wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
82 obserwujących
130 notek
316k odsłon
  2711   10

Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie. O praworządności

Proces Sokratesa to jedno z ważniejszych wydarzeń w dziejach myśli ludzkiej. Dowiadujemy się o jego przebiegu z relacji Platona zawartej w "Obronie Sokratesa". To hołd złożony mistrzowi przez ucznia, a jednocześnie wielkie oskarżenie sądowej zbrodni popełnionej na niewinnym, który w pewnym momencie, zdając sobie sprawę z nieuchronności wyroku, tak przemawia do sędziów:

"Najpiękniej i najprościej jest nie gnębić innych, ale starać się samych siebie zrobić jak najlepszymi. Tyle pożegnalnych słów wieszczby, dla tych, którzy mnie skazali...". Przypomina to ,  z zachowaniem wszelkich proporcji, owo niesamowite, piorunujące "kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień" wypowiedziane spokojnie, przez Człowieka grzebiącego patykiem w piasku.

Sokrates może uniknąć śmierci, jest słabo strzeżony, liczni i wpływowi przyjaciele są w stanie bez problemu zorganizować ucieczkę. Odmawia. Został skazany zgodnie z zasadami prawa swojej ojczyzny, po uczciwym procesie, w którym zapewniono mu prawo do obrony. Sędziów nie przekonał. Poddał się wyrokowi. Praworządny obywatel wypił truciznę.

Oburzenie na Ateny i ich demokratyczny ład stało się fundamentem filozofii Platona, za nic mającego demokrację, która w procesie Sokratesa pokazał oblicze tyranii większości. Walczył z nią we wszystkich swoich pismach politycznych, w odpowiedzi konstruując podstawy totalitaryzmu, z konsekwencjami, o jakich nie śniło się najbardziej zdegenerowanym demokracjom. Myśli ludzka nie pokona nieprzekraczalnych barier, zarezerwowanych dla innej mocy i przykład Platona, działającego ze szlachetnych pobudek, jest tego najlepszym dowodem.

Jakoś jednak musimy organizować naszą doczesność, poszukiwać sprawiedliwości, podstawowego warunku społecznej równowagi. Bez niej nie ma mowy o żadnym rozwoju, czy organizowania świata. Ten urządzamy ręką prawą. Wbrew bowiem pozorom nasze ręce nie są organem parzystym. Jedna jest sprawniejsza od drugiej i to jest właśnie ręka prawa ( niezależnie od tego po której  stronie ją mamy ). A zatem prawość to urządzenie świata, tak aby był stabilny, odcinał się od stanu natury, w którym decydują siła i instynkt. A czym jest praworządność ? Tego właśnie nie umiemy zdefiniować.

To jedno z tych pojęć, które łatwiej określić za pomocą przesłanek negatywnych, wskazując co praworządnością nie jest. Nic w tym dziwnego, bo mamy też poważny problem ze zdefiniowaniem, czym w ogóle jest prawo i jak powstaje norma. Jeszcze niedawno żyliśmy we władaniu doktryny, w której prawem była "wola klasy panującej" rozpoznawana i zamykana w normach przez "jej przedstawicieli". Teraz znów poszukujemy źródeł, choć doświadczenia tysiącleci wskazują, że daremnie. Dzieje doktryn prawnych są równie bogate jak dzieje filozofii i tego, czym w istocie jest prawo i jakie są jego źródła - nie udało się uzgodnić. Na poziomie teoretycznym jesteśmy bezradni. Pozostaje tylko próba znalezienia i umocowania reguł pozwalających na funkcjonowanie struktury społecznej. Tu dysponujemy sporym zasobem obserwacji, dających się wykorzystać w zakresie tworzenia ładu legislacyjnego.

