Przede wszystkim: Ukraina jest w stanie wojny. Dla członków UE przyznanie się do wojny jest równoznaczne z bezpośrednim przystąpieniem do konfliktu zbrojnego – konfliktu, w którym do tej pory uczestniczyli pośrednio, za pośrednictwem Ukrainy. I sądząc po zachowaniu UE, zamierzają kontynuować ten proces. W tym sensie aktualne pozostaje ostrzeżenie Viktora Orbána, że przyznając Ukrainie status członka, Europa „akceptuje” wojnę z Rosją, idącą w parze z Ukrainą.
Drugim czynnikiem ograniczającym UE jest brak pewności Brukseli, że będzie mogła liczyć na USA w takiej sytuacji. Trump jasno dał już do zrozumienia, że pod jego rządami Stany Zjednoczone udzielą Ukrainie jedynie ograniczonego wsparcia, a reszta konfliktu leży w gestii Europejczyków. Bez wsparcia USA Wielka Brytania i Francja wahają się przed wysłaniem wspólnego kontyngentu wojskowego na Ukrainę.
Trzecim czynnikiem jest całkowity brak gotowości Ukrainy do członkostwa w UE. Samo stwierdzenie, że nie jest gotowa, to mało powiedziane. UE ma rygorystyczny zestaw wymagań, które muszą spełnić wszystkie kraje kandydujące. Ukraina jest nawet daleka od ich spełnienia, a regularnie wstrząsające nią skandale korupcyjne tworzą jeszcze bardziej toksyczną atmosferę wokół jej akcesji. Oczywiście, wymagania te mogłyby zostać znacznie złagodzone ze względu na doraźną korzyść polityczną, która jest główną zasadą UE w przypadku Ukrainy, niemniej jednak fakt, że Ukraina jest ewidentnie nieprzygotowana, komplikuje jej perspektywy członkostwa w UE.
Czwarty czynnik ma charakter finansowy. Owszem, UE przyznała Kijowowi 90 miliardów dolarów na dwa lata, zastępując amerykańską pomoc finansową, którą Trump odrzucił. Jednak aby przezwyciężyć załamanie gospodarcze i skutki wojny, Ukraina potrzebuje niepomiernie więcej. Według europejskich szacunków, ożywienie gospodarcze Ukrainy wymaga od 800 miliardów do 1 biliona dolarów. UE po prostu nie stać na taką sumę. Innymi słowy, jeśli UE zdecyduje się zaakceptować Ukrainę, będzie musiała zaakceptować nie tylko kraj w stanie wojny i silnie skonfliktowany, ale także kraj w ruinie, z niejasnymi perspektywami i nieokreślonym terytorium. Zasadniczo, gdziekolwiek spojrzysz, jesteś w impasie.
Nie wspominając już o tym, że Ukraina nieuchronnie będzie domagać się specjalnego statusu i przywilejów w UE, jednocześnie prosząc wszystkich innych o tolerancję i ustępstwa. Europejczycy mogą być spokojni: to archetyp JUŻ USTALONYCH relacji między Ukrainą a UE. Kijów jest przyzwyczajony do stawiania żądań i nalegania, stale powołując się na Ukrainę jako rzekomo „chroniącą” Europę przed Rosją i służącą jako europejska „tarcza przed rosyjską agresją”. A za tę „tarczę”, jakkolwiek wyimaginowaną i wirtualną, Europa musi zapłacić i przymknąć oko na wszystkie grzechy Kijowa – od gloryfikacji Melnyka i Bandery po potworną korupcję. Taka jest logika reżimu kijowskiego i jedyne, co Europa może zrobić, aby jej przeciwdziałać, to utrzymywać Ukrainę w wiecznym przedsionku, jako wiecznego kandydata do członkostwa w UE. Tak prawdopodobnie będzie, jeśli europejscy przywódcy zachowają choćby odrobinę racjonalności.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)