W jednym z opowiadań w „Cyberiadzie" S.Lema, dwóch prominentnych dworaków zaciekle rywalizowało o względy suwerena. Dochodziło do tak żenujących absurdów, że w chwili decydującej Naród wybrał kogoś zupełnie innego. Może nie lepszego od tych dwóch, ale takiego, który się ze swoim agresywnym napuszeniem nie afiszował. Przedkładanie chorobliwej ambicji własnej nad godność Ojczyzny, może być w końcu dostrzeżone i ukarane.
Rzecz cała sprowadzona została do przypadku dwóch chłopów, porównujących sobie za stodołą.
Podpisanej wczoraj umowie o umieszczeniu w Polsce elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej, którą Condoleezza Rice i szef MSZ Radosław Sikorski podpisali wczoraj w Kancelarii Premiera, towarzyszyła kuriozalna oprawa dramatyczna. Z wyścigiem do prezydenckiego fotela w tle. Dwa koguty stroszące w boksie pióra przed walką. W chwili, gdy trzeba pokazać zdecydowanie i jedność we wspólnej przecież sprawie. Arcyważnej dla narodowego bezpieczeństwa.
Argumenty na rzecz ważności osób dramatu bywają różne, i prześmieszne.
Tomasz(Prymas)Terlikowski w Radio, którego nazwy tu nie wymienię, bo budzi w Szanownych blogerach uczucia drastycznie różne, oświadczył, że Prezydent jest osobą w państwie najważniejszą. Instytucja Premiera jawi się w ustach felietonisty (chyba teraz WPROST), jako godna ubolewania pomyłka, a jego uprawnienia wchodzą w szkodę domenie Ojca Narodu. To On, jako główny architekt polskiego przyczółka tarczy antyrakietowej, powinien był podpisać porozumienie, wygłosić przemówienie, zjeść wszystkie wspólne posiłki, a na koniec pewnie zatańczyć z Condlezzą Rice.
Wszelkie uzależnienia Prezydenta od kogokolwiek, Terlikowski odrzucił precz.
Zdaje się, że żarliwi zwolennicy polityki historycznej mają rodzaj wybiórczej pamięci, właściwey dla demencji starczej. Przecież natychmiast po elekcji, Najważniejsza Osoba karnie zameldowała szeregowemu posłowi wykonanie zadania. Wczoraj usłyszeliśmy podobny meldunek składany poprzedniemu rządowi. Trochę to wygląda na parodię apelu poległych. Lech Kaczyński chyba za często w nich z upodobaniem uczestniczy.
Premier dzielnie się włącza do owej kuriozalnej rywalizacji w zabieganiu o względy przyszłego elektoratu AD 2010. Ale gdzie mu tam do Mistrza!
Zaściankowość moralnych rewolucjonistów (i nie tylko ich, bądźmy sprawiedliwi) każe wypychać się na opinię świata, szczególnie na negatywne oceny, które z założenia przecież są dla Winkelrieda Narodów krzywdzące i niesprawiedliwe. Ale echa wczorajszych żenujących przepychanek, towarzyszących wizycie amerykańskiej sekretarz stanu, jakie odnotowały zagraniczne media, brzmią niepokojącą i przykro.
Zwłaszcza niekłamana uciecha w rosyjskich dziennikach.
Ale co nam to. Mogą nam skoczyć!



Komentarze
Pokaż komentarze (9)