Miasto dwóch prędkości
Bielsko to polski fenomen. Z jednej strony – pierwsze miejsce w województwie pod względem liczby najbogatszych. To tutaj, w willowych dzielnicach jak Kamienica, Straconka czy Olszówka, parkują fury, których wartość przekracza dożywotnie zarobki przeciętnego mieszkańca Lipnika. Tu pieniądz nie śpi, on się tutaj osiedla, kupuje grunt i patrzy z góry na resztę regionu.
Z drugiej strony mamy rzeczywistość „powiatową”. Choć Bielsko dumnie odcina się od śląskiej biedy i degradacji Katowic czy Bytomia, pod spodem pulsują te same problemy. Rynek pracy, który przez lata karmił nas obietnicą stabilizacji w zagranicznych koncernach, zaczyna pękać. Koszty energii dobijają kapitalistów, a ci pakują manatki, zostawiając po sobie widmo grupowych zwolnień. Co z tego, że nie mamy tu „menelstwa” na każdym rogu, skoro młody człowiek po opłaceniu wynajmu w mieście, gdzie ceny są „warszawskie”, a pensje „lokalne”, zostaje z pustym portfelem?
Ucieczka kobiet i "góralska" hipergamia
Najbardziej bolesny jest jednak cichy drenaż miasta. Bielsko-Biała się wyludnia. Statystyki nie kłamią – dwa razy więcej pogrzebów niż chrzcin to wyrok odroczony w czasie. Młode kobiety, ambitne i świadome swojej wartości, pakują walizki i wyjeżdżają do Krakowa czy Warszawy. Te, które zostają, często patrzą na świat przez pryzmat nowobogackiego blichtru. Hipergamia w cieniu Szyndzielni to nie żart – oczekiwania rosną nieproporcjonalnie do realnych możliwości lokalnych facetów, a wszystko to podlane sosem specyficznej, twardej góralskiej mentalności.
Wojna o wpływy i zapach spalin
Nawet na poziomie ulicy miasto jest pęknięte. Podbeskidzie kontra BKS – dwa kluby, dwa światy, wieczna walka o wpływy w środowisku kibicowskim, która przypomina nam, że pod płaszczem nowoczesnego miasta wciąż buzują pierwotne emocje. Do tego dochodzi codzienność: brak tramwajów, autobusy MZK stojące w korkach i narastający problem narkomanii, który po cichu trawi niektóre osiedla.
Bielsko-Biała mogłaby być stolicą województwa. Jest czystsza, ładniejsza i bardziej reprezentatywna niż Katowice. Łączy w sobie śląski etos pracy z małopolską fantazją. Ale jeśli nie zatrzymamy ucieczki młodych i nie zbalansujemy tego rozwarstwienia między „panem milionerem” a „panem z montowni”, za kilka dekad zostaniemy tylko pięknym skansenem u podnóża gór.


Komentarze
Pokaż komentarze