Za każdym razem, gdy wybuchną strajki, osoby uważające się za "prawdziwych liberałów", antykomunistów czy choćby antysocjalistów nie omieszkają wystąpić ze stosownym potępieniem "warchołów", "hołoty utrzymywanej z naszych podatków" czy wymuszaczy. Ponieważ należę do pokolenia, które jeszcze miało styczność z PRAWDZIWYMI kapitalistami, takimi przedwojennymi, zawsze słucham takich niedorzeczności z prawdziwym zażenowaniem.
W związku z tym postanowiłam łże-liberałom, takim "teoretycznym kapitalistom", niemającym nić wspólnego z kapitalizmem w całym znaczeniu tego słowa, zadedykować obszerny fragment początkowy powieści "Bracia Dalcz i ska" Dołęgi-Mostowicza. Chyba nikt temu genialnemu a praktycznie nieznamemu pisarzowi nie może zarzucić braku zdolności obserwacji i oderwania od ówczesnej rzeczywistości. Podkreślam, że firma "Bracia Dalcz i spółka" to rodzinne, czysto prywatne, przedsięwzięcie od kilku pokoleń, a rzecz ma się w tzw. "międzywojniu".
Proponuję przeczytać powoli, dokładnie przyswajając sobie realia opisanej przez autora fabryki. Proszę zauważyć, że w dobie przedkomunistycznej "kapitalistyczny krwiopijca" zezwala na terenie swojego zakładu na istnienie quasi związku zawodowego. Mało tego - ten krwiopijca nie uważa sobie tego za ujmę, lecz ... korzyść!
Przedstawiciele załogi nie są tylko roszczeniobiorcami - za ich pośrednictwem rozsądny właściciel jest w stanie dogadywać się z robotnikami! Robotnicy zaś - to nie jest jakaś tłamszona tłuszcza, lecz pewni siebie fachowcy - szanujący właściceli, ale potrafiący ich też ocenić.
No, i w razie, gdy któryś z tych współwłaścicieli zbyt nachalnie narusza interes załogi, to musi się liczyć z ... wyrzuceniem z pracy.
To, oczywiście, a propos JSW i jej prezesa.
Ja sobie nie wyobrażam, żeby prawdziwy przedwojenny właściciel mówił o robotnikach "hołota", No - jakiś parweniusz, który dorobił się nielegalnie, owszem. Ale na pewno nie właściciel od pokoleń. Tacy świetnie się orientują, że "z niewolnika nie ma robotnika". Prezesi spółek Skarbu Panstwa to parweniusze, którzy o etosie pracy i własności nie mają nawet przybliżonego pojęcia.
A na koniec już taka dobra rada dla wszystkich: czytajcie. Czytajcie, bo to niesłychanie rozwija inteligencję oraz wiedzę o świecie. Najlepiej oczywiście, gdy ktoś ma takie szczęście, jak ja, i z domu wyniesie nawyk czytania pozycji dobrych - ale nawet jeśli nie, to po pewnym czasie sami nauczycie się wartościować.
Dołęga-Mostowicz to oczywiście pozycja obowiązkowa.
Od rana już czymś niedobrym pachniało w powietrzu. Szwajcar Molenda, który jeszcze
pamiętał rządy samego nieboszczyka Franza, który większość z tych robotników znał od małego, patrzył spode łba, jak wsypywali się do portierni coraz gęstszymi grupkami, jak mu kiwali głowami, dotykając ręką daszków czapek, jak codziennym nieomylnym ruchem przekręcali rączki zegarów i wybijali swoje numery przy dźwięku krótkich dzwonków.
Niby wszystko tak, jak co dzień, a przecież nie to. Stary Molenda zbyt był zrośnięty z życiem
fabryki, by nie wyczuć jakiegoś dziwnego nastroju, czającego się w czymś nieuchwytnym,
a grożącego niespodziankami. Jako ostatnie kółko w administracji Zakładów Przemysłowych
Braci Dalcz i Spółki, Molenda rozumiał wagę i odpowiedzialność swej funkcji. Na
pewno też poszedłby zaraz do naczelnego dyrektora, gdyby nie to, że dosłownie nie miał na
czym oprzeć swych obaw.
Ale niedługo czekały na swe uzasadnienie.
W południe, jeszcze zanim strzałka stanęła na dwunastej, zaczęły się nawoływać syreny
fabryczne. Pierwsza odezwała się od „Lilpopa” (tym zawsze się śpieszy!), druga „Ursusa”,
później „Woli”, dalej „Rudzkiego”, „Gerlacha”, Gazowni, wreszcie rozległ się tuż chrapliwy
baryton „Dalczów”. Podczas gdy Wacek, pomocnik Molendy, otwierał drzwi, on sam wyjrzał
na ulicę. Jak zwykle wzdłuż muru fabrycznego, po przeciwnej stronie pod parkanem i dalej
koło przejazdu kolejowego poprzykucały gromadki kobiet i dzieci z garnuszkami i zawiniątkami:
– obiad dla swoich. Zaraz w korytarzu, łączącym podwórze z portiernią, rozlegnie się
tupot setek nóg. Zaraz rozdzwonią się zegary obecności... Tak jak co dzień. Dziś jednak coś
musiało się stać. Molenda podbiegł do okna: na placu przed biurami administracji gromadził
się tłum. Spokojny, nieruchliwy, zdawało się nawet – wesoły, gdyż raz po raz zrywały się w
nim śmiechy i frywolne okrzyki.
I nagle zakotłowało się z brzegu tuż przy drzwiach biura personalnego. Nad głowami zatrzepotała czarna masa wielkiego wora od węgla. Gwar przeszedł w huk, w potężny ryk, w
ogłuszający hałas. Tłum wielką rozhuśtaną falą runął do bramy. Z okien portierni widać było
doskonale, jak kłębił się i przewalał wokół popychanych w środku taczek, na których szamotał
się śmiesznie i bezkształtnie czarny worek.
– Precz z Łabędziem! – dobiegały z ogólnego wycia poszczególne okrzyki. – Za bramę!...
Nie bić go!... Łabędziu mój!... Na zbitą mordę!... Niech idzie śpiewać! Wal sukinsyna!... A
kopnij go tam który!... Nie bić go!... Nie bić go lekko!...
Śmiech, wrzaski i podśpiewywania „Łabędziu mój” mieszały się z dudnieniem setek ciężkich
butów po bruku. W tym hałasie stary Molenda nie dosłyszał tupotu w korytarzu, a gdy
rzucił się do szafki, by bronić kluczy, było już za późno. Kilkunastu robotników i kilkadziesiąt
robotnic otoczyło go zwartą masą, a tymczasem wyłamano drzwiczki od szafki i porwano
klucze. Po chwili portiernia opustoszała. Natomiast przeciągły jęk otwieranej bramy świadczył,
że klucze zdobyto.
Oto tłum rozstąpił się. Ci, co popychali taczki, rozpędzili się i taczki z furią wyjechały na
ulicę, podskakując na kocich łbach bruku. W jednej chwili przechyliły się i wyrzuciły swą
zawartość do rynsztoka, pełnego mętnej i kolorowoszklistej od smarów wody. Radosne,
triumfalne wycie napełniło powietrze. Taczki cofnęły się i brama zawarła się z głuchym hałasem, a ludzie ruszyli na podwórze. Nie upłynęła minuta i, jakby nigdy nic, zatłoczyli portiernię, wydzwaniając na zegarach wyjście.
Tymczasem Molenda wybiegł przed fabrykę, by ratować uwięzionego w worku. Wiedział,
kto to jest. „Łabędziem” przecie od początku nazywają nie tylko tu, lecz na całej Woli, pana
Zdzisława Dalcza, dyrektora personalnego. Molenda też nie czuł do niego najmniejszego
sentymentu, ale poczuwał się do obowiązku wybawienia członka dyrekcji z okropnej sytuacji.
Nie było to łatwe. Worek z szamocącym się wewnątrz dyrektorem otoczyły kobiety, wśród
pisków, wyzwisk i drwin, obsypując go grudkami błota i małymi kamykami. Wierzch worka
był mocno zawiązany drutem i Molenda porządnie się namęczył, zanim zdołał uwolnić pana
dyrektora. W mokrym i nieprawdopodobnie utytłanym ubraniu jego okrągła postać, nad którą
dyszała czerwona, umazana sadzami twarz i piętrzyła się rozmierzwiona czupryna, sprawiała
tak śmieszne wrażenie, że nawet stary szwajcar nie mógł utrzymać należnej powagi. Poszkodowany zaczął krzyczeć, tupać nogami i wygrażać pięściami robotnikom, którzy mijali go teraz, półgłosem rzucając dotkliwe żarciki.
Nigdy się go nie bali, a teraz wiedzieli, że pozbyli się go raz na zawsze. Raz wywieziony
na taczkach, nikt nie ośmieli się wrócić do fabryki. Tak było zawsze i zdawało się im, że inaczej
być nie może.
Podczas gdy wywożono młodego pana Dalcza, w gmachu Zarządu nikt o niczym nie wiedział.
Gmach stał na uboczu, a jego okna wychodziły na ulicę Węglową. Zresztą wraz z
pierwszym dźwiękiem syreny urzędnicy powstali od biurek. Głośne rozmowy i rumor przesuwanych krzeseł zagłuszył odgłosy awantury. Jeżeli zaś w gabinecie naczelnego dyrektora, pomimo panującej tam ciszy, nie dosłyszano odległego hałasu, to dlatego, że odbywała się tu niezwykle ważna konferencja, decydująca być może o samym istnieniu fabryki. Urzędujący w sąsiednim pokoju sekretarz Holder domyślał się tego i oceniając wagę sytuacji, nie chciał niepokoić pryncypała wiadomością, że przed biurami administracji zbierają się robotnicy.
Dopiero wówczas, gdy z kierownictwa ruchu zawiadomiono go telefonicznie o napadzie na
młodego Dalcza i o przygotowanych taczkach, odważył się po chwili wahania wejść do gabinetu
i powiedzieć:
– Bardzo przepraszam pana dyrektora, że przerywam, ale jest sprawa bardzo pilna.
– No, cóż tam, panie Holder? – uśmiechnął się naczelny dyrektor swobodnie, chociaż spod
jego siwych krzaczastych brwi patrzył niepokój.
Sekretarz zrozumiał i uśmiechnął się również. Ci finansiści nie mogą nawet przypuścić, by
w Zakładach Przemysłowych Braci Dalcz miało zdarzyć się coś niepożądanego, a tak niebezpiecznego, by tym aż trzeba było niepokoić samego szefa.
– Właściwie drobiazg, panie dyrektorze – powiedział – ale czeka na instrukcję inżynier
Kamiński, a jego pociąg odjeżdża za trzydzieści pięć minut. Dlatego ośmieliłem się...
– Ach, Kamiński, która to? Już po dwunastej? – zdziwił się naczelny dyrektor i zwracając
się do dwóch panów siedzących przed biurkiem, dodał kurtuazyjnie – z panami tak miło się
rozmawia, że zapomina się o czasie. Panowie pozwolą, że na chwilę zostawię ich samych?
– Ale prosimy, panie dyrektorze – zerwali się obaj.
Usiedli dopiero wówczas, gdy za Dalczem zamknęły się drzwi. Doskonale wiedzieli, że to
jemu na nich zależy, nie odwrotnie, jednak osoba Wilhelma Dalcza wprost nakazywała szacunek.
Wspaniały ten starzec, bliski osiemdziesiątki, a taki wciąż rześki i ruchliwy, nie tylko
swoją nieskazitelną opinią, nie tylko szerokimi stosunkami i wpływami czy powszechnie cenionym umysłem imponował ludziom, z którymi się stykał. Sama jego wysoka, nieznacznie przygarbiona postać, sucha rasowa twarz z wysokim jasnym czołem, pogodnym spojrzeniem i z parą siwych jak mleko, niemal szlagońskich dobrodusznych wąsów nakazywała cześć, życzliwość i zaufanie. Toteż niespodziewana przerwa w konferencji wcale nie zaniepokoiła obu finansistów, z góry zdecydowanych na prolongatę kredytów, o które tak chodziło Dalczowi.
Tymczasem on sam stał w sekretariacie ze słuchawką telefonu w ręku i słuchał sprawozdania.
