47 obserwujących
342 notki
379k odsłon
  1989   0

Dr Stefan Żegliński, chirurg, „2024”

dr Stefan Żegliński_z rodzinnego archiwum
dr Stefan Żegliński_z rodzinnego archiwum

Miał 36 lat, gdy został komendantem powstańczego szpitala polowego batalionu NOW-AK Harnaś. Przez miesiąc, w skrajnie trudnych warunkach, kierował jego pracami. Po zniszczeniu kamienicy przy Konopczyńskiego i zajęciu dzielnicy przez Niemców przeprowadził udaną ewakuację placówki, ratując życie szczupłego personelu i 180 pacjentów.

Stefan Żegliński urodził się w roku 1908 w amerykańskim Bayonne, niewielkim ośrodku przemysłowym w stanie New Jersey, w rodzinie polskich emigrantów. Jako siedemnastolatek wrócił z rodzicami do kraju, ukończył stołeczne gimnazjum im. Górskiego i odbył studia medyczne na UW. Podczas wojny w szpitalu dziecięcym, przy Kopernika 43, gdzie pracował na oddziale chirurgicznym, prowadził szkolenie służb sanitarnych, zorganizował też punkt krwiodawstwa.

Szpital na Skarpie  

Po wybuchu Powstania na terenie szpitala przy Kopernika działał szpital powstańczy batalionu Harnaś, jednego z oddziałów Narodowej Organizacji Wojskowej SN, która w 1942 weszła w skład Armii Krajowej. Gdy ze względu na wzmagający się ostrzał z pobliskich pozycji wroga sytuacja w szpitalu przy Kopernika stawała się coraz trudniejsza, zapadła decyzja o zorganizowaniu szpitala polowego w kamienicy przy Konopczyńskiego.

Jego organizacją zajęła się Danuta Bujalska, „Danka”, kryptonim „428”, żołnierz NOW, przeszkolona pielęgniarka i studentka tajnego wydziału lekarskiego UW. A także córka ostatniego ministra zdrowia Drugiej Rzeczypospolitej, która w nowej placówce pełniła obowiązki lekarza. Szpital zlokalizowano w okazałym, położonym na Skarpie gmachu, zbudowanym na zlecenie towarzystwa emerytalnego BGK, a jego komendantem został dr Żegliński, o kryptonimie „2024”.

Oddany do użytku na krótko przed wojną budynek miał trzy klatki, oznaczone numerami 3, 5, 7, był nowoczesny (windy firmy Jenike) i luksusowy oraz – co w warunkach wojennych może najistotniejsze –dysponował solidnym schronem przeciwlotniczym usytuowanym na poziomie minus dwa. Na czas Powstania bramy wychodzące w stronę Powiśla zabarykadowano, ale od strony uliczki Konopczyńskiego było w miarę bezpiecznie.

Oprócz komendanta i Bujalskiej, w szpitaliku pracowali na stałe wolontariusz dr Jan Nowicki oraz studentka medycyny Eulalia Szymańska. Wyższy personel medyczny uzupełniali chirurg dr Kaczorowski, ze szpitala Św. Ducha, i dwaj inni lekarze o nieznanych nazwiskach. Były także trzy dyplomowane pielęgniarki: Michalina Karczewska „Mita”, Filomena Konarska „Fila” i Maria Zadzierska „Maria”. Oraz dziesięć sanitariuszek.    

Powstańcza agora

To niewiele, jak na szybko rosnącą liczbę pacjentów. Walki przecież nasilały się, upadła Starówka, Niemcy parli na Powiśle. Wzmagał się ostrzał od Oboźnej, Dynasów, Krakowskiego Przedmieścia. Pomieszczenia pod numerem 3, gdzie początkowo mieścił się kierowany przez dr. Żeglińskiego szpital, już nie wystarczały. W drugiej połowie sierpnia chorych zaczęto lokować na piętrach pod numerem 5 i 7, gdzie dotąd gromadzili się cywilni uciekinierzy z Powiśla i gdzie zakwaterowano szpitalny personel.

Spory dziedziniec gmachu przy Konopczyńskiego pełnił w tym czasie funkcję agory. Każdego ranka grupa powstańców odbywała tam apel i musztrę. W sierpniowe niedziele na prowizorycznie ustawianych ołtarzach kapelani odprawiali msze święte. A raz, 19 sierpnia, odbyło się nawet przedstawienie „Kukiełki pod Barykadą”. Autor – Michał Dadlez, polonista ze szkoły przy Konopczyńskiego 4 – przedstawił w nim opowieść o powstańczych losach mieszkańców jednego z domów na Powiślu.

Pod koniec sierpnia nasiliły się bombardowania. Warunki były coraz trudniejsze, ale najgorsze miało dopiero nadejść. 3 września, gdy Niemcy podjęli bardzo mocny ostrzał, zdecydowano o umieszczeniu wszystkich pacjentów w podziemnym schronie. Solidne, suche i przestronne pomieszczenia, ze szczelnymi grodziami na wypadek ataku gazowego, były jednak pozbawione jakichkolwiek sanitariatów. Nie miały też należytej wentylacji. Rozwiązano problem, wybijając dziurę w ścianie piwnicy. Otwór wychodził na podwórko sąsiedniej (dziś nieistniejącej) posesji przy ulicy Tamka, mniej więcej na wysokości Pałacyku Ostrogskich. I kilka metrów ponad poziomem ulicy, bo gmach przy Konopczyńskiego stał przecież na skarpie.

Kondygnacja minus dwa

Już samo przeniesienie pacjentów do schronu stanowiło dla personelu znaczny wysiłek. Mowa przecież o blisko dwustu osobach, rannych i chorych, nieraz w naprawdę ciężkim stanie. Na dole brakowało łóżek, sprzętu, światła. Kurczyły się zapasy lekarstw, środków opatrunkowych. Kończyła się również żywność, nie było wody.

Na pryczach umieszczano po dwie osoby, ale ludzie leżeli także na ziemi, pod ścianami, w przejściach. Było ciasno, ciemno, duszno. Nic dziwnego, że zdarzały się ataki paniki, nieraz ogarniające większą grupę osób. Oprócz pacjentów szpitala, wśród których szalała czerwonka, było przecież wielu uciekinierów ze zbombardowanych czy popalonych w sąsiedztwie domów.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura