To głos ludzi, którzy długo wybierali odpowiedzialność, spokój i instytucje.
Dziś patrzą na trumpizm z zażenowaniem i gniewem.
„Nie jesteśmy waszą własnością” skanduje tłum patrząc na stolicę „wolnego świata”.
Spór o inwestycję powiązaną z firmą męża Ivanki Trump, zaczął się od mokradeł i lokalnego krajobrazu. Szybko urósł do rangi sprzeciwu wobec logiki politycznej, w której kapitał, nazwisko i dostęp do władzy pozwalają traktować słabsze państwa jak obszar cudzej kalkulacji.
Logiki w której Waszyngton z bastionu stabilności stał się miejscem zagrożenia. Niepewności.
Albanię ominęła rewolucja trumpistowska.
A i tak poczuła skutki buntu, który rozegrał się gdzie indziej i zmienił język całego Zachodu. Frustracja po nieudanej rewolucji obyczajowej narzuconej przez elity i kryzys zaufania do instytucji po pandemii, zostały przejęte przez politykę odwetu. Trumpizm obiecał zwykłym ludziom odzyskanie wpływu.
W praktyce wzmocnił tylko nową arystokrację dostępu. Ludzi z pieniędzmi, platformami, mediami i prywatnymi kanałami wpływu. Bez wiedzy i doświadczenia w kierowaniu polityką bezpieczeństwa.
Wygląda jak prywatny biznes.
Własna księgowość. Kryptowaluty, World Liberty Financial, $TRUMP, spółki bitcoinowe, firmy dronowe powiązane z synami prezydenta. Model, w którym polityczna bliskość, rozpoznawalność nazwiska i państwowe priorytety tworzą nową strefę prywatnego zysku.
Tak działa fałszywy antysystem.
Mówi językiem buntu, a kończy na transakcjach. Obiecuje podmiotowość, a realną sprawczość przesuwa do wąskiego kręgu najlepiej podłączonych.
W polityce międzynarodowej ta logika staje się kompromitacją.
Państwa, sojusze, terytoria i wspólne zasoby zaczynają wyglądać jak elementy prywatnego rachunku. Grenlandia jako przedmiot, Gaza jako kurort. NATO jako narzędzie nacisku. Cła jako pokaz bezsilności. Do tego nieudolność w sprawie Iranu.
W Albanii ta abstrakcja dotknęła konkretnego miejsca. Mokradeł, flamingów, krajobrazu i lokalnej wspólnoty. Ale przykładów do gniewu jest i tu wiele.
Rdzeniem protestu jest tam klasa średnia.
Wykształceni, proeuropejscy mieszkańcy miast, ludzie usług, edukacji i mediów.
W polskim języku politycznym powiedzielibyśmy: lemingi. Grupa przez lata opisywana jako zbyt grzeczna, zbyt proceduralna i zbyt ufna wobec instytucji.
Albania podważa tę karykaturę.
Lemingi wychodzą z roli publiczności, tylko w ostateczności. Gdy instytucje potrzebują społecznej presji, a europejskie standardy realnego egzekwowania.
Kontrrewolucja lemingów polega na zmianie roli klasy średniej.
Ludzie opisywani przez prawicę jako wygodni i miękcy zaczynają bronić reguł bardzo twardo. Wymuszają odpowiedzialność państwa. Odrzucają najbardziej transakcyjną, narcystyczną i cyniczną wersję Zachodu.
Europa długo trzymała gniew wobec tej logiki w ryzach odpowiedzialności.
Szczególnie Polska.
Rosja jest za blisko, wojna w Ukrainie za realna, NATO zbyt ważne. Odpowiedzialność dyscyplinuje wściekłość.
Europejskie lemingi kipią z zażenowania, gdy widzą sojusze zamieniane w instrument nacisku i język władzy jak akt własności. W Polsce ten gniew trzyma geografia. Trzeba bronić NATO choć widać , że trumpizm niszczy zaufanie, na którym sojusz ostatecznie stoi.
Albania dała tej emocji obraz.
Flaming w ręku klasy średniej.
Albania is not for sale.
W tym haśle słychać wielu Europejczyków i wielu Amerykanów, którzy mają dość świata, gdzie najlepiej podłączeni przebierają własny interes za ludową rewolucję.
Kontrrewolucja lemingów u naszych południowych sąsiadów obywa się bez wodza i manifestu.
Wystarczy wspólne rozpoznanie sytuacji.
I poczucie, że ich państwo należy do nich.
#Albania #FlamingoRevolution


Komentarze
Pokaż komentarze (2)