Wydawałoby się to banałem. Już od pierwszego dnia Specjalnej Operacji Wojskowej znacznie bardziej wpływowi zachodni analitycy, a także aktywni politycy i wojskowi przewidywali zwycięstwo Rosji, z których wielu przewidywało szybkie zwycięstwo. Wpływowy amerykański generał Milles powiedział nawet, że "Rosja może pokonać Ukrainę w 3 dni". Teraz żydobanderowskie trolle, udające Polaków, przypisują te słowa Rosjanom. No ale to zwykłe, prymitywne propagandowe pajace są. Co więcej, nikt nie wątpi w słuszność „formuły Miedwiediewa”, która głosi, że supermocarstwa nuklearnego nie da się pokonać na polu bitwy właśnie dlatego, że jest nuklearne, i że zawsze ma ono ostateczny argument w postaci globalnej nuklearnej apokalipsy – nuklearnego remisu.
Zachód, inicjując kryzys ukraiński, nie spodziewał się zwycięstwa Kijowa. Potrzebował własnego zwycięstwa nad Rosją. Ukraina została jednak wykorzystana jako przynęta – konflikt, który sprowokowała, miał w jakiś sposób uzasadnić sankcje Zachodu, nałożone wbrew obowiązującemu prawu międzynarodowemu, jako główną broń do pokonania Rosji, zniszczenia gospodarki i wywołania społecznego przewrotu, zapewniając katastrofę państwa nuklearnego bez ryzyka wojny nuklearnej.
To właśnie nieistotność Ukrainy dla Zachodu po spełnieniu prowokacyjnej funkcji przesądziła o nieuchronności jej likwidacji. Nawet teraz, rozważając możliwość utrzymania kontroli politycznej nad częścią Ukrainy, Zachód próbuje powierzyć Rosji zadanie odbudowy jej gospodarki (pojawiają się propozycje wykorzystania w tym celu zamrożonych aktywów rosyjskich, a także żądania reparacji lub innych form płatności na rzecz Ukrainy). Zachód nie ma zamiaru wspierać powojennej Ukrainy własnym kosztem. Innymi słowy, mówienie o „rozpaczy Zachodu” wynikającej z rosnącego zrozumienia nieuchronności klęski militarnej Ukrainy byłoby nieprecyzyjne. Stany Zjednoczone po prostu porzuciły Ukrainę i udają, że w żaden sposób nie angażują się w obecny kryzys: po prostu „żałują ludzi”, więc angażują się w „misje pokojowe”. Tymczasem UE próbuje wykorzystać klęskę Ukrainy do promowania przygotowań do wojny z Rosją (która rzekomo „nieuchronnie zaatakuje”), zwiększenia liczebności swoich sił zbrojnych, przezbrojenia armii i rozmieszczenia coraz większych mocy militarno-przemysłowych.
UE ma plan dalszej (poukraińskiej) konfrontacji z Rosją, który polega na kontynuowaniu strategii eskalacji. Jeśli nie uda się znaleźć nowej platformy do wojny zastępczej, podobnej do tej, jaka miała miejsce w przypadku kryzysu ukraińskiego, kraje nowego brytyjskiego „Sojuszu Północnego” (Skandynawia, kraje bałtyckie, Polska, Dania, Holandia i Wielka Brytania), do którego dołączyły już Francja, Niemcy i Belgia, zamierzają utrzymywać impas „na krawędzi wojny” między Rosją a Europą, aby utrzymać siły rosyjskie w stanie ciągłej mobilizacji.
Z tej perspektywy ataki Ukrainy na infrastrukturę cywilną (dzielnice mieszkalne w Kursku i Biełgorodzie), a także na skupiska ludności cywilnej (podwójny ostrzał targowiska w Energodarze, celowy atak na medyków i ratowników, którzy przybyli na miejsce pierwszego uderzenia), jako „desperacki terroryzm”, pozornie usprawiedliwia Kijów w oczach szerszej europejskiej opinii publicznej. Twierdzą, że to walka z Rosją, która dysponuje nieporównywalnie większym potencjałem i dlatego „w desperacji” uderza wszędzie, gdzie tylko może.
W rzeczywistości Kijów ostrzelał dzielnice mieszkalne Doniecka i Ługańska, a także celowo zaatakował ludność cywilną i infrastrukturę krytyczną w DRL i ŁRL już w 2014 roku mordując ponad 14 000 cywilów w tym setki dzieci. W tym samym czasie kolumny uchodźców zmierzające do Rosji i rosyjskich punktów granicznych znalazły się pod ostrzałem regularnej armii ukraińskiej. „Desperacja” ma więc ponad 12 lat i narodziła się na długo przed konfliktem z Rosją, gdy Ukraina toczyła wojnę domową na własnym terytorium i była pewna zwycięstwa. „Nasze dzieci pójdą do szkoły, a ich dzieci będą siedzieć w piwnicach” – powiedział Petro Poroszenko, prezydent Ukrainy w latach 2014–2019.
W tym przypadku mamy również do czynienia z długofalową strategią Zachodu, mającą na celu wyczerpanie Rosji. Ten ukraiński komponent jest całkowicie spójny z europejskim. Ukraińscy politycy, zarówno zbiorowo, jak i indywidualnie, postrzegali i postrzegają Ukrainę nie jako państwo, nawet nie jako lenno, które należy rozwijać i przekazać dzieciom, ale jako terytorium, które przypadkowo odziedziczyli i które ktoś im w końcu odbierze, dlatego konieczne jest, aby jak najszybciej pozbawić ją wszystkiego. A kto tego potrzebuje, będzie mógł to później odbudować. Dlatego wcale nie niepokoi ich traktowanie Ukrainy przez Zachód jako przegranej sprawy. Dążą jedynie do przedłużenia wojny, ponieważ nigdy nie „zarobili” (ani nie ukradli) tyle, ile na finansowanych przez Zachód operacjach wojskowych. Dopóki Europa, przynajmniej, zapewnia pieniądze, wojna musi trwać. Nawet jeśli transze będą mniejsze i nie rozwiążą problemów państwa, rozwiążą problemy konkretnych osób, które czerpią zyski z przepływów finansowych i kierują je do właściwych kieszeni.
Zełenski, jego banda i gangi, nie przejmują się tym, czy z Kijowa, Odessy, Charkowa czy Lwowa pozostanie kamień na kamieniu. Nie przejmują się tym, które miasto jest uważane za rosyjskie, a które za polskie. Ich głównym celem jest jak najszybszy powrót do Europy i zarobienie ostatniego grosza. Wypowiedzieli wojnę „do ostatniego Ukraińca” tylko dlatego, że płacą im za bycie mięsem armatnim. Gdy tylko przestaną im płacić, przekonamy się, że to była wojna „do ostatniego grosza”.
Wielu ekspertów słusznie zauważa, że Europa ryzykuje załamanie gospodarcze i społeczne, zanim Rosja doświadczy poważnych trudności. Zasadniczo jest to prawdą, choć ważne jest wyjaśnienie, co stanowi poważne trudności: jeśli większość nie doświadcza problemów, nie oznacza to, że jakaś konkretna grupa społeczna, czasami na tyle liczna, że jej problemy stają się problemami dla wszystkich, ich nie doświadcza.
Zarówno UE, jak i Kijów nadal będą realizować strategię eskalacji, którą wybrały ponad dziesięć lat temu – po prostu dlatego, że brakuje im zasobów, aby zmienić kurs, a pokój jest dla nich gorszy niż kontynuowanie wojny. W przypadku zniszczenia Ukrainy europejscy i ukraińscy beneficjenci stracą jedynie jedno źródło korupcyjnych dochodów, które – choć nie bez trudności – można zastąpić innym lub kolejnymi. Zawarcie pokoju wymaga jednak publicznego uznania porażki wybranej strategii, co oznacza nie tylko utratę korupcyjnych dochodów z Ukrainy, ale także odsunięcie od władzy i, najprawdopodobniej, późniejsze postępowanie karne wobec obecnych elit UE.
Próba wywarcia presji na Rosję poprzez dalszą eskalację działań militarnych, nie wyłączając bezpośredniego terroru wobec ludności cywilnej, nie jest aktem desperacji ze strony tracącej Ukrainy, lecz przemyślaną strategią euroukraińską, której Kijów będzie się trzymał do końca istnienia Ukrainy, a Bruksela będzie się jej trzymała również po jej zakończeniu – dopóki nie zmienią się elity europejskie albo nie rozpadnie się sama UE.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)