22 obserwujących
324 notki
175k odsłon
  617   0

Cieszę się z "Orlenu", ale...

Andrzej Owsiński

Cieszę się z “Orlenu”, ale…

Cieszę się z rozwoju “Orlenu”, ale jednak mam wyraźny niedosyt, nie tylko dlatego, że jak na razie jest to jedyny przykład rozrostu wielkiego przedsiębiorstwa, lecz też i z innych powodów. Irytuje mnie powtarzanie w kółko „małe i średnie, małe i średnie”, tak na prawdę chodzi wyłącznie o małe przedsiębiorstwa o czym miałem okazję pisać.

Nie jestem przeciwko nim, tylko, że powiem tak, jak ten profesor na rozprawie doktorskiej jakiejś pani; kiedy wypowiedział się negatywnie, owa pani zapytała: czy panu profesorowi nie przeszkadza to, że ja jestem Żydówką? Na to profesor: to mi nie przeszkadza, tylko to mi nie wystarcza.

Otóż mnie też nie przeszkadza, tylko stanowczo nie wystarcza ograniczanie polskiej gospodarki do małych przedsiębiorstw, bo z tym na rynek konkurencji światowej się nie wyjdzie. Pomijając wszystko inne, to nawet wstyd że kraj czterdziestomilionowy nie ma na świecie ani jednej własnej marki.

Nawet w okresie przedwojennego, dokonywanego w nieporównywalnie cięższych warunkach wybijania się na samodzielność gospodarczą mieliśmy firmy, na ówczesną skalę dość duże, wychodzące na świat. Opisywałem to wielokrotnie i nie będę nudził, chodzi mi natomiast o fakt, że tak na prawdę to zarabiają wielkie pieniądze tylko duże firmy, przynajmniej takie jak Orlen. Trzeba mieć tylko produkt i zdolność promocji, najlepiej gdyby to był produkt polski od początku jego powstania z polskich surowców, znajdujący również popyt na rynku krajowym.

Nasze dziedzictwo gospodarcze po PRL było dość przerażające, cała gospodarka była nastawiona na zaopatrzenie Sowietów i przemysłu wojennego. Nędzne płace i chłonność odbiorcy powodowały byle jaką jakość produktów, z którymi trudno było wyjść za granicę i sprzedawać za prawdziwe pieniądze.

Toteż za Gierka, który musiał nadrabiać brak zaufania u “towarzyszy radzieckich” i doprowadził do ulokowania 40% polskiego eksportu w Sowietach, nie licząc wydatków na ich interesy w Polsce, głównym zadaniem było przepompowanie dolarów wydawanych na zachodzie na ruble po 70, a potem nawet po 60 kopiejek za dolara.

Ponadto, dla zaspokojenia ambicji wojewódzkich kacyków, których namnożył z 17 na 49, kupowano “pod klucz” całe zakłady, nie biorąc pod uwagę ani potrzeb, ani możliwości zaopatrzenia i zbytu. Dla tych “gauleiterów”, jak siebie sami czasem nazywali, nie ważne było co i jak się produkuje, najważniejsza była nomenklaturowa dyspozycja, a przede wszystkim poczucie władzy.

Pamiętam, że kiedy na jakimś spotkaniu, wyraźny “pogrobowiec” gierkowski chwalił go za zbudowanie w Polsce ponad 2 tys. nowych zakładów, mogłem mu śmiało odpowiedzieć, że przynajmniej o tysiąc za dużo, gdyż posiadany potencjał istniejących już nie był w pełni wykorzystany.

Ponadto modernizacja i zmiany organizacji przemysłu dawały lepsze rezultaty przy znacznie mniejszych nakładach. Przede wszystkim brakowało wykwalifikowanych załóg do obsługi niekiedy skomplikowanych i kosztownych maszyn.

Mogę się przy tym powołać na własne doświadczenie jako wyznaczonego eksperta w sprawie kontaktów z nowymi władzami wojewódzkimi w dziedzinie gospodarki rybnej. Powierzono mi dużą wschodnią połać kraju z Warszawą na czele.

Po pierwsze, mój krajan z Wołynia, zaprzyjaźniony dyrektor Centrali Rybnej w Warszawie skarżył mi się, że jest naciskany w sprawie budowy zakładu przetwórstwa rybnego w Płocku, bo jest tam znaczna nadwyżka bezrobotnych kobiet, które w tym zakładzie można zatrudnić, a ponadto Płock leży nad Wisłą to i ryby powinny być (sic!). Z punktu widzenia położenia Płocka wobec dostaw surowca z Wybrzeża, a także chłonności miejscowego rynku, był to nonsens. Nacisk partyjny był jednak silniejszy i Centrala Rybna taki zakład w Płocku zbudowała, tylko okazało się, że owa “nadwyżka” kobiet już została pochłonięta przez bardziej atrakcyjny dziewiarski “Kotex”.

No bo cóż można “wynieść” z zakładu rybnego, najwyżej kawałek ryby, a z “Kotexu”, jak dobrze pójdzie, to nie tylko włóczkę, ale nawet cały sweterek, lub bluzkę. Toteż pracowników do ryb trzeba było przywozić autobusami z odległości przynajmniej 50 km. Nie mówiąc o tym, że znaczną część produktu musiało się wywozić do Warszawy. Najważniejsze, że zakład był i miejscowy gauleiter mógł dyrygować obsadą, bo na Petrochemię miał za krótkie ręce, to już była domena KC.

Jeszcze gorzej wypadło z zakładem mięsnym w Ełku, gdzie ulokowano na polecenie partii zakłady przetwórstwa mięsnego kupione “pod klucz” w Kanadzie (!?), zapewne za niezłą łapówkę. Trzeba było nie lada gimnastyki, ażeby dla tego zakładu znaleźć załogę, a jeszcze większą z surowcem. Zakład jednak uruchomiono z obsadą chłoporobotniczą, która uznała że linia produkcyjna jest złośliwa i nie daje ludziom zarobić, bowiem na każdym stanowisku jest automatyczna waga, uniemożliwiająca uszczknięcie czegokolwiek dla siebie. Od czego jednak pomysłowość, w wagę wkręcało się drut i już była “nadwyżka” do zagospodarowania, że całą linię szlag trafiał to już najmniejsze zmartwienie. I tak wobec braku mięsa nie była ona potrzebna, przecież to, co było w sklepie każdy czeladnik mógł podzielić, z pożytkiem dla klientów i dla “ludzi”, czyli dla załogi. W parę lat później mogłem podziwiać całą wycofaną z produkcji halę fabryczną w Łodzi wypełnioną wspaniałymi maszynami do mięsa amerykańskiego Berkela, zakupionymi za ciężko pożyczone dolary, uznanymi za zbędne w handlu mięsnym.

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka