Ryszard Czarnecki Ryszard Czarnecki
30
BLOG

FILIPINY CZYLI MATKA BOSKA Z CZERWONYM PEDICURE…

Ryszard Czarnecki Ryszard Czarnecki Polityka Obserwuj notkę 0


Szaman, czyli "mumbaki" ma 102 lata. Nigdy nie nosi butów. Chodzi w klapkach, aby nie parzyć stóp od spieczonej od upałów ziemi. Ma czapeczkę niczym koronę z kreskówki dla dzieci i ni to szal, ni koc przewieszony przez ramię, nawet kiedy jest bardzo ciepło (a tu prawie zawsze jest upalnie). Nazywa się - dla nas - egzotycznie, bez żadnych tam hiszpańskich czy angielskich naleciałości: Buj -A. Egzotycznie dla cudzoziemców, ale bardzo, bardzo lokalnie, bez kolonialnego pokostu. Wciąż pracuje. Na polach ryżowych. A jak zostały zniszczone w wyniku lawiny błotnej - to o świcie już pomyka i cierpliwie dłubie naprawiając zniszczenia to tu, to tam. Pracuje sam -inni mają swoje zajęcia - na dwóch ryżowych poletkach, które tworzą duże pole ryżowe, a te decyzją UNESCO od przeszło trzech dekad jest częścią "światowego dziedzictwa kultury”. Takich jest na Filipinach pięć – i wszystkie w tej samej prowincji Ifugao.
"Mumbaki" jest analfabetą. Co prawda szkoła podstawowa istnieje tu od lat 1940-ch, ale on, gdy powstawała był już dorosły albo prawie dorosły.
Najstarszy szaman w kraju . I jedyny w swojej miejscowości. Dobry człowiek. Bardzo naiwny człowiek. Miał w swoim domu czy raczej chacie dwie bardzo wartościowe drewniane rzeźby -figurki "bulula" -strażnika ryżu, a więc podstawowego składnika jedzenia. Ktoś, nie wiadomo kto, przyszedł, kupił od starca za bezcen i pewnie zbił na tym majątek. Parę lat temu podobnego "bulula" w Paryżu zlicytowano, za pośrednictwem prestiżowego domu aukcyjnego Christie's, na ponad 630 tysięcy euro. Innego "bulula", fakt, ale to coś mówi. Także o tym, jak tradycyjna sztuka ludowa Filipin jest ceniona gdzieś daleko w świecie. Zaś słowa "mumbaki" I "bulul" pierwotnie pochodzą z języka "ifugao" -dominującego w prowincji Ifugao,w której jestem. A dokładnie z jego dialektu "tuwali". Zostały jednak w pełni przejęte przez język tagalog (po polsku: tagalski ) stały się bowiem elementem dziedzictwa narodowego.
" Zawód" szamana powoli chyba odchodzi do przeszłości. Najmłodszy ma pięćdziesiąt lat i niedawno wybrano go...na burmistrza. Może nic w tym dziwnego: tutaj szamanów zawsze otaczał szacunek.
Już przed stu laty w tym chrześcijańskim kraju -jedynym takim w Azji - tradycje szamańskie zaczęły zanikać. Paradoksalnie uratował je Kościół Katolicki. Papież Pius X na pomoc hiszpańskim misjonarzom przysłał na Filipiny kilku Belgów. Jeden z nich - ojciec Lambrecht - zafascynował się szamańskimi zwyczajach, opisał je na kartach aż siedmiu książek i tak uratował dziedzictwo tych, których nazywa się "mumbaki " - czarodzieje, szamani, znachorzy.
TARASY RYŻOWE I TAJFUNY
Filipiny. Jestem tu trzeci raz. Pierwszy raptem trzy lata temu. Drugi - przed dziewięcioma miesiącami. Teraz, łącznie ze skomplikowanymi podróżami, filipiński rozdział zajmuje dwanaście dni. Trzy razy to za mało, aby zostać ekspertem "od Filipin”, ale wystarczająco dużo, aby wiedzą wyjść poza stereotypy. Te zawsze są wrogiem prawdy. A jaka jest prawda o tym kraju, który na potęgę dostarcza pielęgniarek na Wyspy Brytyjskie, opiekunek dla staruszków do Niemiec, niań, przepraszam, "babysitters" do Polski? Jaka jest prawda o ojczyźnie jednego z kilku najwybitniejszych pięściarzy w historii światowego boksu- Manny Pacquiao? Przejdźmy do tej prawdy. Ale będzie to długa opowieść.
Batad - to nazwa jednego z tych pięciu tarasów ryzowych pod oficjalnym patronatem UNESCO. Jednak jest jedynym odciętym od drogi. Trzeba przejść do niego jakieś 15-20 minut. Tuż obok 26 tradycyjnych domów z dachami ze słomy. To tu 10 października 2025 roku szalał duży tajfun. O drugiej w nocy ewakuowano stąd sto osób. Błotna lawina poczyniła takie spustoszenia, że aby przywrócić ten teren do stanu sprzed klęski żywiołowej potrzeba miliona dolarów. Takich priorytetów nie ma Manila, a takich pieniędzy nie ma gubernator Ifugao- jednej z najmniejszych spośród osiemdziesięciu prowincji. No i jednej z mniej zamożnych.
Katastrofa katastrofą, ale prawda jest taka, że w trzeciej dekadzie XXI wieku na filipińskich tarasach ryżowych pracują już tylko ci, którzy nie mogą znaleźć pracy gdzie indziej. Właścicielka pólka ryżowego produkuje pięćset kilogramów ryżu, sprzedaje je po 150 peso za kilo, przychód roczny ma więc na poziomie 75 tysięcy peso. Jeśli odliczyć koszty to owa starsza już Filipinka ma 25 tysięcy peso na rok, czyli wychodzi jej ...dwa tysięcy peso na miesiąc! I co z tego, że na banknocie o wartości 20 peso jest wizerunek tarasu ryżowego, gdy młodzi nie widza tu dla siebie przyszłości. Jeśli Filipiny nic z tym nie zrobią to turystyczna wizytówka -tarasy ryżowe zarosną dziką roślinnością albo "lokalsi" zaczną tam uprawiać pomidory. Trzeba chyba zrobić to, co uczynili Chińczycy: dać mieszkańców uprawiających ryż na słynnych tarasach stała pensję - wtedy będą pracować, mieć z czego żyć i może nie wyjadą. Inaczej będzie tak, jak z 33- letnią właścicielką poletka, o której mi opowiadano. Hoduje ryż, ale po tajfunowym kataklizmie nie ma 15 tysięcy peso na naprawę uszkodzeń i w efekcie co drugi -trzeci dzień ...kupuje ryż! Zatem, mówią ludzie zatroskani o to światowe dziedzictwo kultury - albo trzeba dać tym ludziom stały etat albo stała kwotę z budżetu albo oprzeć się o wolontariat z zewnątrz (co jest najbardziej ryzykowne).
Jak to się stało, że Filipiny jako pierwsze na świecie -przed Chinami czy Indonezja - uzyskały od UNESCO "pieczęć" iście eksportowa: że są częścią "światowego dziedzictwa kultury"? Istnieją od dwóch tysięcy lat - te, które ja przemierzałem w Banaue w upale w górę i dół na wysokości aż 1500 metrów npm . Inicjatywę wystąpienia do UNESCO podjęła osoba prywatna i upominała się o to w latach 1992-1994, ale sprawa ruszyła, gdy staraniem oficjalny bieg nadał prezydent (i generał, a jakże) Fidel Ramos. W 1995 roku UNESCO powiedziało "tak”, a Filipiny uzyskały genialną kartę do promocji kraju. W kancelarii prezydenta utworzono specjalnych departament do spraw "tarasów ryżowych", zlikwidowany zresztą przez prezydent Glorie Arroyo.
BANAUE I „MAMA JUANITA”
Życie jest drogą. Zatem jadę. Ciekawe, że nie ma tu nazw ulic i numerów domów. Jak więc trafić? "A, to za siódmym zakrętem"-słyszę. Serio.
Z położonego na wzgórzu hotelu "Banaue Grand View" rozpościera się rzeczywiście niesamowity widok. Duży, siedmiokondygnacyjny hotel góruje nad Banaue. Wokół, z każdej strony, wysokie ściany zieleni. Zachwycają i uspokajają. Problemy nikną, przyroda dominuje, ale nie przytłacza. Właścicielką hotelu jest energiczna 78-latka. Kobieta z gór, z bardzo biednej rodziny, skończyła raptem cztery klasy, nie miała na zeszyty, zamiast chodzić do szkoły posłano pracy. Do dziś zresztą pracuje od świtu do nocy. Choć nie musi, bo miała smykałkę do interesu i dorobiła się dużych -jak na lokalne warunki - pieniędzy. Nie wypada jej pytać, czy mają rację ci, którzy mówią, że ma dziewięcioro dzieci czy ci, którzy twierdzą, że jedenaścioro. Jedno jest pewne: jej rodacy w ostatnich trzech dekadach zupełnie nie biorą z niej przykładu. Rzeczywistość demograficzna w tym kraju diametralnie się zmieniła od końca ubiegłego wieku. Filipiny przechodzą obecnie jeden z najszybszych spadków dzietności na świecie. Według oficjalnych danych Philippine Statistics Authority, dzietność kobiet spadła z poziomu ok. 3,6 w roku 2000 do zaledwie 1,7 w roku 2025 (choć i tak znacznie więcej niż w Polsce). Wpływ na to ma nie tylko masowa migracja młodych, ale też gwałtowna zmiana struktur społecznych oraz rosnące aspiracje zawodowe Filipinek.
A sędziwa, ale dziarska właścicielka hotelu, zwana tu nie bez kozery "Mamą Juanitą" tłumaczy mi ze swadą, że trzeba w jej Banaue stworzyć kolejkę gondola, bo wtedy nastąpi turystyczna hossa! Prawie dziewiąty krzyżyk na karku, a tu takie wywody. Szacun!
Jeden most w prowincji Ifugao łączy trzy miasta: stolicę Lagawe, Banaue I Kiangan. W Lagawe mieści się urząd gubernatora, czyli "capitolio", jak to się tu określa. Z kolei w Kiangan 2 września 1945 roku Amerykanie aresztowali naczelnego dowódcę armii cesarstwa japońskiego gen. Tomoyuki Yamashite, aby wywieźć go samolotem i po roku – na podstawie decyzji sądu alianckiego - stracić.
PUPEL, FEPA, MAUPAT…
W Kiangan jest też najlepsze ponoć w Ifugao (spośród paru) muzeum. To muzeum sztuki ludowej. Oprowadza mnie pani dyrektor Lali – niewątpliwa pasjonatka lokalnej sztuki. Są tam tkaniny na przykład tkaniny z motywami motyli, regionalne stroje, ale też replika typowego dla tej prowincji domu.
Ciekawe są ubiory ludu Ibaloy. Jest tu ręcznie robiony koc, używany do pogrzebów- „kinuttiyan”. Są „pinilyan” – dekoracyjne pasy do przepasania się, noszone z okazji świąt, ale nie tylko. Przypomina mi się, że taki właśnie miał staruszek- „Mumbaki”, szaman. Są też „hape” czyli normalne koce. Jest też biżuteria "pangalapang" czyli coś na kształt korali, „matek"pereł. Są też ozdoby na szyję „panglao”. Odnotowuje egzotyczne nazwy „hingat” , ale też „fepa” - co po prostu oznacza fajki. Są „pupel” czyli torebki, „maupat” czyli bransoletki, „dalisdis”.
Plusem tegoż muzeum jest fakt, że pokazuje zbiory z kilku innych poza Ifugao prowincji: Bugkalot, Ilongot czy Nueva Vizcaya. Odnotowuje też ciekawy ,choć dramatyczny zwyczaj „polowania na głowy”. Otóż, jeśli ktoś ożenił się z kobieta z innego „barangay” czyli wioski to w odwecie członek jej rodziny czy cała grupa odcinała delikwentowi głowę ! Umieszczano ja potem na podwyższeniu, pilnując, aby zmarły miał … otwarte oczy by wszystko widzieć !
Wędrówka po muzeum trwa dalej. Kolejne ubiory. Męskie „bado”, żeńskie "badiyo", są też rodzaje spódnic, którymi można się… owinąć, czyli „aten”. Widzę też „abag” czyli męski, tradycyjny, formalny, elegancki strój oficjalny. Nie miejmy złudzeń, że chodzi o garnitur. To… przepaska na biodra. W tym gorącym klimacie była często jedyna odzieżą. Jest też „kapo” '- mimo fatalnej nazwy chodzi o bawełniany ubiór. Pokazują tu też lokalne wrzeciona do przędzenia bawełny, czyli „tobayan”.
W przeszłości produkowano tu bawełnę. Dzisiaj jeszcze też, ale to już dziś tylko niszowa produkcja, można rzec „rzemieślnicza” raptem kilkadziesiąt kilogramów.
