echo24 echo24
223
BLOG

Oratorska szkoła Trumpa, czyli jak mówić możliwie najdłużej, żeby nic nie powiedzieć

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 30
Konferencja Prasowa prezydenta USA po ataku na Wenezuelę

Właśnie obejrzałem konferencję prasową Donalda Trumpa w sprawie rzekomego „napadu” sił zbrojnych USA na Wenezuelę i muszę przyznać jedno: to było mistrzostwo świata w dyscyplinie gadania o niczym. Gdyby słowa można było liczyć w tonach, Pentagon mógłby ogłosić pełnoskalową ofensywę. Gdyby jednak liczyć sens — mielibyśmy raczej manewry pozorowane.

Zaczęło się jak zwykle: od podziękowań. Dla wszystkich, za wszystko, najlepiej z wyprzedzeniem. Potem przyszły wielkie słowa — bezpieczeństwo, wolność, stabilność, wartości, dobrobyt, — krążące nad tematem jak drony rozpoznawcze, które nigdy nie schodzą na tyle nisko, żeby coś faktycznie zobaczyć. Wenezuela pojawiała się i znikała, słowem jak w piosence Maanamu falowanie i spadanie - raz jako problem, raz jako wyzwanie, raz jako niemal metafora. O konkretach mówiono z taką ostrożnością, jakby miały za chwilę wybuchnąć.

Kulminacją był moment, w którym po kilkudziesięciu minutach przemowy wiedzieliśmy jedno: sytuacja jest jednocześnie poważna i pod kontrolą, dynamiczna i stabilna, a decyzje zapadły — choć jeszcze nie do końca. Słowem stara i sprawdzona szkoła retoryki: mówić długo, głośno i z przekonaniem, by nikt nie zauważył, że treść wyszła na papierosa i nie wróciła. I trzeba przyznać: w tej konkurencji Donald Trump pozostaje niekwestionowanym arcymistrzem. I nie bójmy się powiedzieć, że to, co zaprezentował na tej konferencji prezydent USA - to kakofoniczny bełkot narcystycznego bufona dopieszczającego na oczach świata swe monumentalnie wybujałe ego.

Bo obecny prezydent USA to niekwestionowany — mistrz pauzy, akrobata zdania, które nic nie znaczy, wódz przecinków, generał dygresji, co na zasadzie "dobry bajer pół roboty" potrafi z jednego „być może” zbudować łuk triumfalny. Najpierw więc dziękował wszystkim: Narodowi, narodzikowi, żołnierzom obecnym, nieobecnym i tym, którzy jeszcze się domyślą, że też powinni być wdzięczni. Potem mówił, że sytuacja jest poważna — ale spokojna. Dynamiczna — lecz stabilna. Tajna — więc oczywiście opowiedziana w dwudziestu wersjach, z których każda zaprzeczała poprzedniej.

Wenezuela pojawiała się jak rekwizyt: Raz jako zagrożenie, raz jako nieporozumienie, raz jako wielka, piękna szansa, której szczegóły — jakżeby inaczej — pozostaną szczegółami. A gdy pytania dziennikarzy zaczynały dogryzać, mówca triumfalnie ogłaszał monumentalne zwycięstwo: wolności, wartości i wszelkiej pomyślności. Do tego jeszcze kilka słów, które brzmią dostojnie, gdy nie mają żadnej treści. I tak mijały minuta za minutą, zdanie goniło zdanie, sens uciekł w krzaki, a publiczność się dowiedziała, iż wie już jedno na pewno: że mówić długo to też forma bombardowania — tyle że znaczeń.

Ja zaś po tej konferencji wiem o tym, co się wydarzyło w Wenezueli jeszcze mniej, niż przed jej rozpoczęciem.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik,

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (30)

Inne tematy w dziale Polityka