Deklaracja Jana Rokity o włączeniu się dyskusji programowej, z inicjatywą Polska XXI, przypomina trochę próbę zorganizowania konserwatywnego środowiska intelektualnego na wzór Krytyki Politycznej Sierakowskiego. Może to być interesujące dla teoretyków myśli politycznej, jako rodzaj intelektualnego ćwiczenia, ale znaczenie praktyczne może mieć podobne. Czyli niewielkie.
Jeżeli oczekuję czegoś od Jana Rokity, to z pewnością pracy nad Słownikiem Politycznym. To moje marzenie; -zbiorowa praca, godna Kopalińskiego, poparta nazwiskami wybitnych intelektualistów różnych orientacji, połączonych we wspólnym wysiłki uporządkowania semantycznego bałaganu który zapanował w powszechnym słownictwie politycznym.
Zasadniczą przeszkodą w dyskusji o kierunkach rozwoju państwa jest brak zasadniczych definicji akceptowanych przez wszystkich uczestników dialogu. Podstawowe pojęcia jak chociażby prawica i lewica pojmowane są dowolnie i służą często za znak bojowy, pod którym zbiegają się zwolennicy jednej czy drugiej Ważnej Osoby, często mającej wyraźne charyzmatyczne cechy, ale bardzo niewyraźny program. Przeważnie tak naprawdę to lewicowy, niezależnie od deklaracji. Tradycyjny podział, określony u schyłku Oświecenia u nas nie funkcjonuje, a prawa, czy lewa strona politycznej sceny częściej określa rodowód ugrupowania, nie zaś prawdziwy charakter. Jeżeli nawet Jan Rokita stawia znak równości pomiędzy prawicą i konserwatyzmem, to jest to widomy znak, że opracowanie politycznego leksykonu jest potrzebą naglącą. Bez poważnego przewartościowania pojęć, na dłuższą metę nie wyobrażam sobie funkcjonowania partii politycznych w ich obecnym kształcie.
Moje próby ustalenia pewnego zasadniczego podziału opartego o różnice w poglądach na udział państwa w zarządzaniu zyskami z działalności gospodarczej, i sposób organizacji życia społecznego nie znalazły do tej pory zrozumienia. Możliwe, że dowolność pojęć i ich wymienność jest symptomem intelektualnej powierzchowności i braku refleksji, ale może być celowym zabiegiem dla pozyskania szerszego poparcia W praktykach służb wywiadowczych jest taki zabieg zwany „werbowaniem pod fałszywą banderą”. Nieczęsty, stosowany ostrożnie. O najwyższym stopniu tajności. W pragmatyce dochodzenia do władzy w naszym kraju niestety nagminny. I jawny.
We wczorajszych komentarzach do felietonu Jana M. Rokity padły nazwiska Edmunda Burke'a i Joseph’a de Maistre. To znaczy, że są też inni uczestnicy blogów politycznych którzy nie akceptują zrównania znaczeniowego konserwatyzmu i prawicowości.
Kwestia -„Bytsa, ili ne bytsa, oto je pohlaska!” brzmi dla Polaka śmiesznie, ale dla przedstawiciela ościennej nacji jest ważnym filozoficznym dylematem ,dręczącym duńskiego księcia.
Pytaniem o sens życia, mającym przecież charakter uniwersalny, ponadczasowy i ponadnarodowe obywatelstwo. Oznacza to samo, chociaż różnie się nazywa.
A nasz uśmiech wynika z niewiedzy, która nie jest ujmą, jeżeli mamy silne pragnienie przełamania.
Jeżeli mój skromny apel o usystematyzowanie pojęć i przyjęcie nadrzędnych definicji znajdzie odzew, to może oduczymy w końcu nieodpowiedzialnych głuptasów szafowania bez umiaru określeniami, które gdzie indziej są oznaczeniem programu, a w ich pojęciu inwektywą.
Bo znajdą wtedy odpór oparty o solidne podstawy autorytetu.
Chociażby w postaci wspólnego katalogu akceptowalnego społecznie Słownika Politycznego.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)