164 obserwujących
1961 notek
4746k odsłon
3072 odsłony

Tę wigilijną opowieść dedykuję Oldze Tokarczuk

Wykop Skomentuj87

Motto: Olga Tokarczuk odkryła ponownie POLON, jako kulturowy pierwiastek promieniotwórczy na zło tego świata (komentator piszący pod nickiem @Żywica)

Ilustracja muzyczna -  https://www.youtube.com/watch?v=tWM8-j5N7Q0&feature=youtu.be (słowa: Szymon Mucha; muzyka: Zbigniew Preisner; wykonanie: Beata Rybotycka)

Olga Tokarczuk rozpoczęła swój noblowski wykład od wspomnienia swojej mamy, więc postanowiłem Jej coś opowiedzieć.

Przed kilku laty, w południowej porze, zmęczony niemiłosiernym lipcowym upałem przycupnąłem przy statuetce Piotra Skrzyneckiego, u wejścia do ażurowo przeszklonej kawiarenki Vis-à-vis w Krakowie. Chciałem, jak zwykle pogadać chwilę z kolegami o niczym, co się jeszcze zdarza jedynie w Stołecznym Królewskim Mieście Krakowie, gdzie pośpiech poniża. Chcąc ugasić pragnienie zamówiłem zamaszyście duże piwo, a gdy dopijałem duszkiem ostatni łyk poczułem, że świat się dziwnie kołysze. Chyba się trochę wstawiłem – oznajmiłem kumplom, a oni mi poradzili, żebym poszedł pod Ratusz, bo tam jest ludowy kiermasz, gdzie stary góral za darmo częstuje kwaśnicą.

Gdy odnalazłem góralskiego dobroczyńcę i spytałem o kwaśnicę, mocno nagrzany gazda mruknął: „zupy juz nimom, ale kupcie se panie sopke” i zaczął grzebać w parcianym worku. „Paccie ino panie jako pikna, som jom wystrugołem z lipowego klocka” – zachwalał gazda. „No, co pan? Przecież nie będę w lipcu szopki kupował” – powiedziałem na odczepkę, ale gazda nie odpuszczał: „Nie załujcie panie dutków, bo to je sopka zacarowana”. A ile za nią chcecie gazdo? – spytałem dla hecy. „Trzy stowki za niom kciołem, dyć dlo wos kwaśnicy nie było, to wom na dwie stowki spusce” – kusił gazda. Dzień był piękny, piwo szumiało w głowie, obudziła się we mnie polska ułańska natura, więc pomyślałem, że żyje się raz i kupiłem szopkę, którą gazda zawinął w gazetę i związał konopnym sznurkiem.

W drodze do domu piwo mi z głowy wywietrzało, a ja mruczałem do siebie pod nosem: „Oj! Głupi stary capie! Nie dość, że ci się w taki skwar piwa zachciało to jeszcze dałeś się cwanemu góralowi na dwie stówy wyrolować”. Zaś po powrocie do domu upchnąłem nierozpakowaną szopkę w pawlaczu, by mi nie przypominała mojego frajerstwa.

Aż nadeszło Boże Narodzenie i jak co roku choinkę kupiłem. Pora ubrać to drzewko - pomyślałem i przystawiłem krzesło do pawlacza, skąd wyjąłem przedwojenne pudło po butach od Baty przewiązane wstążką. Usiadłem w fotelu, rozwiązałem kokardkę i delikatnie uniosłem tekturowe wieczko. Czegóż tam nie było?! Na wierzchu leżał szpic, który Tata, co roku uroczyście nabijał na czubek jodłowej choinki. Był też kolorowy łańcuch, który kiedyś własnoręcznie babcia posklejała. Ozdobny krzyżyk ze szklanych paciorków nanizanych na jedwabną nitkę przechowany w rodzinie od kilku pokoleń. Porcelanowe krasnale w czerwonych czapeczkach, koszyczki z poziomkami i kiście winogron. A także niezdarnie sklejone aniołki, które przed laty wycięliśmy z bratem z celofanu, i pająki, srebrzysto-złote warkocze anielskich włosów, wyleniały pajac od wuja, co zginął w Katyniu, i kilka barwnych bombek polukrowanych obficie błyszczącym brokatem...  Długo się wpatrywałem w rodzinne pamiątki biorąc każdą z osobna do ręki delikatnie, jak ksiądz hostię w czasie podniesienia, bo sobie uświadomiłem, że największym moim skarbem jest to pożółkłe pudełko, w którym zamknęło się moje dzieciństwo, ów szczęsny czas, kiedy byliśmy szczęśliwi, jak już nigdy potem, gdy w roku 1952 tatę za AK wykończyła ubecja.

Kiedy kończyłem ubierać choinkę przypomniałem sobie o szopce, którą w lecie kupiłem od starego gazdy. Wygrzebałem ją tedy z pawlacza, rozpakowałem i postawiłem pod choinką po omacku, bo w międzyczasie zapadł ciemny grudniowy wieczór. A jak zapaliłem choinkowe lampki stał się cud grudniowej nocy przedświątecznej, bowiem w blasku kolorowych kinkiecików zobaczyłem, jakie cacko kupiłem od góralskiego Artysty. Toż to bożonarodzeniowe szczęście wystrugane z lipowego klocka! - pomyślałem z zachwytem. Od rozświetlonej szopki biło ciepło, jakie zapamiętałem z dzieciństwa, gdy w naszym starym domu, co rano, Mama rozpalała piec. I zdało mi się, że Ją widzę, jak rano zagląda w ciemnawą czeluść paleniska, gdzie pod warstwą popiołu tli się jeszcze kilka blado pomarańczowych węgielków, a ona wygrzebuje z dna wiadra wyszczerbioną szuflą bryłki węgla układając je ostrożnie na wystygłym ruszcie i przymyka żeliwne żebrowane drzwiczki dmuchając wprawnie w palenisko, aż wygasłe ogarki ożyją i rozbłyśnie pierwszy nieśmiały płomyk. I raptem piec złapał cug i jęzory złotawych płomieni wystrzeliły w górę oblizując szamotowe cegły. Zdało mi się, że znów się przytulam do fajansowych kafli wsłuchując się w melodię buzującego ognia. Uwielbiałem ten odgłos, bo dawał mi poczucie bezpiecznego domu i beztroskiego dzieciństwa. Zdało mi się, że znów czuję atłasowe ciepło kaflowego pieca.

Wykop Skomentuj87
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości