Jedna z najczęściej powtarzanych anegdot w trakcie studiów prawniczych, dotyczy pruskiego młynarza z czasów fryderycjańskich. Ma wiele różnych wersji, choć różniących się w szczegółach, to jednak zmierzających do tej samej pointy, czyli zobrazowania wiary obywatela w praworządność państwa. Z grubsza chodzi o to, że młynarz skrzywdzony przez urzędników, przypominał im, że "są jeszcze sądy w Berlinie", co podkreślało przekonanie o skuteczności nadzoru judykatury nad działaniem administracji. I wiarę w ochronę tak zwanych publicznych praw podmiotowych. W każdym razie, państwo, w którym sprawiedliwe, kompetentne i obiektywne sądy nie nadzorują działań urzędników wobec obywateli, nie może uchodzić za praworządne. Jest biurokraturą, niczym więcej.
W Polsce teoretyczne gwarancje prawa obywatela do sądu, są obszernie rozbudowane, ale wyłącznie deklaratywnie. "Nie ma już sądów w Warszawie", tak słowa owego pruskiego młynarza mógłby sparafrazować każdy obywatel Naszego Kraju. I nie chodzi tylko o to, co się dzieje w tej chwili. Oczywiście, głośna ostatnio sytuacja z postanowieniem sędziego anarchisty z Giżycka, który nie uznał prawomocnego wyroku, to tragedia dla stron. To również katastrofa dla polskiej państwowości, bo nie ma jej, jeśli ludzie odpowiedzialni za sprawowanie wymiaru sprawiedliwości wypowiadają posłuszeństwo państwu, a co gorsza robią to zupełnie bezkarnie, na dodatek za przyzwoleniem, a pewnie i z inspiracji "grupy trzymającej władzę". To bardzo jaskrawy przypadek upadku państwa, gdy jego obywatele po przejściu całej sądowej procedury, uzyskawszy prawomocny i niezaskarżalny wyrok, dowiadują się, że w oczach innego przedstawiciela "wymiaru sprawiedliwości", bo sędzią tego delikwenta nazwać się nie da - jest on tylko nic nie znaczącym świstkiem papieru. Tak to tragedia, bo przecież drugi raz się rozwieść nie mogą, tu działa, a przynajmniej powinna powaga rzeczy osądzonej. Zatem nie są małżeństwem, ale komu się tak spodoba, będzie ich za małżeństwo uważał. W takim punkcie znalazło się nasze sądownictwo, zanarchizowane przez bezkarne gangi sędziowskie.
Jest jednak jeszcze drugi aspekt upadku państwa, w zakresie "nie ma już sądów w Warszawie". I to już skutek solidarnych działań wszystkich rządów ostatnich dziesięcioleci. Objawia się wprowadzeniem totalnej biurokratury, poprzez z jednej strony absurdalną i drobiazgową regulację wszystkich aspektów życia społecznego metodą administracyjną, a z drugiej faktyczną likwidację dostępności sądownictwa administracyjnego. Każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie. W tej chwili urzędnicy mają nad obywatelem władzę absolutną, ponieważ ich działania de facto nie podlegają kontroli sądowej.
Przypomnijmy - polskie prawo administracyjne co do zasady opiera się na wydawaniu decyzji i postanowień. W tym zakresie postępowanie przed organami administracji jest z reguły dwuinstancyjne. Rozstrzygnięcie utrzymane w mocy przez organ drugiej instancji nie jest wprawdzie prawomocne - podlega bowiem zaskarżeniu do sądu - ale jest ostateczne, czyli z reguły wykonalne. A zatem z chwilą wydania decyzji ostatecznej, nawet jeśli została prawidłowo zaskarżona, wobec obywatela rusza cała machina państwa ze wszystkimi dolegliwościami, z zabezpieczeniami majątkowymi na czele. W praktyce obrotu oznacza to, że firma np. z tzw. potocznie "domiarem podatkowym" traci możliwość działania wobec blokady rachunku przedsiębiorcy, a sąd w tej sprawie wypowie się za trzy, cztery, albo pięć lat, czyli w momencie kiedy po przedsiębiorstwie pozostaną tylko zgliszcza.
Problem się nawarstwia ponieważ systematycznie rosną kompetencje kontrolne organów administracyjnych, do tego stopnia, że obecnie dostały je nawet prywatne banki, mogące bez powiadamiania klienta blokować wszystkie rachunki, a przesłanką jest tu na przykład "nietypowość transakcji".
W tej chwili, wobec faktycznej anihilacji polskiego sądownictwa, także administracyjnego, rozpanoszenia różnych instytucji kontrolnych działających bez nadzoru i ryzyka, sytuacja przeciętnego polskiego przedsiębiorcy przypomina nie tyle pozycję obywatela w praworządnym państwie, tylko gracza zmuszonego do siedzenia przy stole z przedstawicielami organizacji nie kojarzących się z uczciwością.
Pamiętam jak swego czasu Jarosław Kaczyński, dając przyzwolenie Banasiowi, Ziobrze i Morawieckiemu na wprowadzanie opresyjnego prawa przeciwko przedsiębiorcom, przekonywał, że jak ktoś nie umie prowadzić interesów w takich warunkach jakie zaproponowało polskie państwo, to nie powinien się do nich zabierać. Pytam zatem, co ci polscy przedsiębiorcy dostają w zamian? Jaki poziom ochrony swoich praw podmiotowych przez kompetentne, sprawne i obiektywne sądy?
W obecnej sytuacji, przynajmniej na gruncie prawa administracyjnego, jedynym uczciwym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie jednopunktowej ustawy. Jeśli obywatel zaskarża decyzję administracyjną do sądu, a ten w ciągu 12 miesięcy nie wyda wyroku, to decyzja z mocy prawa przestanie obowiązywać. Aktualnie nie żyjemy już bowiem w państwie prawa, tylko w biurokraturze i mamy ostatni moment aby to zmienić. Pozostaje mieć nadzieję, że znajdzie się partia, która w nadchodzących wyborach przedstawi taki jednoznaczny program, który po zrealizowaniu pozwoli obywatelom mieć wiarę w to, że są jeszcze sądy w Warszawie.


Komentarze
Pokaż komentarze (55)