Pośród wielu określeń trwale zrośniętych z naszym językiem, a słabo rozpoznawalnych przez publiczność co do istoty znaczenia, "chłop pańszczyźniany" zajmuje jedno z głównych miejsc. W powszechnym mniemaniu to ktoś na kształt niewolnika, nie dysponujący własną osobą, ani majątkiem, w konsekwencji wykluczony poza nawias aktywnego społeczeństwa. I choć w wielu elementach taka wizja odpowiada historycznej rzeczywistości, to jednak w równie wielu się z nią rozmija. Konsekwencje są ogromne dla rozumienia naszej narodowej historii, a losy Kazimierza Deczyńskiego, sportretowanego w niesłusznie zapomnianej powieści Leona Kruczkowskiego "Kordian i Cham" są najlepszym przykładem tego, jak nie potrafimy poważnie rozmawiać o własnej przeszłości. Jesteśmy bowiem mistrzami frazesu, pustosłowia, wołaczy i zaklęć, a nie rzetelnej analizy i prawidłowego definiowania pojęć.
Aby zrozumieć problem, trzeba wyjaśnić czym była pańszczyzna. Wbrew powszechnym przekonaniom opierała się na wzajemności, a nie jednostronnym wymuszeniu darmowej pracy, na dodatek w warunkach skrajnej opresji. Nie, pańszczyzna była świadczeniem robocizny na rzecz właściciela ziemskiego, w zamian za to, że wydzieloną część własności oddawał w wyłączne użytkowanie chłopu, na jego własne potrzeby. W tej sytuacji "chłopi pańszczyźniani" wbrew pozorom stanowili wiejską elitę. Skoro bowiem byli zobowiązani do świadczenia pracy na rzecz pana, to musieli mieć ku temu odpowiednią bazę, a zatem wydzielone gospodarstwo z "załogą", czyli zabudowaniami, zwierzętami, a nawet ludźmi, zwanymi parobkami, albo wyrobnikami. Pański grunt był więc uprawiany przez owych swoistych dzierżawców, przy pomocy ich własnego inwentarza. To zaś powodowało, że nawet najnowocześniejsze podówczas folwarki, należące do najbardziej oświeconych rodzin, jak na przykład Czartoryscy, nie utrzymywały odpowiedniej infrastruktury, w postaci stajni, obór i stosownych narzędzi rolniczych, wszystkie te obowiązki przerzucając na gospodarzy zobligowanych do świadczenia pańszczyzny.
Na ten archaiczny porządek rzeczy, nałożył się chaos prawny związany z wprowadzeniem Kodeksu Napoleona ( najpierw w Księstwie Warszawskim, a potem Królestwie Polskim ). Według jego regulacji każdy stan faktyczny, w którym ktoś korzystał z cudzej nieruchomości, dla potrzeb produkcji rolnej, był według normy art. 1711 szczególną formą najmu, czyli "dzierżawą". Umowa dzierżawy nie dopuszczała jednak odpłatności w postaci wykonywania pracy. Dzierżawca mógł jedynie uiszczać czynsz, w pieniądzu, albo jakichś dobrach zamiennych, inna forma świadczenia nie była możliwa, co wynikało wprost z dyspozycji normy art. 1728 pkt 2. Na dodatek najem pracy był tu zupełnie innym typem umowy ( art. 1780 ). A zatem sytuacja, w której każdy beneficjent udostępnienia pańskiego gruntu, celem jego rolniczej eksploatacji, zawsze był definiowany jako dzierżawca, wymuszała oczynszowanie. To jednak nie wchodziło w grę, ponieważ właściciele ziemscy się na nie nie godzili, uparcie trzymając się fizycznego odrobku, czyli pańszczyzny. W konsekwencji cały system rozwiązań określających zasady gospodarki rolnej, wisiał w prawniczej próżni, opierając się na powszechnie występujących stanach faktycznych, niedozwolonych przez prawo cywilne.
Problem ciągnął się przez dziesięciolecia, rząd Królestwa Polskiego liczył tu na samoregulację ( przynajmniej przed wybuchem Powstania Listopadowego ) i samoczynne wypieranie pańszczyzny przez umowy cywilnoprawne, mające pełną ochronę konstytucyjną, pamiętajmy bowiem, że w swoim artkule 17 ustawa zasadnicza Królestwa Polskiego, gwarantowała wszystkim, a zatem szlachcie i chłopom równość wobec prawa, taką oto regulacją: Prawo rozciąga swą opiekę zarówno do wszystkich obywateli bez żadnej różnicy stanu i powołania.
Niestety, sprawa zamiany renty odrobkowej na pieniężną szła bardzo opornie, wobec radykalnego oporu szlachty. W pewnych zakresach był on o tyle zrozumiały, że oczynszowanie mogło się dokonywać tylko w stabilnych gospodarstwach, tymczasem te w Królestwie Polskim, były po okresie rozbiorów zrujnowane i monstrualnie zadłużone. Dlatego panowie o czynszach radzili, radzili, radzili, a przyłączenie "braci zza Buga" było ważniejsze niż zapewnienie podstaw bytu tym na Mazowszu.
Jak zbawienne skutki dawało oczynszowanie, pokazuje przykład Księstwa Łowickiego, własności Joanny Grudzińskiej, która całą procedurę przeprowadziła systemowo, jako pierwsza w kraju, co doprowadziło do wyksztalcenia grupy zasobnej, rządnej i dumnej ludności wiejskiej, znanej jako "Księżacy Łowiccy" - wywodzącej się wprost z "pańszczyźnianych chłopów".
Inne tematy w dziale Kultura