Wielką zasługą jest iść w stronę przeciwną, niż chmara niemająca świadomości, że podąża w złym kierunku
Wielką zasługą jest iść w stronę przeciwną, niż chmara niemająca świadomości, że podąża w złym kierunku
echo24 echo24
394
BLOG

Magia naszych polskich namiętności. Rzecz o kameleonowej obłudzie pisowskich ortodoksów

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 15
Bożonarodzeniowa refleksja

Motto: Wielką zasługą jest iść w stronę przeciwną, niż chmara niemająca świadomości, że podąża w złym kierunku

Wczoraj opublikowałem na Salonie24 wigilijno pojednawczą notkę zatytułowaną „Odpowiedź na świąteczne pytanie @Siukuma Balali ” , - vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/1272286,odpowiedz-na-pytanie-siukuma-balali .

Niestety, komentarze dodane do tej notki przez pisowskich ortodoksów bezsprzecznie wskazują, że jakiekolwiek, powtarzam jakiekolwiek pojednanie Polaków nie popierających partii Jarosława Kaczyńskiego z „ludem pisowskim”, - jest na obecną chwilę po prostu niemożliwe i poza wszelką kwestią, gdyż pisowscy radykałowie takiego porozumienia nie chcą, a jednym na co ich stać to wyzwiska, obelgi, złorzeczenia, pomówienia i kłamliwe insynuacje kierowane pod adres Polaków inaczej od nich myślących.

Zaś przyczyną tego stanu rzeczy jest kameleonowa obłuda zagorzałych sympatyków „Prawa i Sprawiedliwości”, co teraz postaram się Państwu wykazać na konkretnym przykładzie.

Otóż stali czytelnicy mojego blogu wiedzą, że jeśli tylko skrytykuję partię Jarosława Kaczyńskiego, miłośnicy PiS, w wyrazie zemsty i odwetu, - z braku racjonalnych argumentów w niewybredny sposób starają się obrzydzić i wyszydzić moją opublikowaną niegdyś na Salonie24 w odcinkach autobiograficzną powieść pt. „Magia namiętności ”, nazywając tę książkę: grafomanią, kiczem, ramotą, szmirą, badziewiem… długo mógłbym wymieniać.

Co warto zaznaczyć powieść wydaną drukiem z rekomendacji profesora Wydziału Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego Andrzeja Nowaka przez zacne krakowskie wydawnictwo prawicowe ARCANA, - vide: http://www.portal.arcana.pl/Te-niewiarygodna-historie-opisalem-ze-strachu-ze-swiat-moglby-sie-o-niej-nigdy-nie-dowiedziec-rozmowa-z-krzysztofem-pasierbiewiczem-autorem-powiesci-magia-namietnosci,1455.html .

Jednak najbardziej zasmucającym jest fakt, że ci sami obłudni blogerzy i komentatorzy Salonu24, którzy obecnie na rzeczonej książce psy wieszają, w czasie kiedy krytykowałem Platformę Obywatelską wręcz mnie na rękach nosili wychwalając „Magię namiętności” w komentarzach pod niebiosa, zaś mój blog nazywali wtenczas pieszczotliwie: „Kawiarenką u pana Krzysztofa ”, - co każdy może z łatwością sprawdzić. Tak. Tak. Okazało się, że obłudne zacietrzewienie polityczne pisowskich ortodoksów ma ogromny wpływ także na ich zmieniające się w zależności od kierunku politycznego wiatru, - gusta literaturoznawcze.

Nie jest tedy, ani łatwo, ani miło być niezależnym blogerem, bo za tę niezależność człowiek się naraża jednym i drugim.

Jutro Wigilia, więc zacytuję Państwu wigilijny fragment z „Magii namiętności ”.

Ale najpierw krótkie wprowadzenie. Akcja książki toczy się na przełomie lat 60/70. Wielka miłość studenta Krzysztofa do Ewy, top modelki Mody Polskiej, rozbija się o rafy PRL-u. Po rozstaniu z Krzysztofem Ewa zostaje żoną ambasadora Królestwa Belgii w Brazylii.

A teraz wspomniany fragment, cytuję:

Zbliżało się Boże Narodzenie 1975. Ewa siedziała z Bernardem przy śniadaniu. Wychowana w wigilijnym kulcie zastanawiała się, jak urządzić ten szczególny wieczór w upalnym brazylijskim tropiku.
– Czy oni tu mają w ogóle choinki? – zagadnęła Bernarda ocierając pot z czoła, gdyż mimo rannej pory żar już lał się z nieba.
– Nie sądzę, ale spytam dla pewności Luisesity – odparł dyplomata i poszedł do kuchni.

A jej przypomniały się polskie święta. Zawsze smutne, bo ojciec rzucony losami wojennymi do Anglii nigdy do Polski nie powrócił i wszystkie święta w dzieciństwie spędzały samotnie z mamą. Uświadomiła sobie, że choć smutno, zawsze było bardzo uroczyście i dostojnie. Szczególnie zapadło jej w pamięć przygotowywanie Wigilii. Wspominała, jak rano po całym domu rozchodził się zapach gotowanych z jarzynkami i suszonymi prawdziwkami buraków na wieczorny postny barszczyk. Jak kleiły razem z mamą uszka z grzybowym farszem, a na blasze kuchennego pieca pykała na wolnym ogniu jakimś cudem przez matkę zdobywana wędzona domowa szynka. Przypomniał jej się zapach oprawianych przez matkę karpi i rytualny obrządek, jak mama kładła na podłodze rybi pęcherz a ona rozdeptywała ów balonik, który pękał a charakterystycznym trzaskiem. I choć bieda wychylała nos z każdego kąta ciepło kuchennego kaflowego pieca i zapachy przygotowywanych potraw dawały poczucie bezpieczeństwa w wypełnionym miłością domu.

Otarła zwilgotniałe oczy i przyszły jej na pamięć czasy świąt spędzanych u Krzysztofa.

Nie wiedzieć, czemu przypomniała sobie, jak chodziła z Krzysztofem na tradycyjny bożonarodzeniowy opłatek do krakowskiej Piwnicy pod Baranami, gdzie każdego roku przed Bożym Narodzeniem wierne córy i synowie piwnicznego kultu, jak ptaki do gniazda ciągnęli przed Wigilią pod Barany, owej wyczarowanej przez Piotra Skrzyneckiego Mekki krakowskiej bohemy, gdzie, raz do roku, rozlegał się uświęcony trzask przełamywanego opłatka, a ludzie stawali się dla siebie mili, życzliwi i przez chwilę wolni przygnębienia ludzi zniewolonych pod sowieckim butem. 

Z rozrzewnieniem wspominała to bajeczne miejsce, gdzie każdego roku gości witał malowniczy stół świąteczny, jakże inny od wszechobecnej brzydoty siermiężnego czasu. Stół pięknie przystrojony wonnym sianem, jabłkami, orzechami i przycienionymi przez gości frykasami domowej roboty, a z pierwszą gwiazdką sfruwały z nieba piwniczne anioły czyniąc ten szczególny moment majestatyczną symfonią galicyjskiego snu nocy przedświątecznej. I wtenczas następował magiczny i przyjazny ludziom piwniczny obrządek, kiedy zebrani w kabaretowym lochu zniewoleni Polacy łamali się opłatkiem życząc sobie by ich Pan Bóg wyzwolił spod sowieckiej niewoli. A potem wszyscy wychodzili na płytę krakowskiego Rynku by się wsłuchać w melodię wrosłego im w duszę hejnału granego przez trębacza na wieży Bazyliki Mariackiej…

Bernard wrócił z zasmuconą miną.
– Marzenie ściętej głowy z tą choinką, ale Mario obiecał, że skombinuje wysoką drabinę i obetnie czubek któregoś z cyprysów okalających patio.
– Lepszy rydz niż nic – mruknęła Ewa pod nosem po polsku, bowiem nie wiedziała, jak jest „rydz” po angielsku.
– Co mówiłaś?
– Nic ważnego – odparła, przechodząc na angielski. – A co będzie z bombkami? Pewno też nie mają! – westchnęła. – Gdybym wiedziała, to bym, chociaż jedną przywiozła z Polski (…).
– Co tam słychać u naszej kochanej gosposi? – zagaił ubrany w biały smoking pan domu.
Kompletnie załamana Ewa stała na środku kuchni. Spojrzawszy na wyelegantowanego gospodarza, wytarła ręce w fartuszek i dała upust rozpaczy:
– Bernard! Ja już dłużej tak nie mogę! – rozbeczała się jak dziecko.
Rozmazany makijaż spływał jej po policzkach.
Hm! Hm! – chrząknęła wymownie służąca Isaura obrzuciwszy swoją panią tryumfującym spojrzeniem. Dyplomata pocieszał jak umiał:
– Ale co za problem?! Barszcz się nie udał? Każdemu się może przytrafić! Zaraz poproszę Isaurę o pomoc! Ona z pewnością coś poradzi, kochanie!
Tego już było dla polskiej gospodyni za wiele. Miarka się przebrała. Ewa usiadła ze szlochem na kuchennym taborecie:
– Nie, Bernard! To wszystko nie ma sensu! Chcę wracać do Polski!
W końcu zasiedli do stołu.
Isaura na poczekaniu upichciła jakieś brazylijskie danie.
– Nawet opłatka nie ma! – rozżaliła się Ewa i załamała się do reszty.
– Prezenty! Dzieci! Prezenty! – krzyknął desperacko Bernard wyczuwając wiszącą w powietrzu tragedię.
– Wow! – zachwycił się Xavier, rozrywając elegancko zapakowane pudło, z którego wyjął wyścigowe auto!
– Och! Ale piękna! – zapiała Marynka, przytulając do piersi złotowłosą lalkę.
Dzieci porwały prezenty i pobiegły do swojego pokoju.
– Trzeba je zawołać! Przecież to Wigilia! – obruszyła się Ewa.
– Nie męczmy ich! Straszny dzisiaj upał!
– Jak uważasz! – poddała się zdawszy sobie sprawę, że już po Wigilii (…)

Bernard nalał szampana.
– Kochanie! – zaczął uroczystym tonem. – Jesteśmy już ze sobą tak długo, że czas pomyśleć o...
– Możesz mi nalać wiśniówki? – weszła mu w pół słowa przeczuwając, co chciał powiedzieć.
– Nie pij w taki upał mocnego alkoholu – upomniał ją delikatnie.
– Możesz?! – powtórzyła obcesowo.
W chwili, gdy jej podawał kieliszek ze szkarłatnym trunkiem odezwała się ze spuszczonym wzrokiem:
– Bernard! Ja muszę ci coś powiedzieć.
– Coś ważnego? – zaciekawił się dyplomata.
– Bardzo! – spłoniła się.
– A cóż to takiego?
Wychyliła kieliszek.
– Nalej mi jeszcze! Proszę!
Gdy spełnił jej życzenie zebrała się w sobie i oświadczyła kategorycznym tonem:
– Bernard! Już zdecydowałam! Proszę cię, żebyś kupił dla mnie i Marynki bilety na samolot do Polski.
Po raz pierwszy, odkąd go poznała nie zapanował nad sobą i wybuchnął:
– Tyle mi masz do powiedzenia po tym, co dla was zrobiłem?!
– Chcę wracać do Polski! – powtórzyła z naciskiem.
– Wybij to sobie z głowy! – wrzasnął.
– Radzę ci, byś mnie posłuchał! – zagroziła lodowatym tonem.
Bernard zmienił się na twarzy i zasypał ją gradem pytań:
– Ale dlaczego chcesz wracać, do jasnej cholery! Za Boga nie mogę pojąć, co właściwie cię tam ciągnie?! Wytłumacz mi! Po co chcesz tam jechać? Do tego brudnego, przygnębiającego kraju, gdzie zima jest dwa razy dłuższa od lata! Gdzie nie ma żadnej nadziei na przyszłość, a ludzie się nienawidzą, cały czas narzekają i prawie nigdy się nie śmieją! Możesz mi to wyjaśnić?!
Ewa szukała słów.
– Wiem, że mnie wyśmiejesz i od razu wytoczysz setkę argumentów, ale ja tę Polskę kocham! Taką, jaka jest.
– Ale za co?! Na litość boską! – uniósł brwi.
– Merde! – zaklęła po francusku. Czy wszystko musi być za coś? – spojrzała na niego z pogardą.
– No – żachnął się. – Myślę, że to oczywiste!
– A ja wręcz przeciwnie! – odparowała czupurnie. – I to jest właśnie to coś, czego nigdy nie zrozumiesz!
– No to mi wytłumacz! – wrzasnął piskliwie dyplomata.
Ewa wypiła jeszcze jeden kieliszek.
– Bo w Polsce mieszkają bociany, które zawsze wracają do swojego gniazda. Czy ty wiesz, o czym ja w ogóle mówię? – spojrzała mu buńczucznie w oczy.
– Nie bardzo – bąknął. – Możesz się wyrażać jaśniej?
– Co ja ci będę wyjaśniać biedaku, skoro ty nigdy nie pojmiesz, czym jest dla mnie Polska! – powiedziała po polsku, bo język już zaczął się jej plątać od wiśniówki. – Może to zapach bzu? Urok przydrożnych wierzb? Kapujesz barania głowo, o czym ja mówię? Czy ty masz pojęcie, co to jest zapach polskiego chleba?
– Chyba za dużo wypiłaś!
– No widzisz! A jednak nic nie rozumiesz gamoniu!
Popatrzyła na niego żałośnie:
 – Bo dla ciebie Chopin to tylko jeden z wielu kompozytorów, a dla mnie to coś znacznie, znacznie więcej! Ale ty tego nigdy nie zrozumiesz.
– Nie pij już, kochanie, proszę! – pogłaskał ją po ramieniu.
Odsunęła się od niego, nie kryjąc niechęci.
Przez chwilę milczała obracając w palcach opróżniony kieliszek.
– Jestem bardzo zmęczona – ucięła rozmowę.
– Życzę dobrej nocy! – sarknął rozwścieczony dyplomata i udał się do swojego gabinetu.

Ewa poszła do pokoju Marynki, która jeszcze nie spała.
– Przytul mnie, mamusiu!
– Chodź! Moja kruszynko! Tuliła córeczkę, jak potrafią tylko kochające matki. Powiem ci teraz, jak twoja babcia w Polsce urządzała Wigilię, kiedy byłam mała. Marynka zamieniła się w słuch, a Ewa opowiadała jej o wietrze wyjącym w kominie, o trzaskającym mrozie malującym po szybach koronkowe wzory, o kuchennym piecu z rozpaloną blachą, gdzie w żeliwnych garnkach dochodziły wigilijne cymesy, o rozchodzących się po domu zapachach cynamonu, pieczonego makowca i pykającego na wolnym ogniu grochu z kiszoną kapustą, o pachnącej żywicą jodłowej choince, o pacierzu, o świętym trzasku łamanego opłatka, o marynowanych prawdziwkach, srebrzystych śledzikach z gorczycą, karpiu w galarecie, makowych kluskach, kutii...

Przy kompocie z śliwkowego suszu Marynka już smacznie spała, a po zaróżowionej buzi błąkał się beztroski uśmiech szczęśliwego dziecka. Ewa nie zmrużyła oka do samego rana. Przez całą noc dręczyły ją myśli o małym księciu, którego zostawiła w Krakowie…”, koniec cytatu.

Życzę wszystkim Państwu na te Święta wszystkiego, co najlepsze, - zaś obłudnych pisowskich ortodoksów namawiam na chwilę bożonarodzeniowej autorefleksji.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Post Scriptum

Ja oczywiście nie będę oceniał swojej książki.

Ale dla porządku przytoczę Państwu tekst recenzji „Magii namiętności ”, autorstwa prezesa krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich profesor Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego Gabrieli Matuszek, wygłoszony przez panią profesor przed kilkuset osobowym audytorium na promocji rzeczonej książki, która odbyła się w dniu 4 sierpnia 2010r. na tarasach widokowych hotelu SPA „Dom Zdrojowy” w Jastarni:

Gabriela Matuszek
Krzysztof Pasierbiewicz, Magia namiętności
Promocja książki

Po dwóch swego rodzaju dokumentujących książkach Krzysztof Pasierbiewicz sięgnął po formę literacką, fikcjonalną, choć materiał jej jest autentyczny, oparty na własnym życiu autora.
Myślę, że to pisanie wyrasta z potrzeby dawania świadectwa własnego życia: jego zapisu, rozliczenia, nadania sensu.
Ale jest także głosem pokolenia, którego młodość przypadała na lata 60. i 70.te; tej jego części, która zdołała oprzeć się szarości komuny, miała odwagę wieść barwne życie.
To miejsce, które skupiało kiedyś pięknych młodych ludzi alternatywnego PRLu, wydaje się najlepszym miejscem na jej promocję. Nie wątpię, że zgromadzona tu publiczność będzie jej najlepszym odbiorcą – to książka o Was, o Państwa młodości przeżytej w smutnym, choć na swój sposób bardzo wesołym kraju, Waszych doświadczeniach – szaleństwach, spełnieniach częściowych, niespełnieniach absolutnych, o magii miłości, która rozświetla nawet najbardziej ponurą rzeczywistość, ale niekoniecznie musi z nią wygrać.
Czuję się zaszczycona, że mogę być tu dziś z Państwem. Dziękuję Krzysztofowi, że zaprosił mnie do tej randki w ciemno. Być może zaczarowana magią miejsca i ludzi, i zapewne autora, który dwa lata temu przyszedł do nas, krakowskiego Stowarzyszenia Pisarzy i stał się naszym Przyjacielem, zgodziłam się wziąć udział w promocji tej książki, nie znając jej treści. Dziś już ją znam. I coś na ten temat mam Państwu powiedzieć.
Jest to romans, który może mieć duże powodzenie u czytelników. Nie dlatego, że jest to wysoka literatura – bo autor nie miał aż takich ambicji, ale ponieważ zawiera te elementy, które czytelnicy lubią: jest to opowieść o wielkiej namiętności, rozgrywająca się w atrakcyjnych przestrzeniach, prowadzona w sposób żywy, barwny, wciągający suspensami. Autor prowadzi czytelnika przez zawikłane meandry niepowszedniego romansu, w którym konkurują ze sobą baśniowy książę zza żelaznej kurtyny i ubogi krakowski student, luksus zachodniego świata i słońce Brazylii skonfrontowane jest z szarością PRLu. Kto wygra? A może wszyscy tu przegrywają?
Czy romantyczna miłość przetrwała próbę czasów, w konfrontacji ze szpetotą i perfidią komuny? Czy szalony romans może udać się w bloku z wielkiej płyty, pośród nienawistnych ludzi. I wreszcie, jaką cenę płaci się za dar wielkiej miłości?
Tego Państwo dowiedzą się po przeczytaniu tej książki.
Autor opowiada historię jednego romansu, ale właściwie jest to historia życia, jednostkowego i zbiorowego. Ukazane zostają różne środowiska: amerykańska polonia, świat top modelek i dyplomacji, zgrzebna komuna i mieszkańcy ubeckiego bloku, krakowska uczelnia i artystyczne kręgi.
Zaletą tej książki jest to, że biografia jednostkowa wpisana została w biografię zbiorową. Życie zawsze układa się wszak wedle wzoru aranżowanego przez historię – konteksty społeczne, polityczne, ekonomiczne determinują jego przebieg, co widać dopiero z odpowiedniej perspektywy, gdy wątki odsłaniają swój sens i domykają się kody.
Książka KP pisana jest z takiej właśnie perspektywy: dojrzałego mężczyzny, który potrafi spojrzeć wstecz, próbuje zrozumieć polityczne i uczuciowe mechanizmy własnego życia i wyciągnąć odpowiednie wnioski. A także zdobyć się na refleksje - na temat życia, miłości, wolności i zniewolenia, komunizmu i wolnego świata. Zrozumieć i ocenić historię, własną i cudzą.
W tło romansu wpisana jest panorama życia PRLu, zdefektowanej rzeczywistości, ale także polityczna i intelektualna opozycja i próby wybicia się na wolność.
Zderzenie dwóch światów – PRLu i Zachodu – zgrzebnego socjalizmu, szczerości, zabawy, nie myślenia o jutrze, zdystansowanego stosunku do wartości materialnych - ze światem zachodniego liberalizmu, w którym odminuje luksus materialny i płytkość duchowa, prowadzi do znanych konkluzji: biednie znaczy bogato; cierpienie i niewola wzbogacają ludzkie dusze, wolność i dostatek kaleczą wrażliwość.
Życie ciekawe i spełnione polega na doświadczeniu miłości, ale także cierpienia, a przede wszystkim odwadze: zmian, sprzeciwu, życia według własnego pomysłu.
Dynamiczna kompozycja tej książki pozwala na lekką, wakacyjną lekturę – zbudowana jest z krótkich rozdziałów, jest ich 120 + epilog, wyraziście nazywanych: Oczarowanie, Pokusa, Golgota, Obłęd, Eldorado, Ojczyzna.
To bardzo filmowa konstrukcja – książka może być świetnym materiałem na scenariusz filmowy. Namiętny romans z PRL-em w tle, w którym ważną rolę odgrywa patriotyzm i poczucie narodowej tożsamości. Czyli powieść ta zawiera to wszystko, czego potrzeba, aby stworzyć film o nas, Polakach, miłosnym, ale i zbiorowym szaleństwie. Rzeczywistość poddaną idealizacji i przetworzoną w mit…
”, koniec cytatu.

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (15)

Inne tematy w dziale Polityka