Rzecz jest oczywiście niewykonalna, ponieważ kreatury będące u żłoba w żaden sposób nie zechcą pozbawić się przywilejów - a właśnie w przywilejach waaadzy tkwi sedno problemu.
Posłowie i senatorowie powinni pracować za darmo. Co do wysokich urzędników państwowych trochę się waham, ale zgodziłabym się co najwyżej na średnią krajową. Wiem - od razu ktoś powie, że będą brać łapówki ... Tak, jakby teraz nie brali! Wbrew pozorom, jest w Polsce wystarczająco dużo społeczników, by wzięli na siebie trud opracowywania ustaw i ich wykonywania za darmo. Wtedy, oczywiście, pula ograniczyłaby się do osób już jakoś tam ustawionych życiowo, w miarę zaradnych, doświadczonych życiowo - i właśnie o to chodzi. Przynajmniej prawo byłoby życiowe.
Po drugie - zlikwidować ABSOLUTNIE WSZYSTKIE przywileje władzy. Gdyby poseł X czy minister Y musieli się leczyć (siebie i swoje rodziny) w tych samych przychodniach, co my, to ręczę, że migusiem zrezygnowaliby z tych swoich ośmiorniczek i win po osiemset na rzecz jak najlepszego zorganizowania służby zdrowia.
To samo dotyczy samochodów służbowych (czytaj - horrendalnie drogich limuzyn). Podróżowanie autobusem, pociągiem czy tramwajem uświadomiłoby naszej waaadzy, że warto inwestować w publiczne środki transportu, by nie czekać na nie kilkanaście czy kilkadziesiąt minut, a potem być narażonym na zgniecenie.
Emerytury wszyscy powinni mieć na powszechnych zasadach, co zachęciłoby władzę do zastanowienia się, czy na pewno zdołają wyżyć z przeciętnej emerytury oraz czy osoba 67-letnia rzeczywiście jest w stanie pracować i jednocześnie leczyć się w Polsce.
Powtórzę - zdaję sobie sprawę, że popuściłam wodzy marzeniom, ale uważam, że po prostu nie ma innej drogi w Polsce.


Komentarze
Pokaż komentarze (53)