Było już po wszystkim. Sekretarz Holder nie mógł wyczytać na twarzy szefa niczego,
co wskazywałoby, jak zamierza postąpić. Powiedział tylko krótkie „dziękuję” i położywszy
tubę, odezwał się ze zwykłą uprzejmością:
– Zechce pan, panie Holder, sprowadzić mego syna tutaj do sekretariatu. Zaraz.
– Dobrze, panie dyrektorze.
– Na godzinę zaś drugą zamówi pan do mnie delegatów fabrycznych.
– Słucham, panie dyrektorze.
Wilhelm Dalcz wrócił do oczekujących go panów i z właściwą sobie swobodą wznowił
rozmowę. Istotnie zależało mu bardzo na szybkim sfinalizowaniu sprawy. Jemu osobiście. W
razie przeciągnięcia się pertraktacyj znowu byłby zmuszony zwrócić się do brata o dalszy
wkład, a to równałoby się wyzuciu własnej rodziny z reszty udziałów. Poza tym Karol, nie
cierpiący bratanków, oczywiście natychmiast usunąłby z fabryki Zdzisława... Zwłaszcza po
dzisiejszej kompromitacji.
Na szczęście rzecz w zasadzie była załatwiona. Chodziło tylko o przyśpieszenie terminu i
uporządkowanie ksiąg przed przyjazdem z Belgii Krzysztofa, którego trzeba będzie wprowadzić
do Zarządu przedsiębiorstwa. Na jakie stanowisko, jakiej pozycji Karol zażąda dla swego
syna – Wilhelm Dalcz jeszcze nie wiedział. Znając zdrowy rozsądek brata, nie przypuszczał,
by ten chciał od razu powierzyć Krzysztofowi jakiekolwiek kierownictwo. Ukończenie politechniki
i dwa lata praktyki w zagranicznych fabrykach to jeszcze za mało. W każdym razie
Karol skorzysta na pewno z pomocy syna w kontrolowaniu gospodarki Zakładów. Oczywiście
Wilhelm Dalcz nic przeciw takiej kontroli nie miał. Jeżeli zaś obawiał się czego, to jedynie
ewentualnych zatargów Zdzisława i Jachimowskiego z Krzysztofem, którego prawie nie
znał, a który niewątpliwie będzie do tamtych nieżyczliwie przez ojca uprzedzony.
Z przygodnych relacyj, jakie Wilhelm Dalcz miewał o swoim bratanku, wynikało, iż jest to
spokojny i zimny młody człowiek, no i podobno niezły fachowiec w dziedzinie budowy maszyn.
Sam nie znał go prawie wcale. Stosunki wytworzone między domami obu braci przez
histerie Józefiny sprawiły to, że poza terenem interesów wszelki kontakt zanikł jeszcze przed
przyjściem na świat Krzysztofa. Wilhelm Dalcz widział go zaledwie kilkakrotnie i przelotnie
podczas wizyt u brata, od czasu gdy ten został sparaliżowany i unieruchomiony w domu. W
pamięci stryja bratanek pozostał czarnym smukłym chłopcem o dość wątłej budowie i bardzo
dużych oczach. To wszystko.
Rozmyślania dyrektora Dalcza przerwało wejście sekretarza.
– Syn pana dyrektora oczekuje – powiedział – czy mam prosić?
– Niech wejdzie.
Po chwili na progu ukazał się Zdzisław. Na zniszczone ubranie nałożył czyjeś za długie i
za wąskie palto i wyglądał niemal odrażająco.
– Usiądź – krótko powiedział ojciec.
– To jest straszne! To jest bolszewizm! Ja w tej chwili zawiadomię policję polityczną! –
wybuchnął Zdzisław.
– Zamilknij – podniósł nań surowe spojrzenie ojciec – nie po to cię wezwałem, by wysłuchiwać
twoich niedorzecznych pogróżek. Proszę mi krótko i ściśle opowiedzieć, co było
przyczyną zajścia?
– A czort ich wie, to bydło! Już doprawdy nie mam nerwów do tego chamstwa...
– Zdzisławie, albo się natychmiast uspokoisz, albo wyjdziesz.
– No, poszło o tego brygadzistę Dominiaka. Wydaliłem go. Bałwan, pozwala sobie na bezczelne
wyzwiska pod moim adresem i jeszcze innych podjudza. Ile razy przechodzę przez
narzędziownie, zawsze jakieś...
7
– Czekaj – przerwał pan Wilhelm – a po co właściwie chodzisz do warsztatów, w jakim celu?
– A co, może mi nie wolno po własnej fabryce chodzić? Przepraszam ojca, ale chyba mam
prawo!
– Masz obowiązek zdobyć się na tyle rozsądku, by nie prowokować swoją osobą zatargów,
które szkodzą przedsiębiorstwu. Wiesz, że nie cieszysz się wśród robotników popularnością...
– Mam w nosie całą popularność! Pluję na to bydło! Ojciec nie rozumie tego, bo nie ma w
sobie krwi wielkich panów, którzy kazali nahajami uczyć moresu czerń. Ale ja mam w sobie i
krew Korniewickich!...
– Głupiec – powiedział dobitnie Wilhelm Dalcz.
Zdzisław otworzył usta, lecz spojrzawszy w oczy ojca, zamilczał.
– Powinienem usunąć cię z fabryki. Spróbuję jednak zostawić cię. Inżynier Turski zajmie
twoje stanowisko, a ty obejmiesz kierownictwo magazynów.
– Żartuje ojciec? Dlatego, że temu chamstwu nie raczę się podobać, mam przejść na niższe
stanowisko?
– Jeżeli wolisz pozostać – spokojnie powiedział pan Dalcz – pozostać i dostać kulkę w
łeb... Chyba wiesz, jak rozprawiają się z tymi, których raz już wywieziono taczkami?... Otóż
powiedziałem, że spróbuję przenieść cię do magazynów. Naturalnie zależy to od zgody delegatów.
Ani myślę znosić dalszych awantur. Co zaś dotyczy kierownictwa magazynów, jest
ono i tak dla ciebie zbyt trudne. Niestety, nie umiesz nic i do żadnej pracy się nie nadajesz...
– Jestem współwłaścicielem fabryki i chyba mam w niej niejakie prawa?
– Tak ci się wydaje? – uśmiechnął się Wilhelm Dalcz. – Otóż wiedz, że w tych dniach
przyjeżdża Krzysztof. I może się okazać, że... że własność twoja i Haliny, i... moja jest tu zbyt
mała, by miała nam dać jakiekolwiek prawa... Idź. Każ się odwieźć do domu moim samochodem
i odeślij wóz z powrotem. Wieczorem bądź w domu. Zakomunikuję ci ostatecznie decyzję
co do twego pozostania w fabryce.
– Czy ojciec mówił o naszej sytuacji serio?
Wilhelm Dalcz milczał.
– A to ładnie nas ojciec wygospodarował! – wybuchnął Zdzisław.
– Proszę wyjść – odpowiedział półgłosem ojciec.
Gdy drzwi za Zdzisławem trzasnęły, podniósł ręce do skroni i trwał tak przez chwilę w
bezruchu... Nacisnął guzik dzwonka. Na progu ukazał się sekretarz.
– Czy są już delegaci?
– Tak jest, panie dyrektorze.
– Niech wejdą.
Weszli trzej robotnicy. Pan Dalcz znał ich dobrze. Już od trzech lat byli wybierani. Mieli
bowiem nie tylko wzięcie u ogółu robotników, lecz i uznanie dyrekcji za swój takt i za umiejętność łagodzenia zatargów, których przecie nie brakło, jak w każdej fabryce.
– Dzień dobry, panowie – powitał ich dyrektor, podając po kolei rękę – siadajcie, proszę.
W milczeniu ściskali końcami palców dłoń zwierzchnika i usadowiłi się na stojących przed
biurkiem fotelach. Nie zanadto swobodnie, ale i nie na brzeżkach. Ot, zwyczajnie. Najbliżej
usiadł największy z nich, tokarz Madejczyk, sękate chłopisko o zezowatym oku i twarzy zoranej
ospą. Jako prezes delegacji on też pierwszy się odezwał:
– Ano niby domyślamy się, panie dyrektorze, względem czego pan nas sobie życzył. Cóż...
nie nasza wina.
– Wiadomo – podchwycił siedzący za nim szczupły blondynek, ślusarz z modelarni – sami
podmówili się. My o niczym nie wiedzielim.