Wiemy na przykład, że każda władza powinna podlegać kontroli. Pozostawiona bez niej nieuchronnie się degeneruje, wyradzając w coś na kształt tyranii. Zauważano to od zarania cywilizacji, a Monteskiusz, choć w formie zdawkowej, ubrał w formę koncepcji podziału i wzajemnego równoważenia władz, tak by żadna z nich nie zdobyła wyraźnej przewagi nad pozostałymi. W swoim katalogu nie wyodrębnił władzy sądowniczej, przeciwnie, pozostawienie mocy wyrokowania odrębnemu stanowi sędziowskiemu uważał za wstęp do najgorszej możliwej opresji - tyranii sądów. Emancypacja sędziów to dopiero pomysł rewolucji, konsekwentnie wdrażany we wszystkich systemach społecznych, aspirujących do miana "republikańskich".

To generalnie właściwy kierunek, pod jednym wszakże warunkiem. W systemach zabezpieczających wolności obywatelskie, sąd nie może mieć funkcji prawotwórczych. To najgorszy możliwy rodzaj uzurpacji, przekroczenie bariery, z którą jest już tylko totalność. Tworzenie norm powszechnie obowiązujących, nakładających na obywatela obowiązki, może odbywać się tylko poprzez organa przedstawicielskie. Wyłączność kompetencji władzy ustawodawczej w rękach organów wybieralnych, to rdzeń demokracji, wszelkie zamachy na nią muszą być bezwzględnie zwalczane.

Z trójpodziałem władzy mamy dojmujący problem. Jest w oczywisty sposób niszczony poprzez przemożny wpływ władzy wykonawczej na ustawodawstwo, jaskrawo wyrażony w możliwości sprawowania mandatu posła, czy senatora, przez członków rządu. W samej inicjatywie ustawodawczej, przysługującej rządowi i tłumiącej wszelkie inne formy zgłaszania projektów ustaw. To już poważne ograniczenie demokracji. Jeszcze gorszym jest jednak uzurpacja ze strony sądów, wspieranych przez doktrynę prawa.

W Polsce mamy jasno określone procedury przyjmowania ustaw. Mamy jasne przepisy dotyczące mocy i trwałości dokumentów publicznych, od decyzji administracyjnych, przez akta stanu cywilnego, nominacje, wyroki sądów i dowody osobiste. To kościec systemu społecznego. Okazuje się jednak, że po stronie władzy sądowniczej nie ma woli respektowania tych zasad. Nie ma gotowości podporządkowania się obowiązującym procedurom, zastępowanym przez widzimisia poszczególnych sędziów. To nie jest sąd, to nie jest trybunał, to nie jest prezydent, to nie jest ustawa, to nie jest policjant, prokurator, sędzia, poseł radny. To nie jest. Skąd wiadomo? Bo ja - sędzia - tak mówię. Kto mi  dał prawo? A co to ma za znaczenie?

Mamy zatem do czynienia z grupą osób wypowiadających posłuszeństwo państwu. Wypowiadających do tego stopnia skutecznie, że rzekomo światli ludzie, jak pewien profesor z wielu dziedzin, co to wywiad z nim mieliśmy okazję przed chwilą czytać na Salonie - podważają wszelki ład prawny. W Polsce nie ma wyroków i orzeczeń, wszystko jest fikcją, bo tak orzekli sędziowie. Bo kwestionują "w żadnym trybie". W imię praworządności oczywiście. Tej , której zdefiniować nie umiemy, ale potrafimy przyporządkować do procedur. Choćby tak podstawowych jak proces ustawodawczy. Parlament przyjmuje ustawę, prezydent podpisuje i staje się ona powszechnie obowiązującym prawem. Z domniemaniem konstytucyjności. To jest praworządność w sensie praktycznym. Jeśli jednak pozwolimy przy tym majstrować sędziom, profesorom i komisarzom, to wkrótce niechybnie znajdziemy się w sytuacji Sokratesa, przed praworządnymi ateńskimi sędziami. Oskarżeni o faszyzm, antysemityzm, homofobię i rasizm.


Lubię to! Skomentuj109 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka