Czekaliśmy w napięciu. Z naiwną nadzieją na przełom. Trudno było wyobrazić sobie wyjście z impasu, ale jakaś metafizyczna wiara, nie poparta przecież żadną racjonalną przesłanką kazała nam pokładać zaufanie w Najważniejszej Osobie. Sytuacja zdawała się być bez wyjścia. Przyszłość Ojczyzny chwiała się na cienkim ostrzu sprzecznych przekonań i wątpliwości wokół jednego wspólnego celu. Wszyscy wiedzieliśmy, że Najwyższa Osoba sprzyja frakcji Potężnych i Rozumnych, ale liczyliśmy na salomonowy wyrok i zdjęcie z nas straszliwego ciężaru bezradności. Że wzniesie się ponad uwikłania i zależności i wreszcie stanie się prawdziwym Ojcem Ojczyzny. Uratuje wszystko, i ufnością napełni wszystkich. Chociaż to rzecz niemożliwa.
Jeszcze żaden teatralny spektakl tak na nie wciągnął do swojego wnętrza i nie omotał. „Turandot, czyli Kongres Wybielaczy” Bertholda Brechta, w połowie lat siedemdziesiątych wstrząsnął krakowskim grodem, a scena wystąpienia Przewodniczącego wygłaszającego na Kongresie rozstrzygającą dla dramatu mowę, miała szczególne znaczenie. Wszyscy wstrzymali oddech, a Najważniejsza Osoba zaczęła tłumaczyć dlaczego w Kraju Środka zabrakło bawełny. Bo ów problem stanowił zasadniczą, formalną oś spektaklu.
Głosem pełnym patosu, ze scenami odgrywanymi przez mimów, pokazujących niepokojące następstwa przyjęcia innej opcji, Przewodniczący począł wymieniać wszelkie możliwe zawody wykonywane przez mieszkańców. Łącząc je w zdumiewające zestawienia, zaskakująco budował napięcie. Gdy sięgnęło zenitu, padły słowa rozstrzygające, co stanowić mogły esencję mądrości i wybawienie, a okazały się samym rozczarowaniem, co każdy z nas w głębi ducha przeczuwał, ale bezrozumne serce odrzucało: „Wszyscy ci ludzie potrzebują bawełny! A bawełny nie ma, bo nie urosła!”
Wypisz, wymaluj, wczorajsze prezydenckie orędzie!



Komentarze
Pokaż komentarze (11)