, a za mało pomysłów na przyciągnięcie ludzi do centrum. Pomijając fakt, że taka sama sytuacja jest w większości polskich miast i wynika z braku tożsamości mieszczańskiej i mieszczańskiego stylu życia, które kształtują się setkami lat, a odpowiednio zaprojektowana przestrzeń może im sprzyjać, ale nie wywołać, zdumiała mnie wiara prelegentów w możliwość odgórnego zaprojektowania takiego ładu, który będzie przez wszystkich zaakceptowany.
Powszechną akceptację zebranych zyskał pomysł rozstrzygania przetargów o wynajem komunalnych lokali w centrum nie na podstawie kryterium ceny, ale innych „prospołecznych” kryteriów. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że w przypadku takiego przetargu, komisja oceniająca może oddać lokal komuś, kto co prawda proponuje niską cenę za wynajem, ale chce tam prowadzić, na przykład, działalność kulturalną. Czy aż tak trudno zrozumieć, że, po pierwsze, decyzja taka będzie zawsze arbitralna (to, co prospołeczne dla mnie, nie musi być prospołeczne dla kogoś innego!), i, po drugie, wynajmując lokal po cenie niższej niż rynkowa (a ta równa jest najwyższej ofercie w przetargu), miasto traci określone środki, które mogłoby przeznaczyć na szereg szczytnych celów! Jako podatnik mogę nie życzyć sobie marnotrawienia moich pieniędzy i niegospodarności w zarządzaniu po części moją własnością!
Receptą na ożywienie centrum miasta – nie tylko Białegostoku, ale każdego innego, w którym następuje zjawisko opustoszonych centrów i przenoszenia handlu do galerii na jego obrzeżach, jest umożliwienie na nich wolnej działalności: handlowej, usługowej, kulturalnej, politycznej itd. Dzięki spontanicznej działalności wolnych ludzi tworzy się przestrzeń publiczna, przestrzeń oswojona. Tworzy się ład nie zaprojektowany, ale wyłoniony spontanicznie, a więc najlepszy z możliwych. Znieśmy zakazy handlu, jazdy na rolkach, sprzedajmy lokale przy rynku tym, którzy dadzą najwięcej. Niech na płycie rynku rozłożą swoje towary bukiniści, piekarze, rzeźnicy. Niech każdy, kto ma ochotę zaprezentować innym swoją twórczość, może to zrobić bez żadnych zezwoleń, reglamentacji i decyzji. Przestrzeń natychmiast stanie się przyjazna i ludzka.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)