Widać też fotografie białych przybyszów, którzy odegrali istotną rolę w rozwoju tego filipińskiego regionu. Jest antropolog Fay-Cooper Cole. W czasie wyprawy na Filipiny zgromadził on dla potomności pięć tysięcy przedmiotów, ukazujących bogactwo narodowej kultury. Jest też Francis Lambrecht, który był autorem słownika angielsko-ifugaw, a także języka i ortografii kallinga i ifugaw. Jest wreszcie amerykański gubernator Gallman za którego rządów ukrócono zwyczaj „polowania na głowy”, choć miejscowi po cichu mówią, że do tych rytualnych zabójstw dochodzić miało jeszcze sporo lat po wojnie.
TU GINĘLI POLACY
Z muzeum rozciąga się widok na miejsce, gdzie co roku, 2 września uroczyście obchodzi się zakończenie II Wojny Światowej. Powiewa flaga Filipin na maszcie wysokim na około dziesięć metrów. Miejscowy urząd do spraw kombatantów ufundował tablicę upamiętniająca 55 rocznicę końca wojny w Azji i na świecie i fakt, że przyjechało tu wtedy sześciu weteranów amerykańskiej Szóstej Dywizji. Dwóch było z Waszyngtonu, dwóch z Kalifornii, jeden z Teksasu i jeden Filipińczyk.
Obok wielka tablica z nazwiskami żołnierzy armii USA poległych na filipińskich wyspach. Dużo, bardzo dużo, za dużo polskich nazwisk. Podczas walk w prowincji Ifugao, uderzenie na siły japońskie gen. Yamashity prowadziła amerykańska 32. Dywizja Piechoty oraz wspierająca ją 6. Dywizja Piechoty.
Jednostki te były formowane w stanach w Wisconsin, Michigan czy Illinois, które były (i są!) olbrzymimi skupiskami Polonii amerykańskiej.
Amerykańscy historycy wielokrotnie podkreślali, że bez determinacji żołnierzy z tzw. Polish-American community w tych dywizjach piechoty przełamanie japońskich linii obronnych w surowym, górzystym terenie Ifugao trwałoby znacznie dłużej.
Wynotowuje nazwiska poległych rodaków:
1. Albert Hajduk – 127. Pułk Piechoty, 32. Dywizja.
2.Walter J. Ciesielski – 128. Pułk Piechoty, 32. Dywizja.
3. Stanley A. Wiśniewski – 126. Pułk Piechoty, 32. Dywizja.
4. Edward J. Kowalski – 20. Pułk Piechoty, 6. Dywizja.
5. Chester F. Grabowski – 127. Pułk Piechoty, 32. Dywizja.
6. Joseph S. Kamiński – 1. Pułk Piechoty, 6. Dywizja.
7. Zigmund W. Świerczyński – 128. Pułk Piechoty, 32. Dywizja.
8. Thaddeus J. Maciejewski – 63. Pułk Piechoty, 6. Dywizja.
9. Frank J. Zawacki – 126. Pułk Piechoty, 32. Dywizja.
10. Mitchell F. Zieliński – 20. Pułk Piechoty, 6. Dywizja.
11. kapitan Frank Swicki (albo Sawicki)
12. major Frank Golas
13, Anthony Bujnowski
14. Edward Gadziński
15. Walter Wiencek
Stąd kilkadziesiąt metrów do „Art Gallery”, która okazuje się tak naprawdę kolejnym muzeum sztuki ludowej, ale też tradycji. W zbiorach dzbany, małe rzeźby i większe, na przykład krokodyla, torby, torebki, nakrycia głowy, dzidy. Duże zdjęcia tarasów ryżowych łącznie z certyfikatem wpisania ich na listę Światowych Dóbr Kultury UNESCO. Są też wielkie, także kolorowe zdjęcia ludzi czy rękodzieł. Również ilustrujące tradycyjne przeciąganie liny czyli zawody, które odbywają się po zbiorach. Jest ściana poświęcona tatuażowi określanemu jako „utracone dziedzictwo”. Osobna sala z tkaninami, w tym także i tych które przedstawiają obrazy. Płaskorzeźby. Maszyny do rękodzieła, czyli w praktyce tkackie. Plansze o łowcach głów: ich rytuałach, tańcach i ozdobach. Najwyraźniej to temat tabu, bo miejscowi mówią o tym niechętnie. Można dedukować, że ów okrutny zwyczaj przetrwał jeszcze długo po II Wojnie Światowej.
„U WAS WOJNA SIĘ ZACZĘŁA, U NAS SIĘ SKOŃCZYŁA”…
Tuż obok muzeum, które przedstawia końcówkę II Wojny Światowej w Azji choć paradoksalnie zwane jest „Muzeum Pokoju”.
Od tej koncentracji historii, sztuki i rękodzieła skupionych na niewielkiej przestrzeni, parę minut drogi do katolickiego kościoła pod wezwaniem Świętego Jerzego. Mieści się tu też siedziba Misji Katolickiej Bontoc- Lagawe. Obok obiektów sakralnych niemal zlewa się z nimi boisko do koszykówki pod dachem wraz ze skromnymi trybunami. Na ogólnodostępnym parkingu przed kościołem blisko dwadzieścia motocykli.
Kościół jest prosty i skromny. W zasadzie to kościółek. Ma 26 ławek, figurę Św. Józefa w jednej nawie i Matki Boskiej w drugiej. Są obrazy Drogi Krzyżowej, specjalna skrzynka na prośby (listy) dzieci, a także apel o wyłączenie telefonów komórkowych. Przy wejściu są śpiewniki oraz modlitwy za zmarłych do popularnej na Filipinach Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.
W czasie podróży samochodem słucham historii pierwszej w dziejach Filipin medalistki paraolimpiady (gwoli ścisłości : medal brązowy). Pierwszej i tylko jednej z dwóch. Jej walka o to aby wybić się mimo kalectwa, zniekształconego ciała poruszającego się na wózku inwalidzkim zainspirowała do walki o godne życie całą rodzinę. Jedna z jej sióstr jest w Australii, druga w Nowej Zelandii, brat w Norwegii. Ma piękna (!) córkę która, gdy śpiewa ma głos niczym anioł. No i ma jeszcze jednego brata, który mieszka na Filipinach i spotkanemu Polakowi mówi niespodziewane słowa, gdy słyszy, że jego rozmówca jest z Polski: „Polska? A Westerplatte”! I dodaje: „U was wojna się zaczęła, a u nas zakończyła”. Jest marynarzem, wiele razy był w Gdańsku i oczywiście zwiedzał miejsce bohaterskiego oporu Polaków przed Niemcami we wrześniu 1939.
Jadę dalej.
W pobliskim Tinoc znajduje się najwyżej położona publiczna droga na terytorium Filipin. Asfaltowa, zbudowana kilka lat temu jest na wysokości niewiele niższej niż nasz najwyższy szczyt górski- Rysy.
POLSKIE MLEKO NA KOŃCU ŚWIATA
W Lagaue niespodziewanie napotykam coś do mojej ulubionej kolekcji „Polonica na drugim końcu świata”. W miejskim sklepiku… polskie mleko „Łaciate”. Przemieszczałem się półtorej doby czterema samolotami, potem osiem godzin samochodem, aby zobaczył coś, co jest w każdym sklepie w Polsce, czyli nasze mleko. Tą samą markę wcześniej spotkałem w „Executive Lounge” w jednym z lepszych hoteli filipińskiej stolicy – Manili. Robi to wrażenie , nie powiem.
To o świecie żywych. Teraz o świecie martwych. Brak płaskiego terenu w prowincji Ifugao w której spędzam tydzień powoduje, że nie ma tu klasycznych cmentarzy. Zmarłych chowa się tuz przy domu. Jednak nie w ziemi tylko n a ziemi. Prowizoryczny grób obudowuje się deskami czy płytami. Na tym wszak nie kończy się ceremonia pogrzebowa. Po trzech- pięciu latach następuje, uwaga, radosny (a nie smutny!) obrzęd wyjęcia z grobów tego co w nich jeszcze z nieboszczyków zostało. Kości (podobno z włosami) pakuje się w zawiniątko, owija dekoracyjnym kocykiem i umieszcza w domu. Miejscowy gubernator mówi, że ma u siebie aż osiem zawiniątek z kośćmi zmarłych ze swojej rodziny.
Zostając w temacie tego, co dzieje się po śmierci . Jadąc ze stolicy do Banaue , w miasteczku Hingyon widzę po prawej stronie drogi samotne groby dziadka i trojga wnucząt: zaprosił ich na wakacje- zginęli pod lawiną.
Jak tylko w poniedziałkowy świt przekraczam granicę prowincji zaczyna towarzyszyć mi policyjna eskorta. Gazik z napisem PULISYA z policjantami z długą, ostra bronią. Będą towarzyszyć mi przez osiem dni. Oficjalnie zapewniali mi bezpieczeństwo, a trochę mniej oficjalnie ułatwiali mi poruszanie się po krętych i zatłoczonych drogach.
Ciekawe są tu tradycyjne domy. Budowane na czterech śliskich palach: śliskich, aby nie mogły po nich wejść szczury! Domownicy dostają się tam po drabinach wciąganych potem na górę. Jest też obowiązkowo strych, na którym zwykle suszy się ryż. Kluczowym sprzętem jest „itetem” czyli drabina, która z jednej strony pozwala wejść ,a z drugiej jej brak chroni przed nieproszonymi gośćmi.
LAGAWE: STOLICA I „POCZET GUBERNATORÓW”
Wreszcie stolica prowincji: Lagawe. Tutejszy odpowiedni Urzędu Marszałkowskiego (prowincja jest jak, powiedzmy, województwo, choć my mamy ich szesnaście, a oni ponad osiemdziesięciu). Na pierwszym piętrze interesujący „Poczet Gubernatorów” prowincji Ifugao. Portrety i kryjące się za nimi życiorysy są jeszcze ciekawsze niż obiad złożony z dań z typowej miejscowej kuchni, na który zaprosił mnie gubernator.
Pierwszym gubernatorem był mianowany przez prezydenta Marcosa,a potem wybrany już w wyborach Gualberto B. Lumaig, który rządził w latach 1967-1976. Drugim był oficer Zozimo Paredes wywodzący się z Abra ,a więc z innej prowincji, który kierował Ifugao w latach 1976-1986. Po dwóch gubernatorach rządzących przez trzy (dłużej nie można) pełne kadencje było dwóch, którzy rządzili tylko przez rok: Juan Dait jr (1986-1987) i Daniel Culhi (1987-1988). Potem nastał czas Benjamina B. Capplemana, który sprawował władzę dwukrotnie . Najpierw w latach 1988-1992 ,aby po dwunastoletniej przerwie powrócić na urząd gubernatora w 2004 roku i sprawując go umrzeć w roku 2006. Pocztu ciąg dalszy: są portrety Alberta Pawinci (1992-1995) i Ildefonso N. Dulinayana- z zawodu pilota wojskowego, który rządził przez dwie trzyletnie kadencje wygrywając wybory bezpośrednie najpierw w roku 1995, a potem w 1998. Z kolei Teodoro B. Baguilat sprawował urząd najpierw w latach 2002-2004, a następnie po śmierci swego poprzednika i jednocześnie... następcy gubernatora Capplemana, ponownie w latach 2007-2010. Kadencje wspomnianego Cappelmana i rok, który mu został dokończył Glenn Prudenciano (2006-2007). Pierwsza dziesiątkę gubernatorów zamyka Eugene N. Balitang (2010-2013), a drugą dziesiątkę otworzył Denis B. Habawel (2013-2016), którego młodszy kuzyn teraz jest wicegubernatorem. Przedostatnim gubernatorem był Pedro Mayam-O (2016-2019). Obecny władca Ifugao Gerry U. Dalipog wygrywał wybory na gubernatora już trzy razy (2019,2022,2025) i do końca jego ostatniej kadencji zostało mu dwa lata. Bo tutaj też, jak w Polsce są limity: u nas dwie kadencje - tutaj trzy. Tylko że liczba owych kadencji jest nieco myląca, bo na Filipinach trwają one tylko trzy lata, a więc można rządzić maksimum dziewięć lat (pod rząd, ale po przerwie można wrócić na urząd), a w Polsce trwają aż pięć lat, co przy limicie dwóch kadencji daje w sumie dłuższy maksymalny okres rządzenia- bo dziesięcioletni. Obecny gubernator nie jest porywającym mówcą , za to jest bardzo sprawnym politykiem: po tym, jak pierwszy raz wygrał gubernatorską elekcję wziął do zarządu swojego poprzednika, z którym wygrał. Słusznie uznał, że rywala, nawet już byłego, lepiej mieć koło siebie niż daleko od siebie. Wcześniej pan Dalipog, który nieodmiennie kojarzy mi się z polskim okrzykiem „Dali Bóg!” wcześniej przez cztery kadencje był burmistrzem Banaue (w tym trzy razy pod rząd), w którym mieszkam podczas pobytu w Ifugao. Charakterystyczne jednak, że po pierwszym zwycięstwie w wyborach samorządowych w roku 2004 kolejne wybory trzy lata później przegrał. Nie załamał się jednak, wyciągnął wnioski i potem trzykrotnie pod rząd wygrał.
Warto dodać, że ów limit sprawowania władzy przez burmistrza i gubernatora obowiązuje też - inaczej niż w Polsce ! – kongresmenów. Wszystkie te trzy grupy mogą służyć maksymalnie trzy kadencje po trzy lata. W Polsce posłowie takich ograniczeń nie mają. Co do senatorów na Filipinach to mają limit tylko dwóch kadencji. Ale i tak są w uprzywilejowanej sytuacji : mają bowiem kadencje sześcioletnie...
SKOK NA FILIPINACH
Na końcu świata poczułem się jak w Polsce. W Lagawe zapraszają mnie do LMDC. To taki miejscowy , ichniejszy SKOK. LMDC to skrót od "Lagawe Multipurpose Development Cooperative". Dyrektorem generalnym filipińskiej wersji SKOK- ów w stolicy jest Charles B. Balachawe . Opowiadam mu o polskich spółdzielczych kasach oszczędnościowo- kredytowych i tradycjach spółdzielczości w naszym kraju. To pasjonat. Jego struktura skupia 30 tysięcy ludzi . Biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców w regionie oznacza to , że od 7 do 10 procent należy do LMDC. Potęga! Takich organizacji jak ta na Filipinach jest aż 19 tysięcy. Zdaje się, że pod tym względem ten katolicki kraj w sercu Azji jest jak Anglia, Irlandia czy Polska, a więc te kraje w Europie , które są potęgami , gdy chodzi o ruch kas kredytowych. Robi to na mnie wrażenie tym większe, że przecież byłem współprzewodniczącym Friends of Credit Unions w Parlamencie Europejskim , razem zresztą z Irlandka , Mrs Harkin. Wcześniej zakładałem Polish Credits Union w Wielkiej Brytanii.
Siedziba tutejszego "SKOK-u" mieści się nieprzypadkowo przy szkole im. sw. Jana Bosco. Skądinąd ojcowie salezjanie są aktywni i w Ifugao i na całych Filipinach. To też kolejne podobieństwo z Polską.
Charles chodzi w koszuli bez krawata, jak wszyscy tutaj. Jest skromnym gościem, który żyje swoją robotą. Pracuje lokalnego SKOK-u już piętnaście lat. Ale historia LMDC zaczęła się znacznie wcześniej, bo w 1984 roku od miejscowej "siłaczki”, która ruszyła z motyką na słońce i szybko uzyskała spore poparcie swoich krajanów dla idei owej finansowej, w praktyce sąsiedzkiej samopomocy.
Zapraszam Charlesa do Polski, na Forum Ekonomiczne do Karpacza. Nie przyjedzie, bo ...nie ma paszportu. I nie chce go wyrabiać,bo się nigdzie nie wybiera.
Mam taki zwyczaj, że w każdym kraju, a zwłaszcza w tzw. rozwijającym się skrupulatnie sprawdzam, czy opierają się na własnych produktach spożywczych czy importują. To m.in. pokazuje siłę -lub jej brak- gospodarki narodowej. Zatem inspekcja w lokalnym sklepie. Słodycze z Hongkongu. Pieczywo do tostów miejscowe, filipińskie. Orzechy w czekoladzie z Rosji, z Władywostoku. Brandy z Hiszpanii. Wina miejscowe. Mleko z Polski. Ekspedientka ma spore trudności z wymówieniem jego nazwy. Następuje lekcja polskiego nr 1. Ale "język polski trudny być". Cały czas słychać : "Lasziat",a nie "Łaciate" -jak Pan Bóg przykazał . I nagle olśnienie. Oczywiście i tu musiał dotrzeć włoski przebój sprzed czterech dekad "Lasciatemi cantare" ("Pozwólcie mi śpiewać") ,który wykonywał Toto Cotugno . To piosenka ze słynnymi słowy : "L'Italiano . L'Italiano vero" ma refren z "Lasciatemi" -i stąd młoda Filipinka "zwłoszczyła" nazwę mleka "made in Poland". Gdy wychodzimy ze sklepu słyszę, że jednak nauka nie poszła w filipiński las i "Ua-cza-te" już powoli przypomina oryginalną nazwę. Niejako przy okazji odkrywam ,że banknot o nominale 20 peso (na polskie to...złoty i dwadzieścia groszy) przedstawia tarasy ryżowe w Banaue, gdzie mieszkam. Te z szyldem UNESCO.
Słów parę jeszcze o polityce. Na szczeblu centralnym mają tu system brytyjski - co jest trochę paradoksem,bo Filipiny przez trzy wieki były kolonia hiszpańską, ale ani jednego dnia brytyjska . Oto członkowie rządu nie mogą być parlamentarzystami -inaczej niż w Polsce. Ba, więcej : muszą zrezygnować z mandatu , uwaga : PRZED wyborami ! To doprawdy wielce surowa i bardzo ryzykowna dla ludzi polityki metoda. Przykład pierwszy z brzegu. Szef MSW Benjamin Abalos jr ustąpił z prestiżowego i sprawczego stanowiska w rządzie,aby wystartować do parlamentu. Na fali solidarności z poprzednim prezydentem Rodrigo Duterte kandydaci opozycji wygrywali falą i jej ofiarą padł od niedawna już były minister spraw wewnętrznych. Trawestując stare polskie przysłowie : " ministra stracił, fotela w parlamencie nie zarobił". Zresztą teraz - 8 lipca - po roku wrócił do rządu - na ważne stanowisko sekretarza gabinetu.
POLITYCZNE KLANY
Filipińska norma w polityce to klanowość plus dziedziczność. Stanowiska są tu w praktyce nie tyle może dożywotnie (choć politycy są tu długowieczni i sprawują urzędy do późnej starości - jednak inaczej niż w Europie) , co dziedziczne. Nieformalnie , ale skutecznie. Ojciec wspomnianego szefa MSW - też Benjamin Abalos , ale z " Sr " ( Senior) po nazwisku- ma 92 lata ,ale dopiero w ubiegłym roku zrezygnował z urzędu burmistrza miasta Mandaluyong. Po nim wybrano ...jego synową. Ciekawostka odnośnie nazwy miasta : Manda - to imię kobiece- córka, wedle legendy, wodza, Luyong zaś z kolei to wojownik , wybranek jej serca, którego nie zaakceptował ojciec Mandy.
Ach, te dynastie na Filipinach. Prezydentem jest syn eksprezydenta. Wiceprezydentem - córka byłego prezydenta (poprzedniego zresztą). Syn kolejnego prezydenta jest senatorem. Itd, itp.
Ciekawe polityczne życiorysy. Juan Ponce Enrile Zmarł dopiero co- 13 listopada 2025 w wieku 102 lat. Absolwent Harwardu. Szef MON. Jeden z dwóch najbardziej zaufanych ludzi prezydenta Marcosa seniora. Codziennie przychodził na cztery, pięć godzin do kancelarii prezydenta, gdzie pracował jako szef Zespołu Prawnego. Był "w robocie" każdego dnia jeszcze kilka tygodni przed śmiercią, a więc dobrze po "setce". W jego małym domku wciąż wisi fotografia przedstawiająca gospodarza z Henry Kissingerem. Paradoksy po filipińsku: on sam żył bardzo skromnie, ale już jego żona mieszkająca tuż obok korzysta z wielkiego domu. Minister słynął z dużej liczby kochanek, co wcale nie przeszkadzało mu ( kolejny paradoks?) zbudować przed swoim domostwem...mini- kościółka. Na pewno jednak udały mu się dzieci. Był trzykrotnie uwięziony, ostatni raz ,gdy miał 90 lat. Na ochotnika w więzieniu spędzała z nim czas jego córka -Katrina. Była przy nim codziennie. Ponieważ istniała groźba zamachu na niego -nawet za kratami- nakrywała leżącego ojca dwoma kamizelkami kuloodpornymi...
Drugim - obok Juana Ponce Enrile- najbardziej zaufanym człowiekiem starego Marcosa był generał Fidel Ramos. I on był absolwentem prestiżowej amerykańskiej uczelni, tylko że wojskowej - West Point. Czy obaj doradzali Ferdinandowi Marcosowi , aby stał się najbardziej skorumpowanym władcą w dziejach Filipin ? W rankingu "TOP 10" korupcji na wyspach filipińskich Marcos od lat zajmuje pierwsze miejsce. Kolejni na tej liście są : na drugim jego żona Imelda Marcos , na trzecim prezydent Joseph Estrada ( a tak naprawdę Jose Marcelo Ejercito) . Skądinąd jego syn, senator Jose "Jinggoy" Estrada, obecnie aresztowany (za korupcje przy rozdziale środków na zwalczanie skutków powodzi na kwotę ponad 9 milionów dolarów) jest też w tej czołowej dziesiątce - na miejscu siódmym. Żeby było ciekawiej pierwszą korupcyjną "dziesiątkę" zamyka obecna wiceprezydent Sara Duterte -córka poprzedniego prezydenta kraju( to tak a propos dziedziczenia). Filipiny mogą też być "dumne", bo ich przedstawiciel znalazł się bardzo wysoko w TOP-10 najbardziej skorumpowanych polityków współczesnego świata -a w dziesiątce mają jako jedyne państwo aż dwóch rodaków! Na drugim miejscu tej "czarnej listy" jest Marcos -senior ustępując tylko sąsiadowi z Azji, prezydentowi Indonezji Suharto. Za eksprezydentem Filipin i ojcem obecnej Głowy Państwa są "reprezentanci" Afryki (Demokratyczna Republika Kongo w czasach, gdy był to jeszcze Zair ,ale też Nigeria),dawnej Jugosławii ,Haiti, Serbii,Peru ,Ukrainy (póki co tylko były premier Pawło Łazarenko, który dostał azyl w USA) i Nikaragui. "Dziesiątkę" zamyka Estrada -senior. Filipiny mocno zaznaczyły w tej klasyfikacji swoją obecność.
FILIPINY „NIEJEDNĄ MAJĄ TWARZ”
A jednak są i inni Filipińczycy. Dr Orly Mercado. Osiemdziesięciolatek. Profesor na Uniwersytecie Filipińskim. Był też, uwaga, ministrem obrony narodowej. Ma też firmę zajmująca się sprzedażą hot- dogów(jego wspólnikiem jest ...Polak!). Pochodzi z biednej rodziny. Ojciec był nauczycielem. Gdy miał czternaście lat poszedł do szkoły prywatnej. Nie stać go było na mundurek - składali się na niego rodzice jego kolegów z klasy. Gdy wygrał w szkole średniej stypendium w Waszyngtonie na lotnisko odwoził go szkolny autobus wypełniony uczniami jego szkoły -takie to było święto dla lokalnej społeczności. Po powrocie z USA na Filipiny pracował m.in.w radio. Został aresztowany I spędził rok w więzieniu za "nawoływanie do rewolucji" za czasów Marcosa. Założył fundację pomagająca chorym i biednym ludziom - pamiętał z jakiej biedy sam wyszedł. Od lat 1970-ch prowadził program telewizyjny - pierwszy w dziejach filipińskiej TV z tłumaczeniem na język migowy. Na przełomie lat 1980/1990 wygrał wybory do Senatu - zapewne fakt, że był "osobowością telewizyjna" bardzo do tego się przyczynił. Dziś podkreśla, że zrobił to nie wydając ani jednego peso na kampanię. Szefem MON został w rządzie prezydenta Estrady i był nim przez dwa i pół roku. Potem z kolei był w gabinecie Glorii Macapagal - Arroyo, ale tylko... pięć dni, bo podał się do dymisji. Ma czwórkę dzieci: z pierwszą żonę troje i czwarte z drugą, młodszą o dwadzieścia lat, byłą szefowa Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na Azje i Pacyfik, która teraz pracuje w Honolulu. Minister Mercado zafascynowany jest Polską i "Solidarnością". W biurze ma nawet wywieszony cytat z Lecha Wałęsy.
Znowu w drodze. Serpentynami w dół, potem w górę. Wjeżdżam pierwszy raz do Prowincji Górskiej. Będę mógł ją porównywać do innych prowincji: Illocos Sur, Ifugao czy Nueva Vizcaya. Most Sumigar. Granicę między dwiema prowincjami: Ifugao a Górska można dostrzec bez patrzenia na drogowskazy. Po ...asfalcie. Zaczyna się on po stronie tej bogatszej: Mountains Province. Wita mnie wielka, na oko dziesięciometrowa figura Matki Boskiej z widocznym ... czerwonym pedicure ! Maleńki kościółek pod wezwaniem Niepokalanego Serca Maryi. Niestety, zamknięty na kłódkę.
Mimo, że właśnie przekroczyłem granice między dwiema prowincjami cały czas jestem w tym samym regionie: Cordillera. Składa się na niego sześć prowincji: Abra, Apayao, Kalinga, Benquet i już wspomniane Ifugao i Prowincja Górska. Ta ostatnia wita napisem:"Vivat Jesus". Pan Jezus zapewne jest neutralny w sprawie idei owych sześciu prowincji uzyskania statusu autonomii. Chcą tego politycy, ale mieszkańcy zdecydowanie mniej, skoro już dwukrotnie w referendach wypowiedzieli się przeciw. Decyzja ta i tak musi zostać zatwierdzona na szczeblu centralnym . Póki co tylko jeden region ma status autonomii : to muzułmańska Bangsamoro , w skrócie : BARM. To jedyna ziemia na Filipinach, która nie dała się skolonizować ani Hiszpanom ani Amerykanom. Na BARM składa się pięć prowincji: Lenao del Sur, Basilan, Maguindanao del Norte, Maguindanao del Sur i Tawi - Tawi. Za poprzedniego prezydenta Duterte zawarto w końcu porozumienie z miejscowymi islamistami, którzy regularnie przez lata walczyli o niepodległość. Kluczowym elementem tegoż porozumienia była cześć finansowa. Islamski region dostał ekstra z budżetu centralnego 100 miliardów peso rocznie (czyli 1,42 miliarda euro!) i do tego z obietnicą braku audytu tych pieniędzy! Cóż, rezygnacja z dążeń do niepodległości nawet za takie "sumy bajońskie”? Chyba, że nikt nie będzie kontrolował na co będą wydawane...
SAGADA I WISZĄCE TRUMNY
Stajemy na Bay -Yo. To tarasy ryżowe, ale nie objęte -nie tak ,jak te w Ifugao - patronatem UNESCO. Intensywna zieleń. Osada z piętrowym domami. To chyba najpiękniejsze tarasy ryżowe w tym kraju i to jeszcze z systemem nawadniania. Ściana lasu. I droga wśród ryżowych pól i poletek. Wreszcie miasto Bontoc. Masa motorowych riksz na maksimum dwie osoby. Drogowskazy wskazują miasto Sagada ,do którego jedziemy -18 kilometrów i Besao -26 kilometrów. Most Balitian. Most Almsong. Droga w wąwozie. Jedziemy nad przepaścią oparci o ścianę lasu. Z drugiej strony zieleń łamana przez czerwień. Cały czas pniemy się stromo w górę. I jest -Sagada. Punkt widokowy Pogo. Park Kiltepan na obrzeżach miasta. Wpadamy do restauracji w kształcie odwróconego domu na samym wjeździe do naszego celu podróży. Nazywa się "Bro's Inasal”, a miejsce Ampanga. Dookoła z każdej (!) strony las. Błękit nieba. Zielona ściana wzgórz i lasów. Białe chmury. Siwy dym w oddali. Czerwone dachy domów. Brąz ziemi i pni drzew. A góry płynnie przechodzą w chmury.
Sagada. Kościół. Knajpki. Pokoje do wynajęcia, jak w Manili i Lagawe. Sklepy. Straż Pożarna. Restauracje. Salon masażu. Targ owocowo-warzywny. Szpital (drewniany). Posterunek policji. Stragany z odzieżą. Bank rolniczy. Centrum informacji turystycznej (uwaga: obowiązkowo trzeba się zarejestrować, ja też to czynię). Hoteliki. Sklepiki. Bankomaty. Miejsca transferu pieniędzy. Miejsca, gdzie można się ubezpieczyć. Showroomy(!). Grafitti. Krążące motorowe riksze. Sklepy z pamiątkami -to miasto żyje z turystyki! Wielopiętrowe, ale przeważnie wąskie domy.
Wreszcie Kościół Matki Boskiej Niepokalanej Dziewicy. Założyli go amerykańscy misjonarze w XIX wieku. Czas na godzinny spacer z przewodnikiem. Nazywa się Hyner A. Pangoden. Przed nami główna atrakcja turystyczna: bardzo rozległy cmentarz z ...wiszącymi trumnami ! To ewenement na skalę światową. Nazwa tego miejsca to Paytokan. Jednak na początku cmentarza jest symboliczny grób weteranów II wojny światowej. Policjanci z mojej ochrony robią sobie przy nim zdjęcia.
Wiszących trumien w Dolinie Echa ( Valley Echo)jest ponad 100. Ja mogę dotrzeć do miejsc, gdzie obejrzę ich ze 20-30. Ostatnie takie pochówki były w latach 2005-2007-2010. Wynotowuje nazwiska osób, cóż, trudno jednak powiedzieć ,że "pochowanych", raczej, przepraszam, "powieszonych" ,bo ich doczesne szczątki przecież znajdują się w trumnach, które wiszą. Oto Sumbag pochowany(?) został w roku 2007 i Bomit -Og, którego pogrzeb był dwa lata wcześniej. T
Kto z umarłych "zasługiwał" na taki pochówek? Ci co chorowali, ginęli w wypadkach lub popełniali samobójstwo. Pierwsze trumny, sprzed sześciuset lat zawieszone są bardzo wysoko. W zasadzie to chyba niemożliwe, aby tego mógł dokonać człowiek pozbawiony specjalistycznego sprzętu. Jak to więc wytłumaczyć? Tylko tym, że przez te wieki musiała obniżyć się ziemia.
JEZUS NA LINIACH WYSOKIEGO NAPIĘCIA
Po obcowaniu ze zmarłymi wieki temu i przed kilkunastoma laty chwila zadumy w kościele założonym przez Jankesów półtora wieku wstecz. Długa świątynia z efektownym granatowo-niebieskim witrażem. Dwa rzędy ławek, po dwadzieścia sześć ławek w każdym. W bocznej nawie ukrzyżowany Jezus Chrystus. Za ołtarzem - podobnie. A mi to przypomina polskie kościoły sprzed dekad.
Przy wejściu do świątyni lista sponsorów cotygodniowej "pakapi". To w języku tagalskim oznacza po prostu ...kawę. Chodzi zatem o coś na kształt "agapy" po niedzielnej mszy świętej. Przy szóstej czy siódmej ławce leży ...pies. Cóż, też stworzenie Boże. Dwa inne jakby czuwają przy wejściu do kościoła.
Był czas dla ducha. Teraz czas dla zdrożonego ciała: restauracja "Salt & Pepper". Nie rekomenduje: strasznie długo się czeka, a kiszki marsza grają. Przy okazji dyskusja o ...osobach transpłciowych. W Manili są one ponoć bardzo widoczne. Jest ich dużo w telewizji. W ten sposób stają się wzorcami do naśladowania dla młodych. Tutaj, w Sagadzie jest ich mniej, ale też można ich spotkać. Choćby w ...knajpie, w której jestem.
