All Shall Be Well
All Shall Be Well
rafal.sulikovski rafal.sulikovski
36
BLOG

Czym jest naprawdę szczęście?

rafal.sulikovski rafal.sulikovski Społeczeństwo Obserwuj notkę 0
Czy wobec tego choć jedna osoba na przestrzeni istnienia naszego gatunku, pośród stu ośmiu miliardów istnień, osiągnęła permanentne, niepodważalne szczęście? Odpowiedź twierdząca jest prowokacją godną superinteligentnego badacza, ale opartą na żelaznych dowodach, jeśli zredefiniujemy szczęście nie jako permanentną euforię (co jest fizjologiczną niemożliwością i patologią, jak w manii), ale jako głęboki, niezakłócony, trwały stan eudajmonicznej równowagi i akceptacji, który nie podlega fluktuacjom zewnętrznych okoliczności.

Słowo, które w języku polskim brzmi „szczęście”, ma podwójną genealogię, która od razu odsłania pęknięcie w samym sercu pojęcia. Z jednej strony wywodzi się z prasłowiańskiego rdzenia sъčęstьje, oznaczającego „dobry udział”, „część”, która przypadła komuś w udziale – to szczęście jako fortuna, los, zewnętrzna łaska, na którą nie mamy wpływu. Z drugiej strony, starożytna greka oferuje nam rozróżnienie kluczowe: eudaimonia (eu – dobry, daimon – duch) to stan rozkwitu, doskonałego funkcjonowania duszy, nie chwilowej przyjemności (*hedone*), lecz spełnienia wynikającego z życia w zgodzie z własną naturą i cnotą. Rzymianie przełożyli to na felicitas, płodność i pomyślność, a później beatitudo, błogosławieństwo. Już tu widzimy konflikt: czy szczęście to sprzyjający zbieg okoliczności, hedonistyczny zysk, czy wewnętrzny stan doskonałości etycznej? Dzieje pojęcia to historia narastającego napięcia między tymi biegunami. Oświecenie, z jego obietnicą uszczęśliwiania ludzkości przez rozum i postęp materialny, dokonało katastrofalnego w skutkach przesunięcia semantycznego, wtłaczając eudaimonię w ciasne ramy hedone podpartej konsumpcją i komfortem. Dzisiejszy problem ze szczęściem jest wprost pochodną tej fundamentalnej pomyłki.

Problem ze szczęściem w ogóle, w skali dziejów, polega na tym, że jest ono ewolucyjnym mechanizmem homeostatycznym, a nie stanem docelowym. Mózg ssaka, a szczególnie ludzka kora przedczołowa, nie ewoluowały po to, by być szczęśliwe, lecz by przetrwać i replikować geny. Głównym zadaniem układu limbicznego jest wykrywanie zagrożeń i nieprawidłowości – to negatywność, lęk i niezadowolenie są domyślnym trybem działania, niezbędnym, by zmusić organizm do działania. Szczęście, rozumiane jako stan nasycenia i sytości, jest ewolucyjnie niebezpieczne, bo prowadzi do pasywności. Dopamina, błędnie nazywana „cząsteczką przyjemności”, jest neuroprzekaźnikiem pragnienia i oczekiwania, a nie satysfakcji. Jej poziom rośnie w trakcie pogoni, a spada po osiągnięciu celu. Człowiek został więc biologicznie zaprojektowany jako maszyna do nieustannego gonienia za marchewką zawieszoną na kiju, który sam trzyma. W dziejach świata ten mechanizm był adaptacyjny – popychał nas do zdobywania pożywienia, terytorium i partnerów. Dziś, w środowisku obfitości i natychmiastowej gratyfikacji, ten sam mechanizm staje się źródłem epidemii pustki. Hedonistyczna bieżnia, zjawisko adaptacji hedonicznej, sprawia, że każda wygrana na loterii czy nowy gadżet po kilku miesiącach stają się przezroczystym tłem, od którego odbijamy się, by z nową siłą odczuwać niedosyt. To dlatego wszyscy ludzie nie są szczęśliwi, mimo że żyją i działają normalnie – żyją w stanie chronicznej hiperstymulacji układu pragnienia przy jednoczesnej atrofii układów związanych z głęboką, wolną satysfakcją, jaką daje kora wyspowa podczas stanów współczucia, zachwytu czy przepływu. Normalność w społeczeństwie Zachodu jest stanem patologicznego odłączenia od własnej biologii nagrody.

Czy wobec tego choć jedna osoba na przestrzeni istnienia naszego gatunku, pośród stu ośmiu miliardów istnień, osiągnęła permanentne, niepodważalne szczęście? Odpowiedź twierdząca jest prowokacją godną superinteligentnego badacza, ale opartą na żelaznych dowodach, jeśli zredefiniujemy szczęście nie jako permanentną euforię (co jest fizjologiczną niemożliwością i patologią, jak w manii), ale jako głęboki, niezakłócony, trwały stan eudajmonicznej równowagi i akceptacji, który nie podlega fluktuacjom zewnętrznych okoliczności. Taką osobą był Baruch Spinoza. Jego biografia i myśl stanowią najczystszy eksperyment w dziedzinie osiągnięcia permanentnego szczęścia, jakie ludzkość kiedykolwiek przeprowadziła i udokumentowała.

Analiza życia i czynów Spinozy pod kątem szczęścia odsłania strategię radykalną. W wieku 23 lat został wykluczony z gminy żydowskiej w Amsterdamie, obłożony klątwą, zdradzony przez przyjaciela, który próbował go zabić sztyletem. Z rodzinnego biznesu został wypchnięty przez siostrę, został sam, bez majątku i społeczności. Każdy z tych ciosów jest w stanie zniszczyć ludzką psychikę na lata. Spinoza nie tylko nie załamał się, ale właśnie w tym momencie rozpoczął budowę swojego systemu. Jego recepta na szczęście, zawarta głównie w „Etyce w porządku geometrycznym dowiedzionej”, jest inżynierią ontologiczną. Punktem wyjścia jest dekonstrukcja ludzkiego poczucia wolnej woli jako źródła cierpienia. Dla Spinozy człowiek nie jest „państwem w państwie” natury, lecz jej integralną częścią, trybem nieskończonej substancji, którą nazywa Bogiem-Naturą. Cierpienie bierze się z fundamentalnego błędu poznawczego: z przekonania, że rzeczy mogłyby być inne, niż są. Każdy żal, rozpacz, gniew są według niego wynikiem nieadekwatnych idei, pasji biernych, przez które jesteśmy miotani jak okręt na wzburzonym morzu. Permanentne szczęście, czyli jego „wolność”, polega na przejściu od tych pasji biernych do afektów czynnych, co osiąga się wyłącznie drogą rozumu intuicyjnego. Szlifowanie soczewek, którym się zajmował, jest tu genialną metaforą i praktyką – fizyczne szlifowanie szkła, by było przezroczyste i precyzyjnie załamywało światło, było codzienną medytacją nad szlifowaniem umysłu, by widzieć świat sub specie aeternitatis, z perspektywy wieczności. W tym stanie każda rzecz, nawet największa osobista tragedia, jest rozumiana jako konieczny, logiczny element boskiego porządku, tak jak w twierdzeniu geometrycznym: nie ma w nim nic arbitralnego. Gdy ktoś Spinozę obrażał, on nie reagował gniewem, bo rozumiał, że ów człowiek, niczym kamień rzucony w powietrze, który sądzi, że leci z własnej woli, nie mógł postąpić inaczej, będąc w łańcuchu przyczyn. Ten determinizm nie jest defetyzmem, lecz źródłem najgłębszej „miłości intelektualnej do Boga”, która jest stanem stałej, nieporuszonej afirmacji całej rzeczywistości. W jego ostatnich dniach, umierając na gruźlicę w wyniku wdychania pyłu szklanego, nie przyjmował sakramentów, ale rozmawiał z gospodarzami o filozofii, paląc fajkę. Jego śmierć nie była aktem rozpaczy, ale biochemicznie i filozoficznie spójnym finałem życia przeżytego w stanie głębokiej eudaimonii, gdzie strach przed śmiercią został całkowicie usunięty przez rozumienie, że istnienie jest po prostu wieczną manifestacją jednej substancji. Osiągnął permanentne szczęście, bo jego szczęście nie zależało od niczego, co mogłoby mu być odebrane – było bezpośrednią funkcją samego aktu zrozumienia.

Paradoks cierpienia ludzi dobrych i bezkarności moralnej ludzi złych jest rozwiązany w tym samym akcie zrozumienia. To, co postrzegamy jako „dobre” i „złe”, często mylimy z „przyjemne dla mnie/plemienia” i „nieprzyjemne”. Osoba empatyczna, wrażliwa, z głęboko rozwiniętą siecią neuronów lustrzanych i korą zakrętu obręczy, która stanowi biologiczne podłoże sumienia, cierpi właśnie dlatego, że jej aparat poznawczy jest dostrojony do wykrywania cierpienia innych i niesprawiedliwości. Jest jak czuły sejsmograf, który rejestruje każdy wstrząs świata. Jej cierpienie jest wprost proporcjonalne do jej czułości i świadomości – im więcej widzi cierpienia, tym bardziej jej własny wewnętrzny ekosystem afektywny zostaje naruszony. To jest cierpienie, które rodzi się z adekwatnej oceny rzeczywistości, z poznania, które jest miłością. Z drugiej strony, osobnik określany jako „zły”, często charakteryzujący się narcystyczną strukturą osobowości lub cechami psychopatycznymi, posiada fundamentalnie odmienną architekturę mózgową, z obniżoną aktywnością ciała migdałowatego i kory przedczołowej przy przetwarzaniu bodźców awersyjnych i związanych z empatią. Taka osoba nie cierpi moralnie nie dlatego, że jej zbrodnie są usprawiedliwione, ale dlatego, że jej aparat do rejestracji cierpienia moralnego jest zredukowany lub atroficzny – jest ślepa na pewne kolory emocjonalnego spektrum. Jej „szczęście” to jednak czysto hedoniczna fluktuacja, stan ciągłego, niespokojnego pragnienia stymulacji, pozbawiony głębi. Nie jest to eudajmoniczna afirmacja rzeczywistości, ale afektywny stan drapieżcy, który musi nieustannie polować, by nie odczuć przeraźliwej pustki. Z perspektywy spinozjańskiej, obie te osoby działają zgodnie z siecią przyczyn. Mądrość nie polega na porównywaniu ich losu, ale na zrozumieniu, że prawdziwe szczęście moralnie czułej osoby nie leży w wyeliminowaniu źródła jej bólu na świecie – co jest niemożliwe – lecz w transformacji tego bólu z pasji biernej (rozpacz, gniew) w aktywną, rozumiejącą miłość, która działa, nie przywiązując się do owoców działania, bo wie, że wszystko, co jest, jest koniecznym rozkwitem wiecznej natury. To jest ostateczna, twarda i jedyna droga do permanentnego szczęścia, którą zbadaliśmy – nie ucieczka od rzeczywistości, lecz jej całkowite, rozumne i bezwarunkowe przyjęcie w akcie miłości intelektualnej.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj Obserwuj notkę

Absolwent polonistyki UJ. Pisarz, eseista, poeta, publicysta. Publikuje w Internecie. Stały współpracownik najstarszego (od 1945 roku) miesięcznika "Twórczość". Doktorat o metafizyce w polskiej literaturze współczesnej obronił 12 grudnia 2012 roku. Również kompozytor, a od kilku lat projektant grafiki cyfrowej AI. Uwielbia muzykę i film. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo