Bo były dla samostanowienia niezbędne. Bo w czasach ciemnych chroniły migocący niepewnie płomyczek nadziei, suszyły łzy, i mimo zbierających się nieraz ciężkich chmur przywracały wiarę w sens walki. Bo do tych szczytnych zadań do życia je powołano.
Najczęściej goła prawda o ludziach, co się za tymi fasadami kryli, nie była tak świetlana, a często heroizm im przypisywany, mógłby przez dociekliwego historyka zostać rozniesiony na strzępy. Gdyby oczywiście znalazł poparcie dla swoich działań, i znaczący front przyzwolenia. Grono ludzi małych, podłych. Gotowych dla celów nikczemnych, dla iluzji władzy i wpływów, spalić otaczający ich świat. Zapiekłych, zalanych żółcią . Zamykających świat dla siebie i koterii, pogardzaną na równi z tymi, których zwalczają otwarcie.
Rozpoczęcie takiego procesu byłoby dla każdego Narodu samobójstwem. Zwłaszcza dla naszego, który jest do swoich symboli przywiązany, i od nich uzależniony.
Wybitny filozof hiszpański, Jose Ortega y Gasset, bodaj pierwszy w tak poważnym zakresie zajął się związkami pomiędzy historią i narodową świadomością. Ożywczym wpływem symboli na kreowanie postaw, a ostatecznie jakości bytu. A jego słowa:
“Naród który nie szanuje swoich bohaterów i swoich legend jest na drodze do utraty tożsamości”
współbrzmią z tymi, wypowiedzianymi przez Prymasa Tysiąclecia:
Dlatego wzorem przodków oddzielam Wałęsę człowieka od Wałęsy symbolu, i pochylając kornie głowę powtarzam za Premierem Tuskiem:
“Byłeś, jesteś i będziesz bohaterem naszej wielkiej narodowej legendy. Koniec. Kropka.”



Komentarze
Pokaż komentarze (22)