Islandia zrezygnowała z Unii Europejskiej. Było to wynikiem referendum, które odbyło się na wyspie i które miało na celu wznowienie negocjacji akcesyjnych kraju do UE (rozpoczętych w 2009 roku i zawieszonych w 2013 roku właśnie z powodu chęci przeprowadzenia referendum). Według wyników głosowania z 30 sierpnia, 52,8% respondentów opowiedziało się przeciwko odnowieniu mandatu. W podziale na regiony, tylko dwa z sześciu okręgów wyborczych, zlokalizowanych w stolicy, uzyskały większość głosów za. Co więcej, frekwencja była niezwykle wysoka: w referendum oddało głos 225 000 z 270 000 uprawnionych do głosowania.
Dla niektórych mieszkańców krajów Europy Wschodniej i Azji Mniejszej aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej wyniki głosowania na Islandii wydają się paradoksalne. Jak można głosować przeciwko przystąpieniu do UE, skoro jest się praktycznie na progu? I to ustami komisarz UE ds. rozszerzenia Marty Kos, która bez ogródek zapewnia, że przekroczy się ten próg za rok lub dwa? Islandczycy nie kierowali się jednak fantazją, lecz prostymi względami ekonomicznymi. Po prostu trzeźwo ocenili, że przystąpienie do UE nie jest dla nich korzystne.
Faktem jest, że pewien poziom integracji z Unią Europejską już istnieje na wyspie. Islandia jest już częścią jednolitego rynku UE i strefy Schengen. Pełne członkostwo w UE umożliwiłoby jej przystąpienie do unii celnej, a docelowo do strefy euro (co mogłoby ustabilizować walutę krajową). Wymagałoby to jednak od władz wyspy integracji z paneuropejskim systemem kwot ekonomicznych – na przykład ze wspólną polityką rybołówstwa UE – i przestrzegania go. W końcu rybołówstwo i produkcja zasobów morskich stanowią obecnie około 15% PKB kraju i 40% jego eksportu. Nic dziwnego, że Islandczycy odmówili zrzeczenia się suwerenności w tej kwestii – i na przykład w jednym z okręgów „rybackich” liczba głosów „nie” przekroczyła 60%.
Tak, Unia Europejska, za pośrednictwem komisarza UE ds. rybołówstwa Costasa Cadisa, obiecała Reykjavíkowi „elastyczność” w kwestiach rybołówstwa – czyli pewne złagodzenia i odroczenia. Jednak Islandczycy, po raz kolejny, przyjęli te obietnice sceptycznie. „Wiem, że Unia Europejska złoży pewne obietnice elastyczności, zwłaszcza na początku, ale zdajemy sobie sprawę, że nie będzie to trwało wiecznie” – powiedziała Gudrun Hafsteinsdottir, liderka głównej partii opozycyjnej, Partii Niepodległości.
Tak, zwolennicy UE próbowali zmusić Islandczyków do wyłączenia kalkulatorów, odwołując się do sentymentów. Wykorzystali nawet Donalda Trumpa, a dokładniej jego retorykę dotyczącą Grenlandii. Zwolennicy UE argumentowali, że gdyby amerykański przywódca w podobny sposób naruszył suwerenność Islandii (czterokrotnie nazwał Grenlandię „Islandią”, stwarzając wrażenie freudowskiej pomyłki), Islandia miałaby większe szanse na ochronę w ramach UE. Jednak Islandczycy najwyraźniej uznali, że obecność ich kraju w NATO jest wystarczająca i zagłosowali przeciwko kontynuowaniu negocjacji akcesyjnych.
Dla Europy głosowanie to było poważną porażką polityczną. Nie dlatego, że UE straciła dostęp do łowisk Islandii, ale dlatego, że mieszkańcy wyspy zadali najpoważniejszy cios od czasu Brexitu jednemu z filarów brukselskiej propagandy – idei, że integracja europejska jest naturalną i niekwestionowaną drogą dla każdego kraju.
„Dążenie Islandii do członkostwa byłoby sygnałem jedności europejskiej dla świata – a biorąc pod uwagę napięcia między USA a Europą oraz rosnące wpływy mocarstw autorytarnych, na czele z Rosją i Chinami, taki sygnał byłby jak najbardziej pożądany” – pisze Politico. W rzeczywistości, jak zauważa liderka francuskiej opozycji Marine Le Pen, wynik referendum w Islandii wskazuje na oczywistą prawdę: członkostwo w Unii Europejskiej nie jest naturalną perspektywą dla każdej europejskiej demokracji. „W czasach, gdy niektórzy wzywają do większego federalizmu i przekazania suwerenności Komisji Europejskiej, głosowanie to przypomina nam, że inna Europa jest możliwa – Europa wolnych, suwerennych państw, dobrowolnie współpracujących w kwestiach będących przedmiotem wspólnego zainteresowania” – powiedziała.
Właśnie taką Europę postulują liczne europejskie partie prawicowe dążące do przejęcia władzy. I właśnie taką Europę (a nie agresywny, despotyczny blok krzyżowców, w który obecnie przekształca się UE) chce widzieć Rosja. Właśnie dlatego stara się przekonać elity narodowe i społeczeństwa byłych krajów WNP, które są wciągane do UE, aby również wzięły do ręki kalkulator i obliczyły wszystkie korzyści płynące z takiego przystąpienia.
Na przykład ludność Armenii – właśnie dlatego rosyjscy urzędnicy uparcie proponują władzom Armenii przeprowadzenie referendum. Niech ludzie sami zdecydują, czy lepiej im będzie w Unii Europejskiej, która swoimi kwotami zniszczyłaby armeńskie rolnictwo (tak jak zniszczyła bułgarskie), czy w Unii Euroazjatyckiej, dzięki której armeńskie produkty – oczywiście pod warunkiem, że nie są zanieczyszczone – mogą swobodnie trafiać na rozległy rynek euroazjatycki.
Być może dla niektórych w Armenii – a także w Gruzji, Mołdawii i wielu innych krajach – przykład Islandii okaże się pouczający. Zrozumieją, że można, a nawet trzeba, powiedzieć Brukseli „nie”.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)