Słyszy się w publicystyce coraz to zatroskane glosy o kondycję lewej strony panoramy politycznej. Apele o pilne poszukiwanie polskiego Zapatero.
W Polsce funkcjonują dwa polityczne ugrupowania, do których odnosi się kolokwialnie pojęte określenie ideologii lewicowej. Chociaż z dwóch różnych punktów odniesienia.
I jak to Polszcze zwyczajne, oficjalna etykieta prawdzie nie odpowiada, natomiast właściwe kryteria spełniają partie, które się od czerwonych dogmatów gwałtownie odżegnują.
Co więcej, dla gorących zwolenników PIS, LPR, Prawicy Rzeczpospolitej, i ulegającej powolnej mumifikacji „Solidarności”, słownictwo potoczne, wiązane z PRL-owskim dziedzictwem, służy za pejoratywne określenia, a salonowi apologeci PIS używają ich chętnie jako obelgi. To wina pokutującej semantyki, która przypisała określenia z nowomowy „realnego socjalizmu” do języka mającego pognębić odmiennie myślących adwersarzy. Został stworzony słownik określeń, nie mających związku z rzeczywistą ideologią, a wiążący nazewnictwo już nie tyle ze sferą polityczną, a częściej z obyczajową.
Lewica deklaratywna, gdzie etykieta jest prawie wyłącznie sukcesją pochodzenia od korzeni PRL-owskich PZPR, z prawdziwymi ideami socjalizmu nie ma wiele styczności. Kapitalizm państwowy czasów powojennych, wykreował system, gdzie obywatel nominalnie był właścicielem środków produkcji oraz narodowego majątku , a faktycznie społeczne środki wytwórcze należały do wąskiej grupy reprezentującej samozwańczo naród i określanej popularnie jako „Państwo”. Z którym zdecydowana większość obywateli wcale się nie utożsamiała. Hasła sprawiedliwości społecznej, mocno skompromitowane i budzące niechętne skojarzenia, tak naprawdę oznaczały ograniczenie wolności osobistej i zdjęcie z obywatela troski o samodzielne myślenie, poprzez maksymalne zawężenie myślowych horyzontów, i perspektyw życiowych. Ograniczone do codziennej walki o kawałeczek świńskiej tkanki i realizację z trudem wyszarpanego z rzuconej puli talonu. Na właściwie wszystko. Państwo samo określało potrzeby obywatela na minimalnym zresztą poziomie i z coraz większym trudem próbowało je realizować.
Sukcesorem „lewicy deklaratywnej” pozostał SLD, przechodząc ewolucję nazw i gubiąc do końca resztki ideologii wraz ze zmieniającymi się kolejnymi szyldami. Dzisiaj poza oportunizmem nie zostało nic. Teraz lewicowość w ujęciu potocznym oznacza swobodę obyczajową z ofensywną emancypacją mniejszości seksualnych, dziwacznie pojęte chronienie środowiska naturalnego, walkę o prawa kobiet, antyklerykalizm.
A nade wszystko propagowanie podniesienia podatków jako głównego elementu realizacji hasła sprawiedliwości społecznej. I wciąż otwarte pytanie o przywództwo w targanej sprzecznościami quasispołeczności partyjnej, zsuwającej się w kierunku sekciarstwa. Bez przyszłości.
Sam liberalizm w sferze obyczajowej, bez gospodarczego programu, to ślepa uliczka polityki. Socjaliści z PD, lewicowa, zasłużona opozycja PRL-u, nie mają tam czego szukać.
Zaiste najbliżej im do PIS. Bo to w tej chwili jest prawdziwa lewica. Duża formacja ludowo- konserwatywna, gdzie ludowość przekłada się na rzeczywisty socjalizm, o jakim marzyli żarliwi ideolodzy „Solidarności”. Poddanie centralnej władzy kontroli wszelkich dziedzin życia, upartyjnienie instytucji społecznych, ograniczenie samorządu lokalnego.
Obecność dużego prywatnego sektora w gospodarce uwiera, i dopóki się z tym ropiejącym wrzodem nie uda rozprawić, należy podjąć wszelkie starania, aby się ta zaraza nie rozprzestrzeniała. Wstrzymać procesy prywatyzacyjne, a państwową sferę produkcji odzyskać dla Nowego Państwa. A luźno na razie rzucane propozycje renacjonalizacji „życiowo ważnych” dla narodu gałęzi gospodarki, nawiązują w istocie do praktyk epoki potępianej. Chociaż nie tak zaciekle atakowanej jak III RP, synonim wszelkiego zła.
Towarzyszy idei „solidarnego państwa” (zastępującego niewygodne słowo „socjalizm”, skompromitowane przez PRL-owskie praktyki, w praktyce tożsame) obyczajowy konserwatyzm, ideowo wspierany przez toruński koncern medialny. Ale w wersji soft, bez radykalizmu Marka Jurka.
Język partyjny też się zmienił. Jak w PRL, ścisłe kierownictwo zaczyna się pozbywać niezależnych intelektualnie wartościowszych indywidualistów, na rzecz mentalnych karzełków, i zaczyna dominować śmieszna nowomowa. A coraz lepiej wykształcone społeczeństwo ze zdumieniem wysłuchuje konstrukcji myślowych generowanych przez genetycznych intelektualistów z najbliższego otoczenia Prezesa. Narodowa, zdecydowana większość, reprezentowana jest w sejmie przez parlamentarną mniejszość!
Nienawiść, jaką od początków XX wieku żywili do siebie socjaldemokraci i komuniści odradza się, z tym, że rzeczywiści socjaliści inwektywami obrzucają teraz bez wyjątku wszystkich, którzy odbiegają od przyjętego szablonu Polaka-Patrioty.Pozostało w schedzie obraźliwe słownictwo, w salonie obficie cytowane: - „postkomuna”, Komuchy, Czerwona hołota, „żydokomuna”, żydokomunomichnikowszczyzna”, GW, bolszewia(?!) no i słowo wytrych –„lewak”, jako określenie człowieka, który się w bogoojczyźnianym i prawdziwie socjaldemokratycznym schemacie nie mieści.
Lewica jest w demokratycznym ustroju potrzebna, lecz nie jako siła rządząca, lecz recenzent punktujący wady i zaniechania liberałów. Rządy lewicy to nieszczęście, po którym trzeba krajowi ordynować kosztowną i bolesną kurację ozdrawiającą. Do października przez kilkanaście lat rządziła właśnie lewica, i to pod różnymi szyldami. Dobrze nie było, zwłaszcza przez ostatnie dwa lata, które większość kraju pogrążyły w stanie gryzącej, beznadziejnej bezsilności.
Żeby tylko znowu nie było recydywy.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)