121 obserwujących
3511 notek
1668k odsłon
254 odsłony

Jestem staroświecki i lubię „po bożemu”

Wykop Skomentuj6

Dziś w Toruniu żużlowe święto - SEC czyli Speedway European Championship czyli Indywidualne Mistrzostwa Europy na żużlu. Odbędą się one - już po raz czwarty z rzędu, poczynając od roku 2016 - pod moim patronatem honorowym. Z tej okazji dziś zamiast tekstu czy wywiadu stricte politycznego proponuje Państwu lekturę rozmowy ze mną, jaka przeprowadził redaktor Wojciech Koerber. Ukazała się ona w popularnym, branżowym portalu żużlowym „pobandzie.pl”. Życzę miłej lektury i dużo emocji w związku z dzisiejszymi zawodami o tytuł mistrza Starego Kontynentu w Polsce, w Toruniu. 

 

Europoseł Ryszard Czarnecki, mecenas polskiego i światowego żużla, ma już na tegorocznym liczniku tysiące kilometrów, które pokonał w pogoni za sportową pasją. Ma też swoich torowych ulubieńców, spostrzeżenia, krytyczne uwagi. No i odsłania przed nami rodzinne tradycje…  

Czy europoseł Czarnecki zna słowo – urlop? Bo z tego, co obserwuję, to niekoniecznie…  

- Akurat poprzedni weekend rzeczywiście miałem absorbujący. W sobotę wieczorem byłem w przedmeczowym i pomeczowym studiu Polsatu w związku z meczem siatkarzy Polski i Rosji w Lidze Narodów, stamtąd, po chyba trzech godzinach snu, udałem przez Jasną Górę do Leszna na finał IMP. Z kolei z Leszna wróciłem przed godz. 3 w nocy, by wczesnym rankiem biec już na audycję radiową.   

To co z tym urlopem? 

- W tym roku na pewno nie będzie. Mamy, że tak powiem, dyspozycję, by odpuścić urlopy na rzecz kampanii wyborczej. Ale w zeszłym roku udało się pojechać z żoną na parę godzin.  

Na parę godzin?! A to dobre, pasuje mi do takiego pracoholika, jak Pan. 

- Boże, co ja mówię. Na parę dni! Pardon – przejęzyczenie, podświadomość albo zmęczenie.  

Szkoda, byłby to hit, choć pewnie nie recepta na udane pożycie małżeńskie. Wyskoczyć z żoną na urlop na parę godzin… Brzmi zabawnie.  

- Nie, nie. Pojechaliśmy do Indii. Podróż życia, ciekawy, wyjątkowy kraj. 

A kiedy zamierza Pan zwolnić? 

- Panie redaktorze, decyzja została już podjęta. Otóż stanowczo zamierzam zwolnić po śmierci. 

No ale żużel to co innego. Tu nie ma co odpuszczać. Jak wrażenia po leszczyńskim finale IMP? 

- Ja przede wszystkim nie ukrywam, że bardzo cenię sobie w sporcie romantyzm. Zatem gdy zawodnik wygrywa w wieku 35 lat swój pierwszy turniej Grand Prix, a później sięga po tytuł mistrza Polski, objeżdżając aktualnego wicemistrza świata i wicemistrza sprzed lat dwóch, gdy dołącza do panteonu legend, to ja się bardzo cieszę. Tym bardziej, że za faworyta turnieju uchodził Bartek Zmarzlik. W moim biurze poselskim wiszą plastrony dwóch zawodników: Kołodzieja właśnie i Jarosława Hampela. Zatem mam do Janusza sentyment. Gdy wygrywa, to bardzo mnie to raduje, zresztą nie jestem jedyny. To widać i czuć, że Kołodziej uchodzi za bardzo lubianego zawodnika. Nawet gdy odchodził z Leszna, to w taki sposób, że nie było żadnych kontrowersji. To też umiejętność w życiu.  

Marek Cieślak nie zabrał jednak mistrza Polski do Togliatti, zresztą już dużo wcześniej musiał wytypować kadrę. Inna sprawa, że Kołodziej zdobywał swoje cztery tytuły w Tarnowie (dwa) i Lesznie (dwa), a więc w domu. A Togliatti domem nie jest.  

- Pewnie nikt nie sądzi, że Kołodziej zostanie mistrzem świata. 

Muszę przerwać. Otóż liczby go bronią… Przecież, jak Pan wspomniał, Janusz wygrał praską Grand Prix, a historia pokazuje, że w ostatnich 15 latach aż dziewięciu zwycięzców z Markety sięgało później po tytuł. Zresztą mogło być ich więcej, bo przecież w 2017 roku Jasona Doyle’a złota pozbawiła tylko kontuzja.  

- Statystyka, statystyka, niemniej Janusz nie jest raczej typem Hancocka, który regularnie zwyciężał po czterdziestce. Ale to zawodnik, który potrafi błysnąć. Taki jego urok. To tylko dodaje dyscyplinie kolorków.   

A kogo Pan by zabrał do Togliatti? 

- Lubię Marka Cieślaka, mimo jego niewyparzonej gęby, więc nigdy nie będę publicznie jego wyborów kwestionował. Myślę, że są dość racjonalne.   

Ale Pana na Togliatti nie powołał… 

- Bo ja się szykuję do Tauron SEC 2019 na Motoarenie. Ta impreza odbędzie się pod moim patronatem, 27 lipca, ale już w poniedziałek muszę być na konferencji prasowej w Toruniu. Z kolei dzień po rundzie IME będę już we Wrocławiu na pojedynku Betard Sparty z jadącym sensacyjnie MrGarden GKM-em Grudziądz. Nota bene, mój dziadek Henryk Karol Czarnecki był za czasów II Rzeczypospolitej dyrektorem teatru w Grudziądzu. Bo u mnie w rodzinie wszyscy pierworodni otrzymywali imię Henryk. Dopiero moja mama przeforsowała Ryszarda, ale tata odbił na swoje w obronie tradycji rodzinnej na moim chrzcie, gdzie dostałem imiona Henri Richard. Tak właśnie, bo chrzczony byłem w Belgii.  

Mnie z Grudziądzem kojarzy się żartobliwe przekomarzanie Piotra Barona z Artiomem Łagutą po ostatnim meczu Fogo Unii i GKM-u w Lesznie. Mianowicie Rosjanin powiedział menedżerowi tak: „Dajcie nam tych dwóch juniorów i zobaczymy wtedy, jaki będzie wynik.” Prawda, że powstałby niezły dream team w Grudziądzu? 

Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport