Przy okazji Tuskowej wizyty w Rosji, w krytycznych ocenach tego wydarzenia pojawiają się znowu głosy o konieczności „ucywilizowania” Rosji, oczywiście na ten lepszy, właściwy dla Zachodu sposób. Jako warunku niezbędnego dla pokojowej koegzystencji w europejskiej rodzinie. To nieważne, że Europa podchodzi do tego pragmatycznie. My nie Europa! Nam bliżej do żarliwego entuzjazmu Ojców Założycieli.
To we współczesnym środowisku konserwatystów amerykańskich wykluła się najnowsza wersja dziejowej misji, narzucenia światu porządku demokratycznego, wedle wyobrażeń świata właściwych dla ciasnych umysłów z Nowej Anglii. Podchwycona nad Wisłą.
Nie jest to zresztą żaden intelektualny debiut ideologiczny, bo w nowoczesnej Europie takie pomysły narodziły się wraz z ideą socjalizmu. I czy był to przaśny socjalizm nadwołżański, czy socjalizm narodowy, wszystkie (podobnie zresztą jak panslawizm) miały swój prawzór w uniwersalizmie karolińskim.
W założeniu jest zawsze myśl przewodnia stanowiąca o wyższości forsowanej idei nad konkurencyjnymi.
Ten współczesny, bardzo popularny u młodzieży trend, ma swoje źródło w nieznajomości realiów życia, historii i tradycji kraju stanowiącego cel uszczęśliwiania.
I umysłowe lenistwo w próbie oceny wielowiekowych wzajemnych odniesień Rosji, Rzeczpospolitej, (a wcześniej Rzeczpospolitej Obojga Narodów) i Ukrainy. Mści się broszurowa , powierzchowna wiedza i brak osobistego doświadczenia. A tu nie wystarczy poznać dobrze historię. Trzeba wgryźć się w Turgieniewa, Gogola, Dostojewskiego. A przede wszystkim Tołstoja. I nie tylko Lwa. Także Aleksego.Trzeba sobie wziąć „Piotra Wielkiego”, i przeczytać przynajmniej dwa razy. A potem „Imperium”. I próbować zrozumieć, dlaczego autor „Jednego dnia z życia Iwana Denisowicza” jest obecnie takim wielbicielem Putina?
I co teraz piszą i mówią Rybakow i Miedwiediew?
A i to nie wystarczy! Przejechać się pociągiem przez bezkresne równiny z brzozowymi laskami, gdzie niebo ma inny odcień niż nasze,i siąść przed chatą, jakich u nas już na najgorszym zadupiu nie uświadczysz, ze szklanką wódki w garści. I kromką razowego chleba.
I spróbować zrozumieć ów przedziwny fatalizm, który jedynie Iwan Bunin w „Ciemnych alejach’ umiał najcelniej oddać. Rosyjską duszę.
Pamiętam nasze dyskusje z Rosjanami w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy te kontakty były żywsze i bardziej spontaniczne. Toczone w nieodłącznej atmosferze „nieco skorygowanej rzeczywistości”. Oni po prostu myślą inaczej. I inaczej żyją niż my. Ciążą bardziej w kierunku Wschodu, i bardziej się z nim utożsamiają, niż z tradycją łacińską.
Czy jest zatem rzeczą możliwą, że kwestia demokratyzacji Rosji nie sprowadza się do wyboru modelu systemu, a do postawienia pytania, czy kraj ten w ogóle potrzebuje demokracji?
Przez wieki, od czasów Dymitra Dońskiego kraj ewoluował w kierunku silnego absolutyzmu z patriarchalnym stosunkiem władcy do poddanych. Popartym przejęciem przez władcę formalnego zwierzchnictwa nad Cerkwią.
I odcisnął tak silne piętno, że stał się nieodłączną częścią Rosji postrzeganej jako całość. Nigdzie indziej ludwikowskie „Państwo to Ja!” nie przetrwało w czystej postaci do dnia dzisiejszego. Przy akceptacji zdecydowanej większości społeczeństwa.
Oni Cara Ojczulka potrzebują, a próby wtrynienia im na siłę obcego obyczajowo i mentalnie zachodniego ustroju traktują podejrzliwie. I słusznie. Bo misjonarskie zapędy konserwatystów lekceważą kulturę i obyczaje krajów obranych za cel uszczęśliwiania.
Jeżeli Rosja ma wybrać demokrację, co pewnie nie nastąpi szybko, to zrobi to sama. Słynna nadwołżańska drażliwość nie zniesie narzucania jej modelu życia. Odbierają to jako wtrącanie się, i zaglądanie w garnki, a tego nie lubią zdecydowanie. Zwłaszcza, że w stosunku do Zachodu odczuwają potężny kompleks. Skutkujący narastającym nacjonalizmem.
Oczekują traktowania z szacunkiem i równorzędnej, partnerskiej rozmowy. A protekcjonalne, pouczające poszturchiwania odbierają jak najgorzej. Są gotowi przyjąć wiele uwag, ale wypracowanych jako consensus, a nie narzuconych z góry.
Bo wtedy nie przyjmują nawet oczywistych prawd. Nawet najbardziej oczywistych z oczywistych.
Jest w Rosji pewna, zwyczajnie przeceniana grupa ludzi, którzy rozważają przyjęcie modelu europejskiego. Ale wcale nie tak, jak my to rozumiemy. I nie są zbyt liczni. Ich obecność nie stanowi argumentu na rzecz rzucenia się Europie na szyję. I u nas znajdzie się jakiś procent monarchistów. I anarchistów także.
A jak się może skończyć wyrabianie sobie opinii na podstawie pobieżnych ocen i stereotypów ładnie opisał S.Lem w „Wizji Lokalnej”.
Nawiasem mówiąc, ciekawe jest to, że o potrzebie ucywilizowania Rosji najgłośniej mówią w Polsce ci, którzy przez ostatnie dwa lata wszystko robili, aby iść raczej w kierunku obranym za Bugiem, gębę mając pełną górnolotnych haseł o cywilizacyjnej misji Zachodu. A de facto uprawiający kryptosocjalizm, dla zmyłki określany mianem „państwa solidarnego”.
Z Rosją należy rozmawiać. Trzeba, i deklarować takie zamiary, i do dialogu przygotowywać się solidnie. Co nie musi oznaczać uległości i kapitulanctwa. Może być rzeczową sąsiedzką rozmową. Próbą znalezienia wspólnego języka w wielu sprawach.
A ci którzy samo nawiązanie dialogu z Rosją uważają za narodową zdradę, czepiają się terminu spotkania, albo wygadują bzdury o sprzedawaniu Ukrainy za Judaszowe srebrniki, dowodzą tym samym że zarówno Rosji, jak i Ukrainy nie rozumieją. I tego, że szczęśliwa wizja Kijowa, przyjaźnie podporządkowanego Warszawie, jest szkodliwą, kretyńską ułudą.
I powinni wrócić do szkoły. Albo przynajmniej zamilknąć.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)