W ogóle przemówienia wyborcze Prezesa zdają się być rozgrywane w paru płaszczyznach. Nie powiem, że mają drugie dno, bo skojarzenie jest niemiłe. Pierwsza warstwa, emocjonalna, niesie przesłanie do zdecydowanej większości obywateli. Otóż od lat dwudziestych zeszłego wieku, po kryzysie demokracji w Europie nastał czas osobników przemawiających bezpośrednio do podświadomości odbiorców. Tam zawartość treściowa miała znaczenie drugorzędne, ale forma wypowiedzi, tembr głosu, gestykulacja, no i oczywiście odpowiednie akcentowanie krzykiem, na granicy histerii miały oddziaływać na emocje, i co tu ukrywać oddziaływały. Przykładów nie podam, bo rzecz adresuję do ludzi rozumnych. Co do warstwy drugiej mam kłopot, co gorsza kłopot mają też zwolennicy Prezesa. Istotne jest oczywiście,że Premier swoje rozumienie rzeczywistości ustawił w środku osi jako miarę wszechrzeczy, i sobie tylko przyznaje prawo ferowania wyroków i określania definicji, ale to nie koniec problemów.
Albo Pan Kaczyński ma swoistą, odmienną miarę czasu, albo też nazewnictwo inne. Jeżeli rzucone przed rokiem słowo „nigdy!”, tak naprawdę oznaczało dwa tygodnie, to może ten 13 grudnia 1981, też oznacza inny dzień? Może 22 lipca 1944, 15 sierpnia 1921, albo jeszcze coś innego?A może rację ma poseł Cymański i przekaz Premiera wymaga interpretacji? Ale który? Ten o ZOMO, o 13 grudnia 81, czy chodzi też o opaczne zrozumienie dzisiejszego nawoływania do walki klasowej z kapitalistami? To może i inne, wygadywane przez Prezesa kwestie musimy rozumieć inaczej? Może potrzebny tu jest tłumacz?! Po którejś kolejnej szokującej wypowiedzi Wilhelma II Hohenzollerna, interpretowanej rozpaczliwie przez jego rzeczników, Teodore Roosvelt stwierdził rzeczowo- „Ocho! Kajzer znowu coś palnął! Wyjątkowo nieusiedziana kreatura!”
Nelly Rokita, Wicekaczyński po numeracji na liście, też coś ostatnio dużo mówi. Problem w tym, że owa pani najpierw mówi, a długo potem dopiero myśli. Pomiędzy tymi dwoma etapami wypowiada co rusz jakieś kwestie, a przemyślenia do owych czekają na swoją kolej. Dodać do tego niegustowny kapelutek i mamy ekstrawagancję. U człowieka zwyczajnego byłaby to co najmniej nieroztropność.
Zwyczajną babinę napieprza łeb, u pani hrabiny nazywa się to migrena.
Co prawda semantyka płata figle przyszłym sojusznikom. Etykieta POPIS brzmi trochę jak niepoważne cyrkowe wygłupy, za to PISOLID to dobra nazwa na środek odkażający do toalet. LIDOPIS zaś jak sprzęt biurowy. Ma ktoś inne, gustowniejsze propozycje?



Komentarze
Pokaż komentarze (30)