169 obserwujących
2185 notek
5139k odsłon
1730 odsłon

Mój Boże! Piotr Szczepanik umarł!

Moja klasa licealna. Rok 1960
Moja klasa licealna. Rok 1960
Wykop Skomentuj36

Dziś myślę, że już wtedy, kiedy byle buraczany milicjant mógł postawić w parku na baczność grupę młodych ludzi za to, że wyrzeźbili ze śniegu posąg boskiej Wenus, co nota bene z pewnością spodobałoby się dzisiejszemu ministrowi Ziobro, a na szkolnych lekcjach musieliśmy wysłuchiwać, co wówczas nawijał Gomułka i jego zadziwiająco liczni poplecznicy zrozumiałem, że naszych polskich spraw nie sposób traktować poważnie. Że trzeba wyrobić sobie filozofię traktowania polskich spraw na luzie. Chodziło głównie o to by walczyć z komuną, nie popadając jednak w nutę martyrologiczną, co większość naszych rodaków ma niestety we krwi. A więc nie biadolić, myśleć niezależnie i z humorem się starać tym naszym nieszczęściem mimo wszystko bawić. Bo instynkt mi podpowiadał, że traktowanie takich wybryków historii z nadmierną powagą prowadzi w prostej linii do zgubnej maniery mędliwej upierdliwości nieprzyjaznej ludziom. A jak czas pokazał, dzięki tej filozofii udało mi się przeszwarcować młodość, jeżeli nie na zawsze to na bardzo długo.

Niezapomnianą postacią tej dziwacznej szkoły był profesor Pietras, - prze-porządny człowiek, który prócz biologii uczył nas również życia i swoistych manier. Ten zakręcony belfer cierpiał na manię skrótów. Polegało to na tym, że jeśli normalny pedagog mówi do swych uczniów: - „Dzień dobry, proszę się przygotować, będziemy teraz pisali ćwiczenie sprawdzające ”, - pan profesor Piertas wyrażał to samo mniej więcej w ten sposób: - „Stop! Błysk! Cwicz! Sprawdz! Pisz! ”, - i wszyscy musieli wiedzieć, o co mu chodziło. Pamiętam jak kiedyś wychowawca klasy zobaczył w dzienniku przy nazwisku Mamcarczyk uwagę profesora Pietrasa, zapisaną skrótowo: „Oł./Pi.”. Skrót ten rozszyfrował metodą dedukcji i zapytał wójta, który musiał wiedzieć, co się w klasie działo, dlaczego uczeń Mamcarczyk pisze na biologii ołówkiem. Na co wójt stanął na baczność, bo tak było nakazane, i wyrecytował: - „To nie tak jak pan myśli panie profesorze, bo „Oł.” - to brak ołówka, a „Pi.” - to panie profesorze - koszula jak pidżama ”. Tu muszę Państwu wyjaśnić, że do szkolnych mundurków trzeba było nosić wyłącznie koszule gładkie, a Mamcarczyk dostał w paczce z Ameryki koszulę w chabrowe palmy, w jakiej wtedy Elvis Presley śpiewał swoje słynne Blue Hawaii.

Pewnego roku, nakazem Ministra Oświaty, poszerzono szkolny program o nowofalowy przedmiot nazwany „Higieną”, którego miał nauczać profesor biologii. Przenigdy nie zapomnę jak poczciwy Pietras rozpoczął pierwszą lekcję higieny w taki oto sposób: - „Stop! Batiarygi! Moja mama - twoja mama, moja siostra - twoja siostra, moja kuzynka – twoja kuzynka, regularnie, co dwadzieścia osiem dni – O W U L U J Ą - Pisz!!! ” - wystraszona klasa notowała wstydliwie, a Pietras grzmiał dalej: - „A jak przyjdziesz kretynie po lekcjach do domu i zobaczysz tłumoku, że twoja mamusia właśnie zaniemogła, to nie drzyj się chamie od progu, co jest do jedzenia, tylko przyłóż mamusi na czoło kompresik i weź sam sobie obiad! – Zrozumiano?? ” – TAAAK! – Beczała skrzekliwie klasa, bo wszyscy byli właśnie świeżo po mutacji. W ten właśnie sposób pan profesor Pietras już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku wprowadzał swoich uczniów do nowej Europy próbując nas nauczyć światowych manier i szacunku dla kobiet. Ale, ten zakręcony belfer był wielką osobowością tej szkoły i wspaniałym człowiekiem, bo w tamtych czasach, za co groziło, jeśli nie więzienie to utrata pracy, miał odwagę nam mówić głośno na lekcjach: „Pan Oparin. W każdym calu Europejczyk. Co jednak nie znaczy panowie, że Sowieci kreują światową naukę ”.

Inną manią Pietrasa było obsesyjne sprawdzanie szkolnych czapek. Pewnego dnia Mamcarczyk pragnąc zaszpanować przyszedł do szkoły z gołą głową. Ponieważ profesor Piertas od samego rana czatował przy bramie, ktoś rzucił Mamcarczykowi czapkę przez okno. Niestety, czujne oko Pietrasa od razu dostrzegło, że czapka jest za mała, co się skończyło wezwaniem mamusi do szkoły. Gdy pani Mamcarczykowa przyszła na biologię w wyznaczonym terminie, Pietras przegadał z nią całe czterdzieści pięć minut, po czym tuż przed dzwonkiem powrócił do klasy i odezwał się do nas tymi oto słowy: - „Panowie! Po prostu nie wytrzymam! Chyba mnie szlag trafi! Widzieliście sami! Pani Mamcarczykowa, przeurocza kobieta ciężko harująca od świtu do zmroku musi przyjść do szkoły. - A czemu? Bo ten fasoniarz Mamcarczyk, co ma łeb jak ceber, sprawił sobie czapkę jak na krasnoludka. - A po co? Żeby kusić dziewczyny wysmarowaną brylantyną plerezą! ” – tu młodszym z Państwa wyjaśniam, że plereza była to modna fryzura „na Elvisa Presleya”, w kształcie fali z grzywaczem łamiącym się dziesięć centymetrów przed czołem, utwardzanym na żelu z zagęszczonej brylantyny.

W naszej niesfornej klasie od samego początku zaznaczył się podział na małą grupkę prymusów, kujonów, fajtłap i lizusów i znacznie liczniejszą ferajnę z natury inteligentnych leni i nieuków. A jak później życie pokazało, że ci pierwsi przeszli przez życie w cieniu, zaś z grupy „czarnych owiec” wyrosła plejada błyskotliwych karier. Z grona klasowych birbantów wykwitła z czasem kompania zwana bankietową. Była to elitarna, z natury hulaszcza, sfora bystrych uczniów z wrodzoną kindersztubą i wybitnie luzackim podejściem do życia. Ta świetnie zgrana paczka, do której, a jakże by inaczej, również należałem, spędzała większość czasu na nieustających balangach zwanych w tamtych czasach prywatkami, montowanych pod nieobecność rodziców metodą „last minute”, w mieszczańskich domach starego Krakowa, w większości profesorskich, lekarskich, adwokackich... Pamiętam, że gro tych prywatek odbywało się w starym krakowskim mieszkaniu pana profesora Cholewy, ojca naszego koleżki, przeuroczego hulaki. Pan profesor, jako uznana sława polskiej medycyny bardzo często wyjeżdżał na różne kongresy, oczywiście z małżonką, a my mieliśmy chatę, gdzie się odbywały trudne do opisania juble. I właśnie tam, w trakcie jednej z birbantek, w prywatnym gabinecie pana profesora, pod jego ogromnym mahoniowym biurkiem, po raz pierwszy w życiu doświadczyłem, w czym leży jasna strona mocy niewieściego ciała.

By jakoś przetrwać szarzyznę komuny, ściągaliśmy na te prywatki panienki bynajmniej nie szare. Bywały, przeto modelki z podkrakowskich Zakładów Futrzarskich, zmanierowane córki miejscowych notabli, wyzwolone studentki krakowskiej Szkoły Teatralnej, pilnie strzeżone dziewoje z katolickiego Liceum Prezentek, i nieprzebrane gromady wchodzących nieśmiało w życie panien z dobrych domów, świeżutkich nowalijek, a w dni posuchy także szarych myszek, którym też się przecież coś od życia należało.

A wszystko to wirowało w desperackim tańcu pawi doby peerelu w rytmie rockendrola, który po falach radia z Luksemburga przebijał się z trudem przez brzęk zagłuszarek.



Zobacz galerię zdjęć:

"Umarła klasa" Tadeusza Kantora. Przedstawienie premierowe
"Umarła klasa" Tadeusza Kantora. Przedstawienie premierowe
Wykop Skomentuj36
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura