Przedszkole Polski Ludowej
Rocznica jest tym bardziej gorzka, że przez w późniejszych perelowskich dekadach, pomimo oficjalnej nienawiści komunistycznych władz do Sanacji, Polakom zmęczonym szarością socjalistycznej rzeczywistości nawet tamten autorytarny system sanacyjny wydawał się przy niej szczytem wolności i światowości. W efekcie Zamach Majowy utkwił gdzieś pomiędzy propagandą a przemilczeniem. Ani go nie rozliczono uczciwie, ani nie nazwano po imieniu. I z takim stanem ducha zastał nas rok 1989 i utęskniona od lat demokracja. Jednakże, odkąd ona zapanowała, wciąż po cichu - lub też całkiem głośno - marzymy o kolejnym Piłsudskim, który zaprowadzi w kraju porządek. Jak się to polskie marzenie ma do rzeczywistości. Moim zdaniem nijak.
Sanacja była była despotyczną, brutalną lecz także dość ciemną intelektualnie dyktaturą. Nie tak krzykliwą jak ta we Włoszech Mussoliniego, nie tak systemowo obłąkaną jak rodzący się narodowy socjalizm w Niemczech, nie była też machiną masowego terroru na ich skalę. Zachowała dekoracje parlamentaryzmu, istniała przecież opozycja, działały niezależne gazety, odbywały się wybory. Ale wszystko to było coraz bardziej kontrolowane, ograniczane i podporządkowywane woli obozu władzy. Demokracja została sprowadzona do fasady.
To dlatego sanację można nazwać przedszkolem Polski Ludowej. To wtedy, pod płaszczem patriotycznych haseł, wprowadzono do polskiego życia publicznego metody, które po 1945 roku komuniści doprowadzili do perfekcji. To wtedy narodził się systemowy kult jednostki, cenzura prewencyjna, więzienia polityczne i instytucja „nieznanych sprawców” bijących opozycję po bramach.
Bereza, Brześć i arszenik
Bereza Kartuska - obóz koncentracyjny na wschodniej rubieży Polski Tam trafiało się bez wyroku sądu, a zwykłą decyzją administracyjną. Trafiali tam ludzie z całego spektrum politycznego: od komunistów po nacjonalistów, od chłopów po intelektualistów. Wśród osadzonych był Stanisław Cat-Mackiewicz - jeden z najwybitniejszych polskich publicystów, człowiek o poglądach raczej bliskich konserwatywnym. Był Henryk Rossman, lider ruchu narodowego. Niedługo po wyjściu z obozu Rossman zmarł. Nerki nie wytrzymały długotrwałego bicia.
W więzieniu w Bełżcu - równie upiornym miejscu - siedzieli Wincenty Witos, Wojciech Korfanty i Herman Lieberman. Liderzy partii chłopskiej, chadecji, socjalistów. Byli okrutnie, wręcz bestialsko bici, nie dlatego że popełnili przestępstwo, ale dlatego że stali po drugiej stronie politycznej barykady. Korfanty - człowiek, który jako komisarz plebiscytowy walczył o Górny Śląsk dla Polski - wyszedł z więzienia, by niedługo potem umrzeć. Przeprowadzona ekshumacja wykazała obecność arszeniku w szczątkach. Przypadek? Trudno nie zauważyć pewnej prawidłowości: ludzie, którym sanacyjna władza była nie w smak, mieli nieprzyjemny nawyk przedwczesnego umierania.
Nie zapominajmy o generałach, którzy nie poparli Piłsudskiego 12 maja. Rozwadowski, rzeczywisty zwycięzca Bitwy Warszawskiej, człowiek, któremu zawdzięczamy przetrwanie 1920 roku, został po zamachu uwięziony w warunkach uwłaczających godności oficera. Zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach niedługo po wyjściu na wolność. U niego również wykryto arszenik. Generał Zagórski po prostu „zniknął”. To są metody gangsterskie, a nie państwowe.
Zamach majowy kosztował życie 215 żołnierzy i 164 cywili. Prawie czterysta osób zginęło na ulicach Warszawy tylko po to, by jedna grupa wiernych marszałkowi pułkowników a mogła dorwać się do konfitur. To oni, bez żadnego przygotowania merytorycznego, obsadzali ministerstwa, województwa, zarządy banków i państwowych monopoli. Legitymacja legionowa stała się jedynym kluczem otwierającym drzwi do rad nadzorczych monopolu tytoniowego czy solnego. Gospodarka stała się zakładnikiem „zasłużonych”, którzy potrafili dobrze machać szabelką, ale o finansach i zarządzaniu wiedzieli tyle, co nic. To był etatyzm w najgorszym wydaniu - duszny, korupcjogenny i promujący miernoty, o ile tylko były one wierne „wodzowi”. Pod szczytnymi hasłami „Sanacji”, czyli uzdrowienia, krył się najzwyklejszy skok na kasę i stanowiska. Polska zaczęła przypominać państwo partyjnej nomenklatury jeszcze zanim komuniści wymyślili własną.
