W nocy z 4 na 5 maja Ukraińcy przeprowadzili kolejną serię uderzeń w głąb Federacji Rosyjskiej — i tym razem warto się przy tym zatrzymać dłużej niż zwykle. Co najmniej dwa pociski manewrujące FP-5 „Flamingo" trafiły w teren zakładów AO „WNIIR-Progress" w Czeboksarach, stolicy Czuwaszji, około tysiąca kilometrów od ukraińskiej granicy. To już nie pojedyncze ukłucia — to systematyczna kampania przeciwko rosyjskiemu kompleksowi obronno-przemysłowemu.
Po co Ukraińcy lecą tysiąc kilometrów po jeden zakład
Krótka odpowiedź: bo to jeden z najbardziej kłopotliwych dla nich zakładów w całej Rosji.
WNIIR-Progress produkuje moduły nawigacyjne „Kometa" oraz „Kometa-M" — odporne na zakłócenia anteny GNSS, które stanowią mózg precyzyjnego naprowadzania w pociskach manewrujących 3M14 „Kalibr", balistycznych 9M723 z kompleksu „Iskander-M", a także w bezzałogowcach klasy „Orłan-10" i kierowanych bombach lotniczych z modułem UMPK. To dokładnie ta technologia, która sprawia, że rosyjskie uderzenia na ukraińskie miasta i infrastrukturę energetyczną pozostają — niestety — skuteczne mimo intensywnej walki radioelektronicznej Sił Zbrojnych Ukrainy. Każdy moduł „Komety", który nie wyjedzie z Czeboksar, to jeden FAB lub jeden „Kalibr" mniej w arsenale, który dosięga Kijowa, Lwowa czy Odessy.
W szerszym ujęciu — to też technologia, która w przyszłości może być instalowana na pociskach kierowanych w stronę Warszawy, Wilna czy Tallinna. Pamiętajmy, gdzie żyjemy.
Mangał, który nie pomógł
Tu zaczyna się część dla miłośników rosyjskiej myśli inżynierskiej. Po pierwszym znanym uderzeniu z lipca 2025 roku administracja zakładu uznała, że najlepszą obroną przed ukraińskimi dronami będzie — nie pomyłka — postawienie nad główną halą produkcyjną stalowej konstrukcji kratowej, w rosyjskim slangu nazywanej po prostu „mangałem" (мангал). Pomysł znany ze stref przyfrontowych Donbasu, gdzie tak okrywa się czołgi przed dronami FPV, tutaj został przeniesiony na obiekt strategiczny rangi państwowej.
Efekt jest taki, jakiego można było się spodziewać. „Mangał" działa, dopóki nadlatuje pojedynczy dron z głowicą kumulacyjną. Wobec pocisku manewrującego z głowicą bojową rzędu kilkudziesięciu kilogramów materiału wybuchowego — jest to dekoracja. I to dosyć smutna metafora ogólnego stanu rosyjskiej obrony obiektowej: improwizacje zamiast zintegrowanych systemów, wiara w to, że „się jakoś uda".
Reakcja Moskwy: tradycyjna
Szef Czuwaszji Oleg Nikołajew ograniczył się do informacji o „bezzałogowcach, które spadły w polach Czeboksarskiego i Krasnoarmiejskiego okręgu" oraz uwagi, że doniesienia o użyciu „Flamingów" mają „charakter wstępny i wymagają potwierdzenia organów państwowych". Tymczasem nagrania mieszkańców jednoznacznie pokazują trafienia w teren zakładu. To znajomy wzorzec — najpierw zaprzeczać, potem milczeć, na końcu, gdy zdjęcia satelitarne i tak wszystko pokażą, przyznać, że „pracownicy są bezpieczni".
Alarm rakietowy ogłoszono w co najmniej osiemnastu regionach FR, a zasięg objęty zagrożeniem sięgnął — według rosyjskich źródeł — około 2000 kilometrów od granicy z Ukrainą. To bardzo poważna informacja sama w sobie.
Kiriszi w bonusie
Tej samej nocy oberwało się też rafinerii „Kirisziniefteorgsintez" (KINEF) w obwodzie leningradzkim — jednej z największych w europejskiej części Rosji, o mocy przerobowej 20,1 mln ton ropy rocznie. Serwisy satelitarne odnotowały dwie anomalie termiczne na terenie zakładu, najpewniej związane ze zrzutem gazów węglowodorowych na pochodnię, co jest typowym objawem awaryjnego wstrzymania procesów technologicznych. Czyli nie spektakularny pożar tankowca, ale konkretne zakłócenie pracy rafinerii — a o to dziś przede wszystkim chodzi.
Co z tego wynika dla nas
Po pierwsze, Ukraińcy mają już zarówno zasięg, jak i precyzję, by sięgać poza Ural — i robią to systemowo, a nie reklamowo. Po drugie, „Flamingo" przestaje być prototypem prezentowanym dziennikarzom, a staje się stałym elementem rosyjskiego rachunku strat. Po trzecie wreszcie — i to jest moja własna konkluzja — każdy uszczerbek w produkcji modułów typu „Kometa" przekłada się bezpośrednio na poziom zagrożenia dla całej wschodniej flanki NATO. Trudno o bardziej praktyczny wkład w nasze, polskie bezpieczeństwo niż celne pociski lecące w czuwaski zakład, którego większość Polaków jeszcze tydzień temu nie potrafiła znaleźć na mapie.
I zapewne dlatego ten konkretny adres w Czeboksarach trafia na listę celów po raz kolejny — i, podejrzewam, nie ostatni.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)