128 obserwujących
3948 notek
1789k odsłon
437 odsłon

Unia na zakręcie czy na … równi pochyłej?

Wykop Skomentuj13

Gdy reprezentowałem Parlament Europejski w Rzymie podczas uroczystości 60.lecia Traktatów Rzymskich – było to wiosną 2017 roku – przywódcy Unii sprawiali wrażenie sytych, tłustych kotów, u których samozadowolenie ściga się z wysokim mniemaniem o sobie i z wiarą w „świetlaną przyszłość” Unii Europejskiej.


Unijny samozachwyt – wyborcze paliwo „wrogów Europy”


Jesienią A. D. 2017 miała rozpocząć się -i tak już przesunięta – debata o unijnym „czasie przyszłym” i reformach koniecznych, aby Unia stała się mocniejszym graczem globalnym w gospodarce i geopolityce. Pewnie mało kto wtedy przypuszczał, że kipiąca samozadowoleniem wnuczka Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali oraz córka Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej , pełna samozachwytu nad sobą, właśnie znalazła się na równi pochyłej. Plany reformy Unii szlag trafił już pół roku później, gdy okazało się, że państwo „numer 1” w UE czyli Niemcy , ku osłupieniu Starego Kontynentu i całego świata , nie są w stanie wyłonić rządu. A przecież to właśnie było powodem (albo pretekstem) odłożenia debaty o reformach Unii. Początkowo miano ową dysputę – w tych dysputach UE jest mistrzem - rozpocząć w Rzymie, ale uznano, że wypada poczekać na sformowanie rządu w Berlinie - choć i tak wiadomo, że rządzić będzie kanclerz Merkel...Tyle, że Bundestag biedził się nad wyłonieniem czwartego gabinetu „Frau Kanzlerin” pół roku, choć i tak nie został pobity rekord w kategorii „państwo bez władzy” – to rekord Królestwa Belgii, które przez 535 dni (sic!) funkcjonowało bez rządu wyłonionego w wyniku wyborów . Gdy w RFN okaleczona  „Mutti” wreszcie stworzyła swój czwarty rząd, słysząc zresztą polityczne chóry grzmiące, że kanclerz Helmuth Kohl też cztery razy wygrał wybory, ale podczas swej czwartej kadencji musiał podać się do dymisji – okazało się, że nad Europą, trawestując Marksa, krąży widmo „narodowego populizmu” i nie ma sensu dyskutować o unijnych reformach, bo przecież mogłoby się to stać wyborczym paliwem dla euronegatywistów, eurosceptyków, eurorealistów -  a więc wrogów  Permanentnego Postępu. Odłożono zatem dyskusję do wyborów europejskich, które odbyły się wiosną 2019 roku i w ich wyniku zwiększyły się szeregi tych, którzy w Parlamencie Europejskim „nie klękają przed Brukselą” i nie zawsze stają na baczność  na okoliczność hymnu Unii.


Niemcy bez rządu czyli europejska sensacja


Euroentuzjastyczny mainstream zachował jednak większość. Co prawda olbrzymie straty poniosły dwie najważniejsze europejskie rodziny polityczne czyli chadecy (choć akurat to miano – czyli chrześcijańskich demokratów – pasuje do tej formacji, jak pięść do nosa i wół do karety) i socjaliści. Ci pierwsi, czyli Europejska Partia Ludowa stracili aż jedną trzecią mandatów, ci drudzy czyli lewica (oficjalna nazwa: Socjaliści i Demokraci) solidarnie też stracili jedna trzecią. Jednak ich wyborcy tylko w pewnym stopniu zagłosowali na znajdujące się na drugim biegunie politycznym formacje eurorealistyczne czy eurosceptyczne. Główne przesunięcie głosów poszło w kierunku liberałów, którzy mimo wyraźnej stagnacji w strefie euro zyskali o połowę więcej niż to, co mieli. Ten , trzeba przyznać, imponujący wzrost, dokonał się w wyniku akcji politycznej Macrona, który dość bezceremonialnie, ewidentnie naruszając suwerenność poszczególnych krajów członkowskich UE, wspierał swoich politycznych kuzynów. Zażądał zmiany nazwy z ALDE (czyli Sojusz Liberałów i Demokratów ) na „Renew” co samą nazwą („Odrodzenie”) sugerowało nową polityczną jakość. Zyskali też bardzo mocno „Zieloni”, którzy dla bardziej centrowych wyborców stali się alternatywą „oficjalnych wrogów ludu” czyli  narodowej eurosceptycznej prawicy. Dalszej marginalizacji ulegli postkomuniści.     


Rodacy kontra von der Leyen


Niemniej ważna od liczby „szabel” w Parlamencie Europejskim jest też geografia politycznego przywództwa. Dotychczas w praktyce przez ostatnich 15 lat dwie główne frakcje polityczne były kierowane przez Niemców – bądź formalnie, bądź faktycznie. W EPL karty rozdawała CDU-CSU, u socjalistów – SPD. Można więc rzec, że „Wielka Koalicja” ludowców i lewicy  w PE, funkcjonująca w Brukseli i Strasburgu parędziesiąt lat z rzadkimi wyjątkami (choćby w latach 1999-2004, gdy w okresie przed rozszerzeniem UE europarlament rządzony był większością chadecko-liberalną) przez ostanie półtorej dekady była przede wszystkim sojuszem decyzyjnym dwóch głównych niemieckich sił politycznych. To, co Niemcy, generalnie rzecz biorąc, ustalili, tak było. Gdy podczas prezydencji Niemiec w 2007 roku na sesji w Brukseli głos najpierw zabierał przedstawiciel rządu RFN, potem wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Niemiec Guenther Verheugen, następnie Hans-Gert Poettering jako przewodniczący frakcji EPL, a wreszcie Martin Schulz jako lider socjalistów, zabierający głos po czterech niemieckich mówcach lider liberałów – Brytyjczyk Graham Watson na początku ironicznie przeprosił, że „nie będzie mówił językiem Teutonów”.

Wykop Skomentuj13
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka