Właśnie obejrzałem konferencję prasową Donalda Trumpa w sprawie rzekomego „napadu” sił zbrojnych USA na Wenezuelę i muszę przyznać jedno: to było mistrzostwo świata w dyscyplinie gadania o niczym. Gdyby słowa można było liczyć w tonach, Pentagon mógłby ogłosić pełnoskalową ofensywę. Gdyby jednak liczyć sens — mielibyśmy raczej manewry pozorowane.
Zaczęło się jak zwykle: od podziękowań. Dla wszystkich, za wszystko, najlepiej z wyprzedzeniem. Potem przyszły wielkie słowa — bezpieczeństwo, wolność, stabilność, wartości, dobrobyt, — krążące nad tematem jak drony rozpoznawcze, które nigdy nie schodzą na tyle nisko, żeby coś faktycznie zobaczyć. Wenezuela pojawiała się i znikała, słowem jak w piosence Maanamu falowanie i spadanie - raz jako problem, raz jako wyzwanie, raz jako niemal metafora. O konkretach mówiono z taką ostrożnością, jakby miały za chwilę wybuchnąć.
Kulminacją był moment, w którym po kilkudziesięciu minutach przemowy wiedzieliśmy jedno: sytuacja jest jednocześnie poważna i pod kontrolą, dynamiczna i stabilna, a decyzje zapadły — choć jeszcze nie do końca. Słowem stara i sprawdzona szkoła retoryki: mówić długo, głośno i z przekonaniem, by nikt nie zauważył, że treść wyszła na papierosa i nie wróciła. I trzeba przyznać: w tej konkurencji Donald Trump pozostaje niekwestionowanym arcymistrzem. I nie bójmy się powiedzieć, że to, co zaprezentował na tej konferencji prezydent USA - to kakofoniczny bełkot narcystycznego bufona dopieszczającego na oczach świata swe monumentalnie wybujałe ego.
Bo obecny prezydent USA to niekwestionowany — mistrz pauzy, akrobata zdania, które nic nie znaczy, wódz przecinków, generał dygresji, co na zasadzie "dobry bajer pół roboty" potrafi z jednego „być może” zbudować łuk triumfalny. Najpierw więc dziękował wszystkim: Narodowi, narodzikowi, żołnierzom obecnym, nieobecnym i tym, którzy jeszcze się domyślą, że też powinni być wdzięczni. Potem mówił, że sytuacja jest poważna — ale spokojna. Dynamiczna — lecz stabilna. Tajna — więc oczywiście opowiedziana w dwudziestu wersjach, z których każda zaprzeczała poprzedniej.
Wenezuela pojawiała się jak rekwizyt: Raz jako zagrożenie, raz jako nieporozumienie, raz jako wielka, piękna szansa, której szczegóły — jakżeby inaczej — pozostaną szczegółami. A gdy pytania dziennikarzy zaczynały dogryzać, mówca triumfalnie ogłaszał monumentalne zwycięstwo: wolności, wartości i wszelkiej pomyślności. Do tego jeszcze kilka słów, które brzmią dostojnie, gdy nie mają żadnej treści. I tak mijały minuta za minutą, zdanie goniło zdanie, sens uciekł w krzaki, a publiczność się dowiedziała, iż wie już jedno na pewno: że mówić długo to też forma bombardowania — tyle że znaczeń.
Ja zaś po tej konferencji wiem o tym, co się wydarzyło w Wenezueli jeszcze mniej, niż przed jej rozpoczęciem.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)
Inne tematy w dziale Polityka