 Na słupie linii wysokiego napięcia, ale też na blaszanym sklepiku transparenty z religijnym hasłem : "Jesus- the only one who has the power to save". Robi to wrażenie. Hasło nie wisi na kościele, nie powiesili go księża, tylko spontanicznie wierni. Ciekawe. Mądrość ludu?
Jednak raptem dwieście metrów od owych haseł widzę ...ogłoszenie Świadków Jehowy. Takie same widziałem w Hungduang. To tam, gdzie jest opisywany przeze mnie "podniebny" szpital.
100 KILOMETRÓ W TRZY I PÓŁ GODZINY SAMOCHODEM…
Niespełna jeden dzień w mieście Sagada. Ekscytujące miejsce. Tylko ten powrót! Jadę do miasta Tinoc odległego stąd tylko o 101 kilometrów. A GPS pokazuje, że będziemy jechali 3 godziny i 33 minuty ! I GPS nie kłamie. Nawet jeśli poprzedzający nas wóz policyjny będzie nam torował drogę to i tak przelicznik kilometrów do godzin wystawia złą opinię filipińskim drogom.
Jedziemy bardzo, bardzo powoli . Słusznie: jest niesłychanie stromo. Miasto Sabangan. Slalom na drodze w deszczu. Nie myślałem, że można tak wolno jechać. Ale to konieczność. Po prawej setki metrów wiszących skał - i tylko częściowo zabezpieczone są one specjalnymi siatkami
Po lewej przepaść. Dlatego czołgamy się, a nie jedziemy. Ale niezmiennie w górę i w górę - w dwa auta: policyjne z przodu i nasze. Policja jest ze mną, z nami cały czas, osiem dni. Przy wyjeździe z miasta dodatkowe ekipy obstawiają drogi wyjazdowe. Są pomocni i życzliwi ponad swoje rozkazy.
Osiągamy Tinoc. To dobre słowo, bo najwyżej położona droga publiczna na Filipinach liczy 7968,07 stóp, czyli dokładnie 2428,66 metrów nad poziomem morza. Nasz najwyższy szczyt -Rysy są wyższe raptem o 61 metrów, tylko że na nie nikt samochodem nie wjedzie, jak tu. Jest wysoko i zimno: t-shirt plus bluza dresowa nie wystarcza. Jest punkt widokowy z pięknym widokiem, ale nie ma żadnej infrastruktury turystycznej: baru, sklepu z pamiątkami, hoteliku. Jakby Filipińczycy nie zrozumieli, że mają w swoich rękach mocne atuty dla turystów. Sami nie wiedzą, co posiadają? Porównuje to z lodowcem w pobliżu Mont Blanc: gigantyczne kolejki do turystycznych szlaków ,siermiężny hotel, bardziej przypominający nasze schroniska w górach ,ale oblegany przez chętnych do przenocowania nawet w spartańskich warunkach i zawsze pełna knajpa.
Tu też są tarasy, ale już nie ryżowe, tylko...kapuściane. Przed 15 laty wszystkie znajdujące się tu pola ryżowe zostały zamienione na warzywne(wegi).
WESELE W TINOC
Zostałem zaproszony na prawdziwe filipińskie wesele! Właśnie w Tinoc. Żeni się jeden z miejscowych radnych, który był na uroczystościach 60-lecia powstania prowincji Ifugao, na których przemawiałem. Jestem zaskoczony, bo ... przypomina mi wesela w Polsce! Podobne tańce, podobne, gdy chodzi o rytm piosenki. Choćby to, jak ludzie tańczą razem: pary tworzą korowód i przechodzą pod nim, zupełnie jak u nas. Samochód pary młodych jest czerwony ( Toyota Inova) , przepasany białymi wstęgami. Na wesele przyjeżdżam spóźniony i szybko dostrzegam, że znużyło ono co poniektórych, którzy śpią snem sprawiedliwego na krzesłach. Widziałem i to nieraz na polskich weseliskach.
Wesele trwa cały dzień. Rano gościem był gubernator, po południu jestem ja. Ja w celach poznawczych, szef prowincji w celach zapewne wyborczych, bo za dwa lata kończy mu się trzecia pod rząd kadencja gubernatorska i w Ifugao wieść gminna niesie, że będzie kandydować do parlamentu, do Izby Reprezentantów. Po weselu miejscowy burmistrz Samson C. Benito, sprawujący swój urząd od roku, zaprasza mnie do ratusza, o ile tak można nazwać jednopiętrowy, skromny budyneczek. Doceniam gest: jest sobota, późne popołudnie i urząd otworzył specjalnie dla mnie i towarzyszących mi gości z Manili. Burmistrz częstuje miejscowymi... jagodziankami i od razu robi się swojsko. Po lewej od jego biurka wisi portret, a raczej plakat prezydenta Ferdinanda Romualdeza Marcosa juniora. Wyjeżdżamy gdzieś koło dziewiętnastej. Chmury nad nami żegnają się z dniem. Schodzą niżej i niżej i witają się z wierzchołkami gór. W efekcie niebo jest malowniczo czerwono-niebieskie w tej właśnie kolejności. Teraz poruszamy się wertepami w dół przez monumentalne kałuże i wyboje. To rezultat niedawnej lawiny błota i kamieni. Przedrzeć się przez to mogą tylko auta terenowe, a i to z najwyższym trudem. Nasze samochody chwilami funkcjonują niczym amfibie. Potem przez długi czas jedziemy krętą drogą wzdłuż wiszących skał maksimum dwadzieścia kilometrów na godzinę! Czasem wygląda to tak, jakby przemieszczały się ślimaki. Tylko pikniku nie ma, jak w filmie "Piknik pod wiszącą skałą". Nagle dostrzegam tłum ludzi wpatrzonych w jednym kierunku, są młodsi i starsi. Myślę w pierwszej chwili, że to mecz, bo trwa przecież Mundial. Nie, to nie mecz. Trwa msza święta na powietrzu.
 Chmury żegnają się z dniem. A ja żegnam się z Filipinami. Wyjątkowym krajem kontrastów społecznych i niesamowitych krajobrazów, krajem ciekawych ludzi i społeczeństwa, które dopiero musi uwierzyć w siebie.
Filipiny. Tak daleko-a tak blisko.

Tekst ukazał się w miesięczniku "Opinia"

historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII, VIII i IX kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister - członek Rady Ministrów, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka