Fabryka przeskalowanej biedy”. Czy system pomocy społecznej może sam produkować skalę problemu, którą później uzasadnia wydawaniem pieniędzy?
Szczególnie gdy tak dysponent środków czyli OPS jak i wykreowany w tajemnicy przez strukturę na odbiorcę tychże środków czyli Agencja Służby Społecznej ( ASS) pochodzą z tego samego matecznika filozofii socjalnego pomagania.
Pomoc społeczna powinna być odpowiedzią na biedę.
Ale co się stanie, jeżeli z czasem system zacznie nie tylko rejestrować biedę, lecz także decydować o tym, jak wielka bieda jest widoczna w jego własnych danych?
To pytanie może być znacznie poważniejsze, niż się wydaje.
Bo jeżeli skala pomocy zależy od danych wprowadzanych do systemu przez instytucje, które jednocześnie organizują, planują i rozliczają tę pomoc, powstaje mechanizm wymagający szczególnej kontroli na którą nie chce się zgodzić ani Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej …Ani Rada Warszawy twierdząc , że tematu praktykowanego od dziesięcioleci outsourcingu usług społecznych nie będzie z obawy o wydźwięk społeczny podejmować…
Kto wpisuje zapotrzebowanie?
Na jakiej podstawie?
Kto sprawdza, czy wpisana liczba odpowiada rzeczywistym potrzebom mieszkańców?
I wreszcie:
kto kontroluje tych, którzy produkują dane będące później podstawą do wydawania publicznych pieniędzy?
Bieda w komputerze
Wyobraźmy sobie prosty mechanizm.
Do systemu wpisujemy określoną liczbę osób wymagających pomocy.
Na tej podstawie można określić zapotrzebowanie.
Zapotrzebowanie staje się podstawą planowania pieniędzy.
Pieniądze pozwalają zamówić określoną liczbę usług.
A następnie wykonanie tych usług zostaje rozliczone.
Na papierze wszystko może wyglądać logicznie.
Ale istnieje jedno zasadnicze pytanie:
czy rzeczywistość stworzyła dane, czy dane zaczęły tworzyć rzeczywistość? Nos dla złotej tabakiery czy tabakiera dla nosa.
Jeżeli bowiem ktoś może stosunkowo swobodnie zwiększyć albo zmniejszyć wykazane zapotrzebowanie, system otrzymuje ogromną możliwość kształtowania obrazu społecznego problemu.
Można wykazać większą skalę potrzeb.
Można wykazać mniejszą.
Można uzasadnić zwiększenie środków.
Można uzasadnić ich ograniczenie.
A później można powiedzieć:
„Tak wynika z danych systemowych”.
Tylko kto stworzył te dane?
Najbardziej niebezpieczna jest pętla …pętla taka jaką realizują urzędnicy Miasta w twierdzeniach swych o rzekomej poprawności przebiegu przetargu bez należnego VAT w gastronomii „ wygranego” przez ASS …
Problem zaczyna się wtedy, gdy te same dane stają się jednocześnie:
podstawą planowania pomocy,
podstawą finansowania,
podstawą zamówienia usług,
podstawą rozliczenia wykonawcy,
a następnie dowodem, że takie zapotrzebowanie rzeczywiście istniało.
Powstaje zamknięta pętla.
System wykazuje potrzebę → organizator zamawia pomoc → wykonawca realizuje usługę → usługa zostaje rozliczona → wykonanie potwierdza wcześniejsze zapotrzebowanie a pieniądze za rzekomo zrealizowaną usługę lub świadczenie wędrują do z góry zadysponowanego odbiorcy z kręgu zorientowanych w niuansach.
Jeżeli jednak pierwsza liczba została zawyżona, cała późniejsza konstrukcja może być formalnie poprawna, mimo że została zbudowana na błędnym założeniu. Tak jak wykazuje to pismo Ewy Gawor z rejestrem świadczeń podpisany w dniu 15.06.2004 data startowa odniesienia…
I dlatego kontrolowanie wyłącznie faktur i umów może nie wystarczyć a tak naprawdę rodzić kolejną obawę matactwa w hermetycznym kręgu wzajemnie ufających sobie .
Trzeba kontrolować źródło danych, na podstawie których w ogóle powstało zapotrzebowanie.
„Stukamy zapotrzebowanie” — i dostajemy pieniądze do takiego schematu przyzwyczajeni są organizatorzy którzy nie na próżno są organizatorami.
To jest właśnie moment, który powinien zainteresować każdego kontrolera publicznych pieniędzy w tym NIK który jeszcze na to nie wpadł pomimo ogromnej liczby dokumentów które przecież otrzymał.
Jeżeli liczba świadczeń, posiłków, usług opiekuńczych czy innych form pomocy ( np zasiłków celowych do „skonsumowania” bezcelowego proces 17 osób z MOPS w Poznaniu ) jest wynikiem danych wprowadzanych przez organizatora, powinno być możliwe odtworzenie całej historii:
kto wprowadził dane, kiedy je wprowadził, na podstawie jakiego dokumentu, kto je zatwierdził, kto je zmienił i kto później wykorzystał je do zamówienia określonej liczby usług i gdzie te środki tak naprawdę powędrowały...
Bez tego system może stać się czarną dziurą w której NIKNIE GRO ŚRODKÓW pochodzących z naszych podatków...
Na wyjściu pojawia się liczba.
A za tą liczbą idą publiczne pieniądze.
Można zmniejszyć biedę na ekranie
Ten mechanizm działa również w drugą stronę.
Jeżeli zmniejszymy wykazywane zapotrzebowanie, możemy otrzymać obraz mniejszej skali problemu.
Wtedy można powiedzieć:
„Potrzeba jest mniejsza”. I wszyscy uwierzą w skuteczność systemu pomocy…
Można zmniejszyć finansowanie.
Można zmniejszyć liczbę świadczeń.
Można ograniczyć usługę.
I znowu wszystko może zostać uzasadnione jednym argumentem:
„Tak wynika z danych”.
Tyle że dane nie pokrywają się z rzeczywistością.
Dane są jej zapisem. Wygodnym przedłużeniem procesu myślowego odzwierciedlającego obecne zapotrzebowanie na fikcję organizatorów pomocy społecznej…
A każdy zapis wymaga odpowiedzialności człowieka, który go stworzył.
Największe pytanie: kto korzysta na tej konstrukcji?
Jeżeli publiczny organizator określa zapotrzebowanie, a następnie za pieniądze wynikające z tego zapotrzebowania zleca wykonanie usług określonym powiązanym w dużej mierze ze sobą podmiotom, trzeba patrzeć na cały łańcuch i na ręce..??.
Nie wystarczy zapytać:
„Czy firma wykonała usługę?”
Trzeba zapytać:
„Kto i dlaczego określił, że właśnie tylu usług potrzebujemy?”
Bo dopiero wtedy można ustalić, czy pieniądze zostały wydane dlatego, że istniała rzeczywista potrzeba społeczna, czy też dlatego, że system wcześniej taką potrzebę wykazał a nawet ją sztucznie dla określonego celu wykreował.
Fabryka biedy nie musi produkować biednych ludzi
I tutaj dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnego określenia.
„Fabryka biedy” nie musi oznaczać, że ktoś celowo produkuje biednych ludzi.
Może oznaczać coś znacznie bardziej subtelnego:
system może produkować własny obraz biedy wygodny dla socjalnego odbioru interesu..
A ten obraz może następnie służyć do uzasadniania wielkości budżetu, liczby usług, konkursów, zamówień i pieniędzy przekazywanych wykonawcom.
W takim modelu bieda staje się nie tylko problemem społecznym.
Staje się również kategorią administracyjną, którą można mierzyć, zwiększać, zmniejszać, kwalifikować i rozliczać.
A skoro można nią zarządzać, pojawia się również ryzyko, że ktoś zacznie zarządzać danymi o biedzie.
Najważniejszy audyt nie powinien zaczynać się od faktury
Powinien zaczynać się znacznie wcześniej.
Od pierwszego wpisu.
Trzeba odpowiedzieć:
kto stworzył zapotrzebowanie?
Jakie dokumenty potwierdzały podaną liczbę?
Czy liczba osób rzeczywiście korzystających z pomocy odpowiadała liczbie przyjętej do planowania?
Kto mógł zmieniać dane?
Czy istnieje historia zmian?
Czy można porównać dane systemowe z rzeczywistą dokumentacją świadczeniobiorców?
Czy liczba zamówionych świadczeń odpowiadała rzeczywistemu wykorzystaniu?
A jeżeli nie — dlaczego?
Dopiero odpowiedzi na te pytania pozwalają ustalić, czy mamy do czynienia ze zwykłymi błędami administracyjnymi, niegospodarnością, niedostatecznym nadzorem, czy też mechanizmem, który może być wykorzystywany do kierowania publicznych pieniędzy według uznania.
Bo największą władzę daje nie pieniądz. Daje ją INFORMACJA i dostosowana do potrzeb zarządzających ORGANIZACJA jak mawiali Emil Munsterberg i Alice Salomon…
Kto kontroluje dane, ten w dużej mierze kontroluje obraz rzeczywistości. Taki swoisty MATRIX SOCJALNY z zasiadającymi w miękkich fotelach kreatorami rzeczywistości uzasadniającymi potrzebę istnienia odmiennych stanów świadomości .
Jeżeli system mówi, że potrzebujemy 10 tysięcy świadczeń — urzędnik może powiedzieć, że właśnie tyle trzeba zamówić.
Jeżeli system następnego roku pokaże 15 tysięcy — pojawi się argument za zwiększeniem środków.
Jeżeli pokaże 7 tysięcy — pojawi się argument za ograniczeniem pomocy.
W obu przypadkach można wskazać na komputer jako głównego winowajcę propagandy socjalnej.
Ale komputer sam niczego nie wymyślił.
Ktoś wprowadził dane.
I dlatego pytanie o publiczne pieniądze powinno brzmieć nie tylko:
„Ile wydano?”
ale przede wszystkim:
„Kto stworzył liczbę, która pozwoliła te pieniądze wydać?”
To jest pytanie, którego nie można już omijać.
Bo jeżeli system może sam określać skalę potrzeb, sam planować środki, sam organizować pomoc, sam wybierać lub nadzorować wykonawców i następnie sam potwierdzać wykonanie, to potrzebujemy czegoś więcej niż wewnętrznej kontroli.
Potrzebujemy niezależnego prześwietlenia całego łańcucha: od człowieka potrzebującego pomocy aż do ostatniej złotówki wypłaconej wykonawcy.
Dopiero wtedy okaże się, czy system rzeczywiście walczy z biedą, czy też wytworzył mechanizm na użytek administracji , w którym bieda stała się przede wszystkim kategorią potrzebną do funkcjonowania samego i całego systemu a tak naprawdę osób czuwających nad obiegiem informacji niezbędnych do kreowania zapotrzebowania,..przekłuwanego zaraz na realne środki pochodzące z budżetu a niknące w czeluściach wskazanych z góry kieszeni powiązanych osób typu ASS. W tak przemyślny sposób skonstruowany SYSTEM wymaga jednak ochrony którą w przypadku wArSSzawy zapewnia mu wybitnie hiperetnocentryczny Prezydent Trzaskowski i oddelegowany do nadzoru cały aparat kontrolny Państwa i samorządu wiedzący w jaki sposób podchodzić do tematu kontroli by nic niepojącego nie wykazała.Przykład Biura Kontroli i Audytu stwierdzający że przetarg bez należnego VAT w gastronomii miał POprawny charakter i nic nie można mu zarzucić choć CBA ma odmienne zdanie.
I wtedy określenie „fabryka biedy” przestaje być tylko publicystyczną metaforą.
Staje się pytaniem, które należy poddać oczywistej rzeczywistej kontroli. Nawet gdy środowisko uważa się z uwagi na posiadane koneksje za nietykalne z uwagi na kreowanie sztucznych potrzeb które następnie się oficjalnie zaspokaja by wykazać potrzebę własnej niezbędności. Znany manewr socjologiczny…
W socjologii i teorii organizacji można to opisać kilkoma pojęciami. Najbliższy temu będzie mechanizm „kreowania popytu na własne usługi” albo „samonapędzającej się potrzeby instytucjonalnej”.
Wszystko to przecież zamysł socjologów gdyż w pętli socjologicznego pomysłu się znajdujemy…:
najpierw tworzy się lub definiuje problem → następnie przedstawia się go jako dowód istnienia ogromnej potrzeby → potem własna instytucja występuje jako niezbędna do rozwiązania tego problemu → a skala problemu uzasadnia dalsze istnienie i finansowanie instytucji,
to warto rozważyć kilka terminów:
samozaspokajająca się przepowiednia (self-fulfilling prophecy) – gdy samo przekonanie o istnieniu określonego zjawiska przyczynia się do jego powstania lub utrwalenia;
instytucjonalizacja problemu społecznego – gdy określona grupa lub instytucja definiuje zjawisko jako problem wymagający profesjonalnej obsługi tu poprzez ASS.;
kreowanie popytu / induced demand – tworzenie zapotrzebowania na własne działania lub usługi;
biurokratyczne samouzasadnianie się – instytucja uzasadnia swoją niezbędność poprzez wykazywanie problemów, które sama następnie obsługuje;
efekt Ratcheta (zapadki) – raz rozbudowany zakres działania instytucji lub systemu trudno później zmniejszyć, nawet gdy pierwotne przesłanki słabną.
Jest też bardzo trafne pojęcie z socjologii organizacji: „imperatyw funkcjonalny” / „dyskurs niezbędności” – przedstawianie własnej grupy jako koniecznej dla prawidłowego funkcjonowania systemu.
Natomiast jeżeli masz na myśli świadome stworzenie sztucznej potrzeby, a następnie jej „oficjalne” zaspokajanie po to, żeby wykazać, że dana grupa jest potrzebna i dzięki koneksjom stać się praktycznie nietykalną, to najtrafniej można to określić jako:
„instytucjonalne kreowanie potrzeby własnej niezbędności” albo ostrzej: „samouzasadniający się mechanizm popytu”.
Niezwykle pasująca do obecnej sytuacji jest koncepcja „ownership of social problems” Josepha R. Gusfielda.
1. Joseph R. Gusfield — „własność problemu społecznego”
Socjolog Joseph R. Gusfield w książce The Culture of Public Problems (1981) rozwinął pojęcie „ownership of social problems” — własności problemów społecznych.
Chodzi o to, że określone środowisko może uzyskać autorytet do definiowania:
co jest problemem społecznym,
jak duży jest ten problem,
kto jest jego „ofiarą” lub beneficjentem,
jakiego rozwiązania wymaga,
i przede wszystkim — kto ma prawo tym problemem zarządzać.
Literatura dotycząca Gusfielda opisuje właśnie proces, w którym po zdefiniowaniu problemu następuje jego instytucjonalizacja, a wraz z nią pojawiają się organizacje i profesjonaliści, którzy uzyskują swoistą „pieczę” nad problemem.
ResearchGate
I tu pojawia się bardzo ciekawy mechanizm odpowiadający obecnej obserwacji:
problem → jego profesjonalne zdefiniowanie → wykazanie zapotrzebowania → powstanie/rozrost aparatu zajmującego się problemem → aparat staje się „niezbędny” → jego istnienie samo zaczyna potwierdzać wagę problemu.
To jest znacznie bliższe temu niż zwykła „samozaspokajająca się przepowiednia”.
2. C. Northcote Parkinson — drugi, bardzo mocny trop
Jeżeli natomiast nacisk położysz na rozrost aparatu i tworzenie pracy uzasadniającej jego dalsze istnienie, wtedy pasuje prawo Parkinsona C. Northcote'a Parkinsona.
Parkinson obserwował, że administracja może zwiększać liczbę pracowników niezależnie od rzeczywistej ilości wykonywanej pracy. Późniejsze badania nad jego teorią wskazują również na mechanizm, w którym rozwój administracji może służyć ochronie pozycji ludzi już znajdujących się wewnątrz organizacji.
Jeszcze ciekawsze jest rozwinięcie Bretona i Wintrobe'a: ich model zakłada, że biurokraci mogą maksymalizować władzę, a nie tylko budżet, poprzez budowanie lojalności podwładnych, grup interesu i innych uczestników systemu.
Mamy tu jednoznacznie do czynienia z mechanizmem instytucjonalnego zawłaszczania problemu i systemu społecznego i kreowania własnej niezbędności.
To jest nawet bardziej precyzyjne niż „kreowanie sztucznych potrzeb”, bo pokazuje kolejne ogniwa: kto definiuje problem → kto ustala jego skalę → kto dostaje kompetencje do jego rozwiązywania → kto dzięki temu uzyskuje finansowanie, wpływ i ochronę własnej pozycji bez względu na efekty tak jak u ASS.
Piotr Obrębski


Komentarze
Pokaż komentarze (1)