Mariusz Błaszczak, rzecznik klubu parlamentarnego "Prawa i Sprawiedliwości", oznajmił był dziś miastu i światu, że premier Orban chciał się spotkać z Jarosławe Kaczyńskim, ale ten dumnie odmówił.
I teraz tak: jedni się zastanawiają, czy dobrze zrobił, że się nie spotkał, czy źle zrobił, że się nie spotkał.
A ja mówię tak: to, czy dobrze, czy źle, że się nie spotkał, to rzecz dugorzędna. Można mieć na ten temat różne argumenty i różne poglądy. Rzecz w tym, jak to przedstawił pan Błaszczak.
Nie po się najmuje rzeczników prasowych, żeby ci radośnie dokonywali autopromocji na konferencjach prasowych, lecz po to, aby byli buforami między pracodawcą a światem zewnętrznym. Wiedział o tym doskonale Graś; wie też świetnie pani Małgorzata Kidawa-Błońska, która raczej zrobi z siebie kompletną kretynkę (którą nie jest), niż powie jedno słowo szkodzące premier Kopacz.
Nie wiem, co tam powiedział w zaciszu gabinetu Jarosław Kaczyński. Psim obowiązkiem rzecznika prasowego jest to przedstawić tak, by nie przyniosło to szkody PiS. Błaszczak mógł nie kłapać dziobem lub powiedzieć coś w tym stylu, że, niestety, prezes jest tak zajęty obowiązkami, że niestety nie znalazł czasu dla Orbana.
To, co zrobił Błaszczak, to jest tak krzycząca głupota, że mnie po prostu zamurowało ze zdumienia!
Przecież jeżeli PiS kiedykolwiek dojdzie do władzy, to premier z jego nadania będzie musiał się spotykać z Orbanem w różnych sytuacjach, a często - współpracować. Dzisiejszy incydent wybitnie to utrudni.
I zawdzięczamy to panu Błaszczakowi.
Panie Premierze Kaczyński - naprawdę wybrał Pan właściwego człowieka do tej funkcji? ...


Komentarze
Pokaż komentarze (120)