1 obserwujący
22 notki
15k odsłon
  165   0

Polityka i wakacje. Dziwny związek.

Polityka kompletnie nie pasuje do wakacji. Dlatego nie potrafię wyjść ze zdumienia, dlaczego właśnie po zakończeniu roku szkolnego, kiedy większość z nas jest już jedną nogą w podróży lub, wylegując się na balkonie, łapie przynajmniej trochę opalenizny, wszystkie możliwe partie dostają nadzwyczajnego szwungu.

Gdzie nie przyłożyć ucha, słychać jakieś hasła i wezwania. Gdzie nie spojrzeć, widać członków tej czy innej organizacji gromadzących się w nadziei, że to najlepszy czas, by przekonać ludzi do swoich postulatów. O ile takie oczywiście posiadają, bo z tym bywa różnie. Konwencje – tak nazywa się modnie ta zbieranina partyjnych działaczy – mają swój rytuał. 

Już od świtu niczemu niewinni, zwykli użytkownicy platform społecznościowych, są bombardowani „selfikami”, na których pomniejsi członkowie partii starają się zdobyć uznanie i przyszłe głosy, dolepiając swój szczery z zachwytu uśmiech do wystudiowanych grymasów regionalnych baronów. Po autostradach mkną wypełnione działaczami autokary, z wnętrz których radośnie machają do nas łapki podróżujących po władzę. 

Potem zaczyna się medialne show, przy czym ze względu na utrwalony podział „my i oni”, bez oglądania transmisji, w ciemno można założyć, które medium obwieści przełomowy sukces w grze o tron, a które będzie się pastwić nad najmniejszym niedociągnięciem organizatorów, depcząc wszelkie nadzieje. 

Temperatura sporów, które są echem wykrzykiwanych do mikrofonów deklaracji, z łatwością konkuruje z letnim upałem. Partyjne cepy idą w ruch, rumieńce występują na twarze uczestników. Tymczasem większość z nas zdaje się oglądać to wszystko zza przeciwsłonecznych okularów.

Ale i w samorządach początek wakacji to teoretycznie najważniejszy moment w politycznym kalendarzu, zwłaszcza dla prezydentów – to czas sesji, podczas której przedstawiają oni radnym tzw. raporty o stanie miasta, prosząc o absolutorium. Atmosfera jest zgoła odmienna od opisanej powyżej. Tu nikt nawet nie udaje, że chce być na sali obrad. Opozycja, poluzowując krawaty, wyraźnie przysypia z półprzymkniętymi powiekami. Władza odczytuje sakramentalne laurki własnych dokonań, pewna tego, że jak pięknie śpiewał Grzegorz Turnau: „czy zdanie okrągłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz, tak naprawdę nie dzieje się nic”. 

Dokładnie taki obrazek mogliśmy oglądać i tym razem w Sopocie. Wszystko odbywało się niczym podczas rodzinnego spotkania na kawie, którego przyjemną atmosferę może co najwyżej przerwać któryś z krnąbrnych siostrzeńców lub szalona ciotka Stefa. „Jeszcze tylko kilka godzin nudy i już wakacje” – zdało się niemal słyszeć myśli radnych i prezydium.

Najpierw prezydent i jego zastępcy opowiedzieli nam o paśmie sukcesów, osiągniętych dzięki ich poświęceniu. Pewnie jestem naiwny, przecież polityka rządzi się swoimi prawami, ale czyż nie byłoby miło usłyszeć chociaż jednego zdania o tym, co się władzy nie udało? Wszak raport jest z zasady jakimś podsumowaniem, a nie wyliczanką samochwały.

Potem przyszedł czas na głosy radnych. Od tych z rządzącej kurortem Platformy Sopocian nie spodziewałem się za wiele – po pierwsze niczego nie mogą, po drugie – nawet nie wiedzą, że coś mogliby. Ale i opozycja nie błysnęła, moszcząc się w milczeniu lub wyliczając skrupulatnie zapisane na karteluszku wyrzuty, które jednak swoim kalibrem, zamiast gromów, przypominały przyjemny, letni deszczyk.

Jedyna nadzieja w tym, że polityk, w co trudno czasem uwierzyć, to też człowiek. Zatem po tych wszystkich emocjach czeka nas święty spokój. Aż do końca sierpnia.


Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka