3 obserwujących
11 notek
40k odsłon
3790 odsłon

Ustawa Wilczka, czyli szczęki z bazaru

Bazar i hale targowe pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie, rok 1994. Fot. PAP
Bazar i hale targowe pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie, rok 1994. Fot. PAP
Wykop Skomentuj66

Dzień przed Wigilią 1988 roku, przedsiębiorczy Polacy dostali niezwykły świąteczny prezent – „ustawę Wilczka”, która otworzyła socjalistyczne drzwi do wolnorynkowej gospodarki. Jej przesłanie brzmiało: „Co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”.

„Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach, z zachowaniem warunków określonych przepisami prawa” – brzmiał pierwszy artykuł ustawy o działalności gospodarczej, uchwalony przez Sejm PRL IX kadencji. Błyskawicznie wszedł w życie: 1 stycznia 1989 roku. Na kilka miesięcy przed Okrągłym Stołem i ponad pół roku przed wyborami 4 czerwca, które doprowadziły do upadku Polski Ludowej. Zatem to nie pierwszy niekomunistyczny rząd Tadeusza Mazowieckiego, ani Leszek Balcerowicz swoimi reformami wprowadzili w Polsce kapitalizm, tylko peerelowski minister przemysłu.

Z dyrektora na prywaciarza

Projekt ustawy napisał bowiem Mieczysław Wilczek, odpowiedzialny w rządzie Mieczysława Rakowskiego za gospodarkę. Chemik, prawnik, wynalazca (był autorem patentów nie tylko polskich, ale też dla Shella), ojciec słynnego w PRL detergentu do prania Ixi, który zastąpił stosowane wcześniej w Polsce proszki na bazie mydła. Po prawie 15 latach dyrektorowania w państwowych zakładach kosmetycznych i Zjednoczeniu Przemysłu Chemii Gospodarczej „Pollena”, Wilczek w 1969 roku – w środku komunizmu, tuż po Marcu 1968 – postanowił zostać… prywatnym przedsiębiorcą. Założył fermę perliczek we wsi Ołdakowizna pod Mińskiem Mazowieckim i zbudował laboratorium, w którym produkował kremy z tłuszczu żółtka jaj i sprzedawał je w ZSRR. A to był zaledwie pierwszy interes.

Szły mu świetnie – na pewno pomagała przynależność do PZPR i kontakty, bo to z Ministerstwa Gospodarki Materiałowej dostał „zlecenie” – jak wspominał – na rozwiązanie problemu odpadów z rzeźni. Zbudował przetwórnię i sprzedawał swój patent na ich przeróbkę na koncentrat paszowy, po milionie za sztukę – w sumie powstało osiem podobnych zakładów. Stał się jednym z najbogatszych ludzi w PRL. Hodował konie arabskie, a w jego stajni swego tatarskiego bachmata trzymał Daniel Olbrychski. Do jego domu z krytym basenem przyjeżdżali ludzie kultury, w tym aktorka Elżbieta Kępińska z mężem – właśnie Rakowskim.

Przewodnicząc Radzie Społeczno-Gospodarczej przy Sejmie, Rakowski zaprosił do niej Wilczka jako przedstawiciela przemysłu prywatnego – został wiceszeprzewodniczącym. – Mieliśmy przygotować ustawę o działalności gospodarczej – wspominał Wilczek w „Gazecie Wyborczej” kilka lat przed śmiercią.

– Rząd wtedy już był w ciężkim strachu, widać było, że nie bardzo wiedzą, co robić. A ja miałem za sobą argumenty, bo 200 zakładów bacutilowskich (Bacutil przetwarzał odpady pochodzenia zwierzęcego – red.) robiło mniej niż tych kilka prywatnych i państwo nie wydało na prywaciarzy ani złotówki. Pomagały mi studia prawnicze, wiedziałem, jak czytać, jak tworzyć dokumenty – opowiadał, dlaczego PRL odważyła się na wolnorynkowe zmiany.

Szybko został ministrem przemysłu i napisał tę ustawę.

Trochę z nudów, trochę z wiedzy

W państwie, które przez ponad 40 lat walczyło z prywatną inicjatywą, kontrolowało handel i upaństwowiło zakłady, centralnie sterowana, podporządkowana celom politycznym gospodarka przestała działać. Zadłużenie zagraniczne rosło, reformy nie pomagały, zakłady strajkowały. W kraju wrzało i sytuacja – gospodarcza, jak i polityczno-społeczna – pod koniec lat 80. wymagała już natychmiast radykalnych zmian.

– Ja się wtedy trochę nudziłem, bo wciąż jeszcze nie było możliwości podjęcia działalności na taką skalę i w takiej dziedzinie, jaka by mi odpowiadała. Miałem doskonałe rozeznanie gospodarki państwowej po 20 latach na stanowiskach kierowniczych w przemyśle, wiedziałem, co potrzeba państwowemu przemysłowi, by go uratować albo by go zlikwidować. Miałem też 20 lat praktyki z boksowaniem się z tą władzą jako prywatny przedsiębiorca – tłumaczył, dlaczego się podjął pisania ustawy gospodarczej.

Ustawa Wilczka regulowała więc zasady działalności gospodarczej w sposób liberalny. Znosiła koncesje w 12 rodzajach działalności prywatnej i limit w zatrudnianiu pracowników.

 „Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności i działań, które nie są przez prawo zabronione” – głosił artykuł czwarty ustawy Wilczka, od którego wzięło się jej powszechnie przytaczane przesłanie: „co nie jest zakazane, jest dozwolone”. I to, które brzmi jak postulat: „pozwólcie działać”.

– Chodziło o to, by wyrwać decyzje z rąk urzędników, którzy z wielu powodów czasem ukatrupiali rozpoczęcie działalności – tłumaczył autor ustawy.

Droga do wolności w takcie Morricone

giełda, stadion Skry, PRL
Giełda na stadionie Skry w Warszawie, rok 1989. Fot. PAP

Nowe prawo było jak korek zdjęty z butelki szampana – uwolnił przedsiębiorczość Polaków, która okazała się przeogromna. Już w latach niedoboru rodacy zawsze usiłowali sobie radzić różnymi interesami, wywożąc do ZSRR i dawnych demoludów dżinsy szyte w szczecińskiej „Odrze”, perfumy „Być może” (miały być konkurencją dla „Chanel nr 5”) czy kryształy. Nie bez powodu w jednym z odcinków „Czterdziestolatka” Jerzego Gruzy, gdy dyrektor Stefan Karwowski, grany przez Andrzeja Kopiczyńskiego, wchodzi podczas służbowej delegacji na Węgry do sklepu, na dzień dobry słyszy od osoby za ladą pytanie: „Co pan sprzedaje?".

Wykop Skomentuj66
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Gospodarka