We wczorajszym "Piaskiem po oczach" występował Edmund Klich. Prowadzący bardzo ładnie rzucał mu kiła ratunkowe, ale też, trzeba przyznać, Pan Klich łapał je z ogromną wprawą. Pomimo tego, że współpraca między przepytującym a przepytywanym była wzorcowa, pewnych rzeczy jednak się dowiedzieliśmy - choć absolutnie nie wprost.
1. Pan Edmund Klich nagrywał każdego, komu nie ufał całkowicie, a całkowicie ufał tylko Premierowi i Ministrowi Grabarczykowi. A nagrywał, gdyż bał się, że ktoś go pozbawi stanowiska - a wiele osób, zgodnie z jego wersją, chciało go pozbawić stanowiska.
2. Pan Klich zgodził się być akredytowanym, gdyż myślał, że "przy takiej katastrofie" wszyscy będą mu pomagać, a tu - guzik. Wszyscy właśnie mu przeszkadzali. A on wiele nie mógł zrobić sam, bo ktoś dybał na jego stanowisko i on bardzo chciał wrócić do Warszawy, żeby tego stanowiska bronić. Ale gdyby na jego miejscu był ktoś inny, to nie mielibyśmy ogromnego sukcesu w postaci taśm z wieży szympansów, które są kluczowe w sprawie (jakoś bezkompromisowy Piasecki nie spytał, jak ten ogromny sukces oceniła opinia publiczna!).
3. Pan Klich uważa, że pewne osoby od początku chciały przeforsować wersję "błąd pilota" i "naciski". Kto? No, on nie chce absolutnie rzucać podejrzeń, ale choćby Minister Bogdan Klich. I ci inni, co to go chcieli pozbawić stanowiska. A Pan Klich - przeciwnie, od samego początku wiedział, że przyczyną tragedii był ogólny bardak i brak wyszkolenia.
4. Oczywiście, że genarał Błasik był w kokpicie! To było wiadomo od samego początku, i co do tego nie ma wątpliwości! Że się głos nie nagrał? Furda! Ktoś ten głos rozpoznał i mu powiedział. Kto? Ktoś, kto głos Błasika znał lepiej, niż znał go komputer. Kto to byłł, to on nie wie, bo i skąd? A nawet jakby wiedział, to i tak nie powie, bo jest dyskretny.
5. Od samego początku było wiadomo, że przyczyną było uderzenie w brzozę. W tę większą, która ma 38-40 cm, no i w tę mniejszą, wcześniej. Malutką taką. No i inne drzewa kosił samolot. No, i on z kolegami przeszedł się ścieżką śmierci, i tam były ślady różne, no przecież skąd by te ślady były? No i na brzozie były kawałki materiału ze skrzydła, a na skrzydle - materiał z brzozy. Tej większej zapewne i tej mniejszej, i tych pozotałych. On to wyraźnie widział (wraz z kolegami) podczas spaceru. Badania były, tak, oczywiście, nie wie jakie, bo nie jest specjalistą. A poza tym - nagrał się przecież odgłos zderzenia z brzozą, no to co tu badać?
6. Macierewicz nie ma racji co do wybuchów. To znaczy - nie no, owszem, wybuchy były, zarejestwowały się, rzeczywiście. Ale to jasne, że jest to wstrząs spowodowany uderzeniem w brzozę. Ten drugi, większy wybuch - od słynnej brzozy, a ten mniejszy wybuch, który się NIE (sic!) zarejestrował - od tej wcześniejszej, malutkiej brzózki, o którą samolot wcześniej zawadził.
7. Macierewicz nie ma racji, bo się nie zna. No, gdyby Macierewicz był pilotem z wieloletnim doświadczeniem w lotnictwie cywilnym, to tak - wtedy możnaby słuchać Macierewicza, ale tak, jak jest, to nie.
Konkluzja:
Cały wywiad był kuriozalny. Prowadzący nawet nie spróbował wyjść poza rolę osłony medialnej Pana Klicha. Żadnych, ale to żadnych, niewygodnych pytań nie zadał. Mimo to - z wywiadu wyłania się obraz wręcz przerażający (zwłaszcza dlatego, że przedstawiony przez samego zainteresowanego): Panu Klichowi nikt nie pomagał, a wszyscy przeszkadzali. Weresja "błąd pilota i naciski" od początku były forsowane jako najwygodniejsze. On sam od początku postawił hipotezę "bałagan" i jej się trzymał. A już sformułowanie, że piloci nie odeszli na drugi krąg, a nawet jeśli próbowali, to im się to nie udało, kwalifikuje Pana Klicha do natychmiastowego postawienia w stan oskarżenia, bo przecież to właśnie to miał on zbadać!


Komentarze
Pokaż komentarze (12)