Niedługo minie miesiąc od tragicznego kwietniowego dnia 2010 r., kiedy w niewyjaśnionej do dziś katastrofie zginęło 96 osób z samego szczytu elity państwa.
Pierwsze reakcje były ... bardzo różne. Mąż, który wielbicielem PiS-u nie był, w tamtą straszną sobotę pracował. Wrócił z pracy z flagą państwową z kirem, wiedziałam więc, że ruszyło nim jednak mocno.
Myślę, że zdecydowana większość Polaków miała jedną myśl: "Kto to zrobił?!"
Nastrój ogólny był podniosły, uroczysty i propaństwowy - pomijam tę część narodu, która sama przyznaje, że nienawidzi Polski.
Gdyby wtedy znalazł się ktoś zdeterminowany - ludzie poszliby za nim ochoczo.
I władze świetnie wyczuły ten nastrój.
Media podkuliły ogon pod siebie, zaparły się siebie. Przez tydzień w mediach widać było czarno-białe obrazy zapłakanych ludzi, i trumny. Podniosłe przemowy, przyciszone głosy. Czarne wstążki, lista ofiar. Wspomnienia. Płacz. Dziesiątki, dziesiątki trumien.
Dziesiątki pogrzebów.
Aż do tego najbardziej okazałego - na Wawelu.
Tak, pogrzeby były przygotowane naprawdę dobrze.
Wykorzystano starożytny chrześcijański rytuał, który nakazuje opłakać śmierć i nosić żałobę, aby móc pogodzić się ze stratą.
A jeszcze przed śmiercią spróbowano pokalać żałobę.
Gdyby prawda o katastrofie smoleńskiej (jaka by ona nie była) wyszła na jaw w pierwszych tygodniach po niej, prawdopodobnie skończyłoby się ruchawką. Tak, jak było, czyli w spektaklu kolejnych przecieków, które dawały do zrozumienia, że prawda MAK-owska nie jest prawdziwą prawdą, ale w pewnych odstępach czasu, nastąpiło znieczulenie.
Teraz, po tych dwóch latach, nawet rewelacja, że tutkę zestrzelił pijany Kola, zostałaby przyjęta ze wzruszeniem ramion: "a czego się spodziewaliście po Ruskich"?
Efekt zamierzony, czy przypadek?


Komentarze
Pokaż komentarze (8)