wsi spokojna wsi wesoła
O ojców grób bagnetu poostrz stal
131 obserwujących
226 notek
578k odsłon
  1927   18

Komu potrzebni są historycy? Liczby Tadeusza Korzona

Co wytrawniejsi znawcy kina polskiego pamiętają zapewne scenę z "Rejsu" Marka Piwowskiego, gdy grany przez Stanisława Tyma podrabiany kaowiec, próbuje się przedstawić zebranej publiczności, nerwowo zdrapując farbę z poręczy, przy której stoi. Urodziłem się w Małkini, w 1943r., w lipcu, konkretnie w drugiej połowie lipca, a dokładnie 23. To wszystko co ma o sobie do powiedzenia. To człowiek bez historii. Ma jakąś przeszłość jak każdy, skądś się wziął, kimś byli jego przodkowie, ale tego się nie da opowiedzieć. To żadne doświadczenie nadające się do przekazania innym. Kimś był, coś robi, zaraz zniknie. Idealny anonim. 

Jeśli jednak on sam, albo ktoś nim zainteresowany, będzie potrafił z tego życiorysu wydobyć elementy istotne, specyficzne, bo każdy je ma, to ten człowiek stanie się w jakimś zakresie ciekawy. I tak się dzieje z różnymi społecznościami. Aby ich "życiorys" stał się podstawą do jakichś koniecznych wniosków, wyciąganych przez tych, którym są one potrzebne do trwania - niezbędni są historycy. Ludzie potrafiący zbierać fakty z przeszłości i na ich podstawie budować opowieści, pozwalające teraźniejszości i przyszłości mieć wiedzę o swoich korzeniach. Niezbędną do trwania.

Mamy z tym obecnie dojmujący problem i to, czego doświadczamy wynika wprost z upadku historii jako nauki. Społecznie nie chcemy już niczego prawdziwego o poprzednikach się dowiadywać. Chcemy się od nich odciąć, przy okazji udowadniając jacy byli głupi, prymitywni, bezwzględni, dzicy i zacofani. To podstawa narracji najczęściej kreowanej przez tych, których rodzice ze swoimi życiorysami powinni siedzieć w szufladzie "zbrodnie przeciwko ludzkości". Inna grupa historyków, lub częściej za historyków się podających, robi furorę w internetach, rozprawiając wartko o przeszłości, co najczęściej przywołuje mi świetną scenę z "Pamiątek Soplicy" Henryka Rzewuskiego, gdy stary wódz, po przegranej bitwie ślęczy nad mapą, a wszechwiedzący młody magnat zwraca mu uwagę, że przeprawiać się przez rzekę , trzeba było w innym miejscu. Palec waszmości to jeszcze nie most, pada odpowiedź, którą powinno sobie przyswoić całe grono współczesnych mędrców od geopolityki.

I tu dotykamy istoty. Gdybym miał wskazać najważniejszą polską książkę historyczną , będącą desygnatem pojęcia "nauka historii", to bez dłuższego wahania postawiłbym na "Wewnętrzne Dzieje Polski za Stanisława Augusta ( 1764 - 1794 ) , z podtytułem "Badania historyczne ze stanowiska ekonomicznego i administracyjnego". Autor: Tadeusz Korzon. Wydanie I 1882 - 4, wydanie II 1897 - 99. 

Już wstęp kończący się taką frazą: " Nikomu nie schlebiam, ani ludziom, ani stanom, ani narodom, ani nawet zasadom; nikogo też nie czernię. Dla rodaka i dla cudzoziemca , a chociażby nawet dla wroga , mam jedną mowę: " oto jest prawda , o ile ją pochwycić i wyrozumieć zdołałem" - pokazuje z jakiej rangi dziełem mamy do czynienia. Ogrom fenomenalnej pracy wykonanej przez Autora, dysponującego nie tylko wybitnymi zdolnościami analitycznymi, ale także dużym talentem literackim, sprawia, że ta cegła, bo i fizycznie wiele ważąca, stała się podstawą do budowy naszych polskich pojęć o sobie.

Dlaczego? Bo Tadeusz Korzon wziął się za epokę kompletnie niezbadaną, zmistyfikowaną, w opisach dotkniętą goryczą upadku państwa i "Żalami Sarmaty" płaczącego bezradnie na grobie Rzeczpospolitej. Pisał w czasie, gdy naród przygnieciony klęskami niewoli, zdławiony w swoich dążeniach i duszony przekonywaniem o własnej niemocy, wyklinał przeklęte czasy ostatniego króla wątpiąc przy tym we własne siły.

I oto urodzony w Mińsku historyk, jak to często bywało - kresowy diament, przedstawił obraz zupełnie inny i to wcale nie pisząc "ku pokrzepieniu serc", ale właśnie mimo tej tendencji. Odrzucił wspomnienia wielkości, sny o potędze, wołania o "rząd dusz", tych co potrafiliby lepiej, usunął z map palce strategicznych geniuszy, post factum świetnie wiedzących, co należało zrobić i.... i zaczął na tych mapach szukać mostów. Badać w jakim były stanie, kto po nich i po co jeździł, chodził, maszerował. Jakie drogi przez te mosty prowadziły i w jakim były stanie. Czym się zajmowała ludność, jak była liczną, jakimi środkami dysponowała na swoje utrzymanie. Wszystko zmierzone i zważone, według stanu, wieku, religii. 

Niesamowita panorama stanisławowskiej Polski, namalowana nie impresjonistycznymi machnięciami pędzla różnych narodowych proroków, tylko werystycznie, z zadbaniem o każdy szczegół, tak aby było widać jakie buty nosił żołnierz dziesiątego szeregu w czwartym planie. I skąd je miał.

Ogrom wykonanej pracy do dziś budzi zdumienie, podobnie jak szata edytorska II wydania, pełnego szczegółowych map, tabel wykresów i ilustracji. Ma się wrażenie, że żaden świstek najmniejszy dający podstawę do ustalenia jakiegokolwiek faktu, Tadeuszowi Korzonowi nie umknął.

I choć nastawiony po tacytowsku, daleki od schlebiania narodowej dumie, po skatalogowaniu i opisaniu wszystkich zebranych informacji i danych - musiał być mocno zdumiony. Polska przedrozbiorowa to był kraj gwałtownie odradzający się. Napełniony żywotnymi prądami, które współczesny Korzonowi Józef Supiński określał mianem "siły rzutu". To w sensie samoświadomości i umiejętności był kraj odrodzony, któremu właśnie dlatego zadano śmiertelny cios, bo przełamał siły rozkładu i bardzo gwałtownie dążył do spoistości i nowoczesności.

Co więcej , bo to też była obserwacja Korzona, który wbrew tytułowi poddawał statystycznej analizie też czasy porozbiorowe - ów nadany w czasach stanisławowskich rozpęd, dodajmy wykrzesany wyłącznie własnymi siłami - nie dawał się zatrzymać i pod panowaniem zaborców. Raz pobudzona do życia polskość bardzo gwałtownie rosła i nieprzypadkowo - w "Szkole Polskiej Gospodarstwa Społecznego" Józef Supiński sformułował tezę, że Polacy jako naród są poddani takiej "sile rzutu", że odzyskanie niepodległości jest tylko kwestią czasu.

Praca Tadeusza Korzona to absolutny fenomen. Pogłębione badanie historyczne epoki, jednoznacznie uznawanej za beznadziejnie złą i bezpłodną, odnajduje w niej, ku zaskoczeniu autora, przebudzenie niezwykłych impulsów, z których nieuchronny proces historyczny wydobywa konieczność, w postaci odrodzenia państwa, będącego konsekwencją już dokonanego odrodzenia narodu.

Po to nam historycy. Aby odkrywali prawdę o nas i nauczali nas o sobie. Nie zmyślonymi pieśniami Osjana, tylko prawdą wynikającą z liczb. Jeśli ta praca jest dobrze wykonywana, to wciąż mamy potencjał do bycia państwem poważnym. 

Lubię to! Skomentuj118 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura