Kontrowersje wokół prestiżu w reprezentowaniu kraju na zewnątrz, i swoista walka o rzeczywisty wpływ na bieg spraw zagranicznych zawiodła nas na skraj śmieszności grożący kompromitacją. Trudno tu wskazywać winnych, skoro u podłoża leży konstytucyjny błąd. Ale i aktorzy spektaklu bez winy nie są. Spór o przewodnictwo delegacji może ma ambicjonalne znaczenie, ale sprowadzony został do poziomu wyrywania sobie plastikowego wiaderka w piaskownicy.
Wielki klasyk naszej historii kilkadziesiąt lat temu trafnie odniósł się do swoistego zawłaszczania państwa przez rządzące ekipy, i to niezależnie od politycznego ustroju. Nie ważne, czy obsadzanie stanowisk miało jeno pozór demokratycznego wyboru, czy włodarze faktycznie z woli narodu rządy przejmowali. Traktowanie państwa jako należnego sobie lenna musi tkwić w naszej mentalności, przejmowane zwyczajem, wzorem zostawionym przez poprzedników i podszyte nieufnością do zorganizowanego zbiorowiska ludzkiego. Zwłaszcza takiego tworu, jak społeczeństwo obywatelskie.
„…Polskie nawyki urzędnicze wywodzą się niestety z wzorców nie kupieckich, nie państwowych, nie szlecheckich nawet, lecz z magnackich. Każdy z naszych referentów (że o dyrektorach nie wspomnę, a wyżej patrzeć po prostu się boję) chce być traktowany jak starosta Mikołaj Potocki, któremu pewien ziemianin upadł do nóg, wołając żałośnie „Tyś jest Bóg w Trójcy Jedyny, weź syna mojego do konwiktu!” (…………) Od dawna istnieje u nas , składnik polskiej krwi stanowi, swoista mistyka władzy. Samouwielbienie każdego, kto ją sprawuje w minimalnym chociażby zakresie. Szczególnie trudno Polakom pojąć, że władza polityczna to tylko funkcjonariusz społeczeństwa i nic więcej!” (P.J. „Wielcy i mali”)
Prezydent nie jest pomazańcem bożym, nawet nie jest królem elekcyjnym, i zdaje się zapominać, że pełni swój urząd z woli wyborców, i przed nimi zdaje rachunek. Jako nasz przedstawiciel, musi liczyć się z odczuciami elektorów i miarkować swoje rozdrażnienie i niewczesne ambicje. Bo jest reprezentantem kraju, a nie zaś krajem samym!
Reprezentowanie Polski nie jest tożsame z prowadzeniem polityki zagranicznej.
I jeżeli wizja moralnej przebudowy kraju serwowana nam przez prezydenckiego brata odsunięta została w czasie (oby na zawsze!), pałac prezydencki nie może w odwecie stawać się gniazdem oporu „sejmowej mniejszości reprezentującej narodową większość” przeciwko legalnie wybranej władzy wykonawczej.
Swoimi swarami i prezydent i premier wystawiają marne świadectwo nam wszystkim w imię zupełnie fałszywego i anachronicznego pojmowania władzy.
Nie wiem jaki możemy mieć środek nacisku wiodący do opamiętania, ale jeżeli opozycja chce przetrwać, a Lech Kaczyński chce przedłużyć prezydenckie trwanie, to drogę zaiste wybrali karkołomną, z wirażami na których łatwo wypaść.
Dowodem na owo magnackie, pogardliwe dla demokracji traktowanie władzy, jest patologiczna nieumiejętność jej godnego przekazania następcy.
I ogromna trudność poddania się osądowi społecznemu. Jarosław Kaczyński swoje stawiennictwo przed komisją sejmową (co jest jego parlamentarnym obowiązkiem, żeby nie rzec psim) warunkuje odpowiednim sformułowaniem zapisanych celów dochodzenia, grożąc odmową, gdyby sejm nie postąpił po jego myśli. Panisko!
Przecież to nie jego łaska, tylko powinność.
To jednak, co pozornie naturalne, w megalomańskiej duszy może budzić potężny sprzeciw.
Jakże to ten, co komunikuje się już tylko ze Stwórcą, a z ziemskich istot, z bratem, ma podlegać jakimś zależnościom, wciskać się w ciasny gorset zwyczajnego posła?
Inni do swoich porządków demokratycznych dochodzili przez dziesiątki, ba setki lat. My chcemy, nawet musimy na skróty. No i okazuje się, że trzeba mocno uważać, żeby nie wejść w szkodę!
A to łatwe. bo w duszy wielu u nas czuje się miniaturowym samowładcą. Choćby to było tylko spółdzielcze M3 i pracownicza działka. To jeszcze mniejsza szkoda. Ale każda, nawet minimalna władza, w polskich warunkach niesie niebezpieczeństwo deprawacji.
Z powodów podanych przez Mistrza.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)