Pałka zamiast argumentu
Władza ta miała wyjątkowo cienką skórę. Pomimo zapisanej w konstytucji wolności słowa, rzeczywistość wyglądała jak z koszmaru. Nieprzychylna prasa była konfiskowana na potęgę, a dziennikarze, którzy odważyli się pisać prawdę, kończyli na bruku z wybitymi zębami.
Najbardziej jaskrawym przykładem tego barbarzyństwa jest los Adolfa Nowaczyńskiego. Ten genialny felietonista, obdarzony ciętym językiem i niepodrabialnym stylem, stał się celem „patriotycznych” bojówek. Był kilkukrotnie pobity, a w końcu oblany kwasem, w wyniku czego stracił oko.
Zaleszczycka hańba
We wrześniu 1939 państwo, które przez lata budowało kult silnej władzy opartego na władzy legionowych oficerów, rozpadło się w ciągu kilku tygodni. A wielu przedstawicieli sanacyjnej elity uciekło z kraju jeszcze przed ostateczną katastrofą. Ci sami ludzie, którzy wcześniej pouczali społeczeństwo o patriotyzmie i dyscyplinie, nagle sami nie chcieli ponosić konsekwencji własnych decyzji. Żołnierze walczyli do końca; najwyżsi dowódcy i politycy już nie.
Nic dziwnego, że na Zachodzie traktowano ich chłodno. Klęska była zbyt wielka, by dało się ją przykryć legendą.
Mroczne dziedzictwo
12 maja 1926 roku Polska wkroczyła w swój najbardziej mroczny i ponury okres. Zostało zniszczone to, co z takim trudem, kraj budował przez pierwsze lata po 1918 roku. Owszem, demokratyczne początki były niezwykle burzliwe. Sejm był kłótliwy, rządy często upadały, a polityczne spory bywały brutalne. Ale to była szkoła wolności! Polska krok po kroku uczyła się demokracji, uczyła się kompromisu i szacunku dla procedur. Majowy zamach ten proces przerwał brutalnie i nieodwołalnie.
I tu dochodzimy do tezy najbardziej bolesnej: to właśnie przez Piłsudskiego i jego następców komunistom tak łatwo przyszło wprowadzenie własnej dyktatury. W 1945 roku, Polacy od niemal 20 lat nie mieli do czynienia z demokracją. To co pamiętali, to było to, że władza jest autorytarna, że policja może bić, a opozycja siedzi w więzieniach.
Obydwa te ustroje - sanacyjny i komunistyczny - miały w głębokiej pogardzie parlamentaryzm i prawa człowieka. Obydwa chciały wychować obywatela „na swoją modłę”, formując go w trybik państwowej maszyny. Obydwa wprowadzały bałwochwalczy kult jednostki. Sanacja, trzeba to oddać, zachowała przynajmniej gospodarkę rynkową, co pozwoliło na pewien oddech w drugiej połowie lat trzydziestych. To dzięki temu rynkowemu niedobitkowi udało się zacząć odbudowę kraju przed samą wojną. Ale co z tego, skoro ta sama władza, która tę odbudowę firmowała, doprowadziła do strategicznej i militarnej katastrofy?
Konkluzja
Sto lat po tamtych strzałach na moście Poniatowskiego powinniśmy przestać patrzeć na Piłsudskiego przez pryzmat romantycznej legendy i dziarskich piosenek. Musimy zobaczyć w nim człowieka, który z pychy i braku cierpliwości do procedur demokratycznych, podłożył dynamit pod fundamenty własnego państwa.
Zamach majowy to nie była „dobra zmiana”. To był triumf siły nad prawem, kliki nad kompetencjami i pistoletu nad kartą wyborczą. Jeśli dzisiaj chcemy budować Polskę silną, to musimy pamiętać, że siła państwa nie bierze się z kultu jednostki ani z bezkarności policji politycznej. Bierze się z szacunku do instytucji, których sanacja tak nienawidziła. Gorycz tej rocznicy powinna być dla nas przestrogą: państwo, które zaczyna leczyć się metodami dyktatorskimi, zazwyczaj kończy jako pacjent, który umiera na skutek „kuracji”



Komentarze
Pokaż komentarze (7)