– Zrobiliście mi wielką krzywdę – potrząsnął głową dyrektor Dalcz – nie spodziewałem
się, że zasłużyłem u robotników na takie postępowanie.
– Co też pan mówi, panie Dalcz – odezwał się trzeci delegat, giser Czepiel, wzruszając ramionami – pana samego to nikt by palcem nie tknął.
– Ale, panie Czepiel, tknął mego syna. A przecież to było takie proste: – uznawaliście, że
mój syn niesłusznie Dominiaka wydalił, należało do mnie przyjść i powiedzieć, zamiast doprowadzać do takiego skandalu. Nie spodziewałem się tego, że na starość doczekam się takich od was dowodów życzliwości.
– Panie dyrektorze, kiedy tu nie o Dominiaka chodziło – przerwał Madejczyk uspokajającym
tonem – Dominiaka, wiadomo, niesprawiedliwie wylał, ale w ogóle wszystkim syn pański
do żywego dojadł. Za pięć minut spóźnienia kazał po pół godziny strącać, do Kasy Chorych
zaświadczeń nie wydawał, a do człowieka to jak do psa gadał. No i co dziwić się, że
nerwy nie strzymali?... My sami nieraz chcielim do pana dyrektora przyjść, ale tak jakoś na
rodzonego syna, choć to po prawdzie mówiąc, a nie uchybiając, to pan dyrektor nie bardzo
tyż z niego, za przeproszeniem, zaszczytu ma. Niby z początku to nic, ale później, jak zaczął
się do każdego czepiać, jak zaczął każdego traktować, jak zaczął wyrażać się, to ludzie znielubieli. A zwiedzieli się, że znaczy się pański syn, za przeproszeniem, w teatrze opery odśpiewywał, co to za łabędzia był, czy jak tam...
– Za łabędzia, a jakże – z przekonaniem potwierdził blondyn i wszyscy trzej zachichotali
dyskretnie.
– A niechby – ciągnął Madejczyk – choć to nie wychodzi, żeby dyrektor personalny i takie
rzeczy, ale nie lubili go, to i krzyknie ten i owy, jak pański syn przez halę przechodzi: – Te,
Łabędź idzie! A kysz, do Łazienek! Spuszczajcie łabędzia na wodę! Kukuryku! I takie insze
rzeczy. Ludzie, jak ludzie, pożartować lubieją. Żeby mądry był, toby koło uszu puścił, a on
czepiał się i jak kogo przyłapał, to już mu zemsta pisana. Tak i z Dominiakiem było. Jakże
można, chłop żonaty, troje dzieci, a i rzemieślnik, sam pan dyrektor wie, pierwszoklaśny i za
byle co za bramę... Jego wina, że panu dyrektorowi personalnemu podobało się łabędzia odstawiać?
Wilhelm Dalcz zaczął mówić. Spokojnie, jasno, dobitnie. Sądził, że awantury tego rodzaju
są niedopuszczalne, że pomimo wszystko nie może dla nich znaleźć usprawiedliwienia, że nie
może ulegać takim presjom, lecz wobec tego, co zaszło, i w przekonaniu, że się to nie powtórzy, przeniesie swego syna na stanowisko głównego magazyniera.
Delegaci spojrzeli po sobie. Blondyn wzruszył ramionami. Czepiel chrząknął, a Madejczyk
powiedział:
– Jeżeli pan dyrektor chce ryzykować...
– Chcę od was otrzymać gwarancję, że porządek nie zostanie naruszony. Mój syn nie będzie
teraz miał żadnej styczności z robotnikami i sądzę, że... dla mnie też możecie panowie
mieć niejakie względy.
Czepiel pochylił się do Madejczyka i mruknął:
– Niech tam...
– Panie dyrektorze – odezwał się ospowaty – z panem toby my poszli na zgodę, ale niby,
jak nam przed towarzyszami mówić?... Ot, powiemy tak: pan przyjmie z powrotem Dominiaka,
to i rychtyk będzie.
Jednak pan Dalcz ze względów prestiżowych nie mógł na to przystać. Po krótkich pertraktacjach doszedł wszakże z nimi do układu: – Zdzisław ma zapewnione bezpieczeństwo,
Dominiak zaś na trzy miesiące otrzyma pracę u „Lilpopa”, a potem przyjęty zostanie z powrotem.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)