wsi spokojna wsi wesoła
O ojców grób bagnetu poostrz stal
142 obserwujących
266 notek
670k odsłon
  1653   14

Związki, nacje i konfederacje, czyli po co nam Unia?

Wielowiekowa dwujęzyczność naszej kultury, daje ogromne pole do zastanowień i olśnień w dziedzinie nazywania i przyswajania pojęć. Wiele podstawowych da się z łaciny przełożyć wprost, zwłaszcza wtedy gdy różne dźwięki oznaczają dokładnie to samo. Tak właśnie jest z unią. Łaciński i polski wyraz "jedność" oznaczają dokładnie to samo i w kręgu naszego języka nie mamy problemu ze zrozumieniem pojęcia. Jednaki, taki sam, czyli tożsamy. Jeśli zatem nazywamy coś unią w sensie społecznym, to tym samym godzimy się na określoną konsekwencję. Na unijną tożsamość, której koniecznym następstwem jest eliminowanie innych tożsamości. Tak jak nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, tak nie jest możliwe posiadanie dwóch odrębnych bytów w ramach jednego organizmu. 

Polszczyzna ma ogromny zasób słów związanych z podstawową przesłanką istnienia ludzkiej zbiorowości w naszych warunkach, czyli współpracą. Gdyby ktoś chciał odkryć , a nie napisać konstytucję naszej cywilizacji, musiałby od tego słowa zacząć wszelkie rozważania. Współ - praca. Społem. To absolutna pierwsza zasada, czyli pryncypium. Bez współpracy nas nie będzie. Jednak taki odkrywca prawd podstawowych, zaraz po pierwszej musiałby wskazać drugą przesłankę naszego istnienia - rywalizację. To tylko pozorny paradoks. Pracując wspólnie, jednocześnie rywalizujemy i to jest warunek konieczny przetrwania. Jeśli jeden z tych elementów zawiedzie, to znajdujemy się cywilizacyjnie w sytuacji zwolnienia ruchu wirowego Ziemi. Zapadamy się. Dlaczego tak jest nie wiemy, podobnie jak nie umiemy ustalić przyczyn owego ruchu wirowego. Jesteśmy tylko odkrywcami, a nie twórcami. To nie nasza rola.

Mądrość poprzedników, po których dziedziczymy język, zostawiła nam ogromne bogactwo i tylko nasze lenistwo , albo coś znacznie gorszego, nie pozwala nam z niego odpowiedzialnie korzystać. Bo w przypadku rozważań o unii , czyli jedności, musimy zbadać, co ją formuje i zastanowić się , czy nie mamy alternatywy. W języku jak najbardziej, bo oprócz zjednoczenia mamy jeszcze inne formy - związek, federację, stowarzyszenie, albo zapomnianą , czysto słowiańską drużynę, czy jak kto woli zadrugę. A jeszcze są pochodne owego "społem", jak wspólnota, zespół  czy spółdzielnia. Każdy z tych wyrazów oznacza co innego i każdy przy tym podpowiada całą gamę możliwych rozwiązań, dla regulowania ludzkiej współpracy na różnych poziomach zbiorowości. Od gmin do państw.

Warunkiem istnienia wszelkiej wspólnoty jest "spójnia", czyli element scalający, wspólny mianownik nie mogący się kojarzyć z jakąś wartością znaną ze spraw spadkowych rodzin o dużej liczbie spadkobierców. To nie może być 1/128, 1/64, ani 1/32, to musi być odnalezienie ułamka dającego większe wartości, bo tylko taka "spójnia" jest skuteczna. Zbyt mały wspólny mianownik jest tu zagrożeniem, ale jeszcze większym jest ujednolicenie. W tym bowiem wypadku "spójnia" może być tylko pochodną brutalnej siły, eliminującej "cząstki". 

Każdy kto miał jakikolwiek związek z harcerstwem, ze zdziwieniem odkrywa, jak jego twórcy Andrzej Małkowski i jego żona Olga Drahonowska - Małkowska, zadbali o właściwe wykorzystanie zasobu polszczyzny, dla nazwania tego, co chcieli przekazać. Druh, drużyna, zastęp. Drużyna, czyli u południowych Słowian "Zadruga" - drug za drugiem, to właśnie odpowiednik takiej więzi, która nie kojarzy się ze sznurem i niewolą, a ze współpracą i rywalizacją w jednym. To podstawowa umiejętność cywilizacyjna, którą właśnie chcą nam odebrać ci, którzy pojęcia "druha" nie znają. Unijni urzędnicy wyrośli z feudalnej tradycji germańskiej, do dziś żywej w swej bucie i pogardzie dla innych. 

Polska od zarania swoich dziejów była instynktowną społecznością, wyrosłą na silnym "społem". Widać od pierwszych promyków naszej państwowości, nawet jeśli język, w którym to wyrażano, był językiem obcym. "Gaude Mater Polonia" to ślad najbardziej niezwykły. Jeszcze dobrze nie wyszliśmy na świat z naszych lasów i bagien, a już mamy Matkę Polskę dumną swoimi synami. Takie pojęcia rodzą się przez całe wieki bycia razem i umiejętności pracy i modlitwy. I to są wartości , którym nie da się zaprzeczyć urzędniczym bełkotem, wspomaganym przez jazgot sowicie opłaconych i obficie wyfraczonych córów i cór Koryntu.

Unia, czyli jedność to nie dla nas. Nie ma spójni. Nie ma żadnych "unijnych wartości", bo coś co jest tylko skutkiem brutalnej siły, nie może stanowić zasady wspólnoty. Możemy pozostawać w dobrowolnych związkach, o jasno określonych prawach i obowiązkach, możemy nawet zakładać międzypaństwowe spółdzielnie, czy wchodzić w sojusze, ale nie możemy dążyć ku jedności, bo ona nieuchronnie oznacza koniec naszej unikalności, a każdy ma prawo do swoistości - i człowiek, i naród. 

A zatem musimy rozpocząć dyskusję o opuszczeniu tworu, zaprzeczającego wszelkim zasadom łacińskiej cywilizacji, co być może teraz wydaje się trudne, a nawet nierealne, ale to tylko złudzenie. Przezorność słusznie kojarzy się z widzeniem do przodu, ale owo użycie źrenicy, to nie to samo , co prze - widywanie. My tu nie musimy niczego obarczonego niepewnością prorokować. My nie tylko przewidujemy, my wiemy, przynajmniej my myślący, że rozpad Unii Europejskiej jest pewny i nieodwracalny, a zatem nie wystarczy abyśmy byli przewidujący. Musimy być przezorni, czyli przygotowani na to, co nieuchronne. Znaki są jasne. A wtedy jedni budują arkę, a inni dobrze się bawią. Oczywiście w Polsce mamy dojmujący brak warstwy ludzi, których można określić mianem "strażników labiryntu" i to przy budowie stabilnej struktury jest poważna trudność, ale mamy wciąż na tyle dużo aktywów, że nie wolno tracić nadziei na dobrą przyszłość. Gdy Niemcy osiągają pozycję hegemona, to nieodmiennie znak , że za chwilę nastąpi ich krach, a za nim ogólny chaos. W takim wypadku wygra ten kto ma czym, kim i potrafi "społem".

Lubię to! Skomentuj180 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka