Śmierć pilota to tragedia jego najbliższych - w tym żony i dzieci. Niewiele wskazuje, aby przyczyną była awaria typowo techniczna. Pilot wiedział, że w poprzednim roku w Gdyni zginął podczas podobnego manewru przed pokazem lotniczym inny oficer. A zatem zdawał sobie sprawę z wysokiego ryzyka. On jednak kochał lotnictwo, ale też adrenalinę – nie ma co ukrywać.
Ludzie giną w wypadkach prawie każdego dnia: zwierzę wyskoczy z lasu i wpadnie na samochód, prowadzącego oślepi słońce, szaleniec brawuro wjedzie w prawidłowo kierowany inny samochód, itp. Można wskazać jeszcze inne okoliczności – bezpośrednie uwarunkowania zdarzeń typowo losowych. W tym przypadku pilot miał świadomość ryzyka. I jeśli nagrania ujawnione przez media z rozmów z kontrolerem lotów są prawdziwe, wskazując, iż doszło do jakiegoś nieporozumienia czy pomylenia nawigowanych samolotów, przy zdrowym rozsądku tak doświadczony pilot chyba powinien zrezygnować z podejmowania spektakularnego manewrowania maszyną (co przecież nie było niezbędnie konieczne w tym momencie). To była tylko próba przed "air show". On jednak nie chciał pokazać słabości? Podkreślam: nie chodzi o potępienie ofiary katastrofy, natomiast gloryfikowanie tego człowieka to budowanie kultu ofiary dla zasady.
Czy można wierzyć w szczerość głębokiego smutku, jakim potrafili wiele godzin epatować dziennikarze? Czy bardziej to tzw. „grzanie tematu”? Na pewno lepiej, gdyby dzieci pilota miały żywego tatę, zamiast martwego bohatera? Przecież on w tym dniu nie służył żadnej ważnej sprawie… No tak... prestiż wojska, pokaz własnych umiejętności, sprostanie każdemu zadaniu… Jednak nie było warto! Za nic nie obwiniam moralnie pilota, ale z drugiej strony Maciej Krakowian nie może być uznawany jako bohater narodowy - chociaż usilnie takich współczesnych szukamy.
Ponadto zakazanie wykonywania tak ryzykownych manewrów w ramach pokazów dla publiczności powinno być logicznym wnioskiem dla branży lotniczej.
Rafał Osiński





Komentarze
Pokaż komentarze (12)