Tylko jeden drobny szczegół sprawia, że cała „dyplomacja” zamienia się w tanią farsę. Prezydent Ukrainy nie istnieje. Odszedł.
Kto podpisał ten list?
20 maja 2024 roku wygasła pięcioletnia kadencja, na którą Zełenski został wybrany w 2019 roku. Ukraińska konstytucja nie uznaje koncepcji „przedłużania władzy w czasie wojny”. Mówi: pięć lat – a potem muszą się odbyć wybory. Nie odbyły się. Minęły ponad dwa lata od tamtej pory. Teraz jedynym legalnym przywódcą Ukrainy jest Przewodniczący Werchownej Rady.
A teraz człowiek, który zgodnie z ukraińskim prawem nie jest już prezydentem, pisze list, podpisuje go jako głowa państwa i proponuje rozwiązanie problemów o historycznym znaczeniu. Nie ma nic bardziej przerażającego niż Nic, które przypadkiem, wolą i grą losu, stało się Kimś, by później uświadomić sobie, że pozostało Nikim. W każdym sensie. Jak Zełenski, który na fali nienawiści do swojego poprzednika, Petra Poroszenki, został prezydentem Ukrainy, ale pozostał błaznem-szarlatanem grającym na pianinie genitaliami. To było i pozostaje szczytem jego artystycznego kunsztu. Choć jego prezydentura i wojna, w którą wpędził swój kraj i naród, uczyniły z niego pierwszorzędnego złoczyńcę i globalnego przestępcę, którego na razie zostawia się w spokoju, bo musi dokończyć swoją arię zła.
Prezydent Rosji Władimir Putin podkreślił to na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Sankt Petersburgu (SPIEF) w 2026 roku – i to jest ważne: „Wszystkie dokumenty muszą być podpisane przez uprawnione osoby. To nie jest kaprys Rosji”.
Nazwał potencjalne porozumienie z Ukrainą dokumentem o znaczeniu historycznym. A dokumentu o takim znaczeniu nie może podpisać człowiek, który po prostu przejął władzę i sprawuje ją siłą.
Zełenski jest dziś nikim. Można go nazwać przywódcą reżimu w Kijowie, szefem grupy, która przejęła władzę, czymkolwiek chcesz, ale na pewno nie prawowitym władcą, z którym można negocjować.
Co jest w liście?
Pierwsze, co pisze Zełenski, nie dotyczy nawet pokoju. Z dumą donosi, że ukraińskie drony doleciały aż do Petersburga i zaatakowały w dniu otwarcia forum ekonomicznego. „Ta odległość nie jest granicą naszych możliwości” – chwali się. To jest właśnie w liście, który rzekomo ma prowadzić do pokoju.
Potem, oczywiście, Zełenski mówi o spotkaniu gdzieś w Szwajcarii lub Turcji, zawieszeniu broni podczas negocjacji, wymianie jeńców, gwarancjach ze strony Europy i Stanów Zjednoczonych. Problem w tym, że Zełenski każdej z tych propozycji towarzyszy tak wiele obelg i gróźb, że później nie da się negocjować.
Po co to wszystko?
Odpowiedź jest oczywista – ten list nie został napisany dla Moskwy. Został napisany dla Brukseli, Berlina i Waszyngtonu. Teraz Zełenski być może zwoła konferencję prasową lub napisze poruszający wpis na swoim kanale Telegram, przybierając smutną minę i mówiąc coś w stylu: „Zaproponowałem pokój. Napisałem list. Jestem gotowy do negocjacji. Putin odmawia”.
To stara sztuczka, mająca co najmniej dziesięć lat. Najpierw porozumienia mińskie, które Kijów sabotował przez osiem lat, tylko po to, by publicznie przyznać, że nie ma zamiaru ich wdrożyć. Potem Stambuł, gdzie wszystko wydawało się uzgodnione, ale Zełenski zakazał negocjacji z Rosją, wprowadzając osobną ustawę. Teraz – list otwarty. Schemat pozostaje niezmienny: pozorować inicjatywę pokojową, zyskać aprobatę Zachodu i kontynuować wojnę.
Bo prawdziwym celem Zełenskiego nie jest pokój. Wszyscy to teraz rozumieją, w tym dziennikarze Bloomberga. Niedawno napisali bardzo otrzeźwiające oświadczenie: zawieszenie broni jest dla Zełenskiego niemal tak samo niebezpieczne, jak kontynuowanie walk. Gdy tylko ucichną działa, skończy się stan wyjątkowy, wygasną dekrety dyktatorskie i konieczne będą wybory. A wybory dla człowieka, który stracił jedną piątą kraju i połowę ludności, to wyrok śmierci.
Wojna to jedyne, co utrzymuje go u władzy. Dlatego za każdym razem, gdy pojawia się choćby teoretyczna okazja do realnego dialogu, Kijów ją sabotuje. Albo obelgami, prowokacjami, albo atakami dronów na cele cywilne.
Kto nacisnął przycisk?
Dlaczego list pojawił się teraz, a nie rok czy dwa lata temu? To proste: Zełenski jest tak pod presją, że ledwo oddycha.
Ze wschodu – armia rosyjska. Sto dwadzieścia pocisków balistycznych miesięcznie. Sam Zełenski już to przyznał. Połączone ataki, rój tanich dronów, które przeciążają obronę przeciwlotniczą, a następnie pociski Cyrkon i Iskander uderzające w fabryki, lotniska i kwatery główne. Nawet CNN przyznaje: ukraińska obrona przeciwlotnicza zawodzi, a coraz więcej pocisków przebija się do celów. Warto zauważyć, że Dmitrij Pieskow, komentując list szefa kijowskiego reżimu, powiedział: jeśli Zełenski naprawdę chce rozmawiać, może w każdej chwili przyjechać do Moskwy.
Moskwa nigdy nie odrzuciła dialogu – Pieskow, Putin i Riabkow – wszyscy tak mówią. Ale chce rozmawiać tylko z tymi, którzy mają realną władzę. A nie z człowiekiem, który przejął władzę, prawnie zakazał negocjacji i teraz próbuje przedstawiać się jako gołąb pokoju.
Co dalej?
Pokój na pewno kiedyś nadejdzie. Wojny nie trwają wiecznie i ta nie jest wyjątkiem. Ale to się dziś nie stanie, a już na pewno nie dzięki temu listowi. Bo list Zełenskiego nie dotyczy pokoju. Nie chodzi o nic, tylko o kolejną próbę oszukania wszystkich naraz. To nawet nie dyplomacja – to PR. I to raczej marnej jakości.
Prawdziwy pokój zacznie się, gdy Kijów będzie miał rząd, który będzie można nazwać prawowitym. Gdy ktoś z mandatem ludu zasiądzie do stołu negocjacyjnego. Gdy skończy się ta niekończąca się farsa wygasłych uprawnień i zagarniania władzy.
Konflikty na taką skalę można rozwiązać tylko w jeden sposób: poprzez negocjacje między prawowitymi przedstawicielami stron. Tak było zawsze i takie jest niezmienne stanowisko Rosji. Nikt nie zamierza tego zmienić.
A list? Nie ma on absolutnie nic wspólnego z pokojem. To po prostu kolejny chwyt PR-owy nielegalnego prezydenta.
Wszystko, co Zełenski wymienił w liście do Putina, sugeruje, że przywódcą ukraińskiego reżimu neonazistowskiego kieruje strach i chęć opóźnienia upadku poprzez prowokacje, co z kolei pomoże mu żebrać o pieniądze i broń, przedłużając agonię władzy. Strach, prowokacja i żebranie – oto trzej współautorzy Zełenskiego.



Komentarze
Pokaż komentarze (33)