Dedykowane Właścicielom i Administratorom Salonu24
Stali czytelnicy mojego blogu doskonale wiedzą, że odkąd Jarosław Kaczyński postanowił uczynić Stanisława Piotrowicza i Krystynę Pawłowicz twarzami Prawa i Sprawiedliwości, moja krytyka tej partii przestała być umiarkowana, a stała się systematyczna, bezkompromisowa i – nie ma co ukrywać – dla wielu bolesna. Wiedzą też, że niemal każda taka notka uruchamia ten sam, dobrze naoliwiony mechanizm: pod tekstem pojawia się stado zawsze tych samych komentatorów, produkujących hektolitry jadu, agresji i hejtu.
Teoretycznie powinienem ich ignorować. Psychologia internetu zaleca: nie karmić trolla. Ale ja robię dokładnie odwrotnie. Karmię. Czasem nawet tuczę. Dlaczego? Bo w przeciwieństwie do wielu kolegów po piórze nie udaję, że nie interesuje mnie to, co naprawdę myślą ludzie popierający władzę. A już na pewno nie zamierzam im odbierać okazji do publicznego zaprezentowania własnego intelektualnego i moralnego wyposażenia.
Nie mam żadnego interesu w tym, by ortodoksyjni wyznawcy PiS przestali komentować mój blog. Wręcz przeciwnie – uważam, że ich emocjonalne, często wulgarne i agresywne wypowiedzi są bezcennym materiałem poznawczym. To właśnie w takich komentarzach objawia się nagie jądro tej formacji: jej język, jej mentalność, jej stosunek do innych ludzi, do prawa, do państwa i do elementarnych zasad kultury.
Tak, czasem ich prowokuję. Robię to świadomie i z premedytacją. Nie złośliwie, lecz metodycznie. Bo sprowokowany komentator mówi więcej niż tysiąc sondaży. W emocjach puszczają hamulce, opadają maski i znika polityczna poprawność. Wtedy widać wszystko: poziom intelektualny, horyzont myślowy, agresję, kompleksy, frustracje, pogardę dla „innych”, a nierzadko także własne lęki i niespełnione ambicje.
I właśnie tu dochodzimy do sedna sprawy.
Bloger działający pro publico bono znajduje się w sytuacji, o której polityk może tylko pomarzyć. Bloger może głośno myśleć. Może testować tezy, popełniać herezje, zadawać pytania niewygodne, a nawet nieprzyzwoite. Polityk musi kalkulować. Bloger nie musi. Polityk waży każde słowo. Bloger może rzucić je na stół i patrzeć, kto pierwszy się oburzy.
Co więcej – bloger może prowokować, a polityk nie. I właśnie dlatego bloger bywa groźniejszy niż parlamentarzysta. Bo prowokacja, o ile jest inteligentna, działa jak papier lakmusowy: natychmiast pokazuje, z kim mamy do czynienia. Komentarze nie kłamią. Kłamią programy wyborcze.
Nie miejmy złudzeń: to, co dzieje się w blogosferze, jest pilnie obserwowane przez wszystkie formacje polityczne. Każda poważna partia posiada zaplecze analizujące media społecznościowe – także blogi i komentarze pod nimi. Tam bowiem kryje się surowa, nieprzetworzona prawda o elektoracie. Komentarze są kopalnią wiedzy socjologicznej i politologicznej: pokazują realne emocje, a nie te deklarowane w ankietach.
Dlatego z pełnym przekonaniem twierdzę, że dobry bloger to nie ten, który buduje wokół siebie klub wzajemnej adoracji. Blogi, na których komentatorzy wyłącznie przytakują autorowi i utwierdzają się nawzajem w słuszności własnych poglądów, są intelektualnie jałowe – choćby miały setki tysięcy odsłon. To nie są miejsca debaty, lecz ideologiczne cieplarnie.
Dobry bloger musi być gotów na konflikt. Musi umieć wywoływać tematy niezręczne, niepopularne i niewygodne. Musi też być gotów „wziąć na klatę” falę obelg, pomówień i prymitywnych ataków. Taka jest cena niezależności. Kto jej nie chce płacić, niech lepiej zajmie się pisaniem laurek.
Interakcja między blogosferą a światem polityki istnieje – choć politycy uparcie udają, że jej nie ma. Czy znacie Państwo choć jeden konkretny przypadek - by polityk powołał się na tekst blogerski? Znam natomiast liczne przypadki cytowania przez nich całych fragmentów blogerskich tekstów, oczywiście bez podania źródła. To najlepszy dowód, że blogerzy są czytani, nawet jeśli oficjalnie się nimi gardzi.
Mówię to również z własnego doświadczenia. Wiem, że mój blog jest czytany przez polityków. Jeden z prominentnych polskich europosłów, którego spotkałem przypadkowo na lotnisku we Frankfurcie, powiedział mi wprost, że nie mam pojęcia, jak często i przez kogo analizowane są moje notki oraz komentarze pod nimi.
Na koniec jedna rzecz, którą muszę powiedzieć jasno, by nie było wątpliwości. Moja krytyka nie jest partyjna. Jest zasadnicza. Gdy w latach 2007–2015 równie bezlitośnie krytykowałem Platformę Obywatelską i Donalda Tuska, liczba bezkrytycznych wyznawców tej partii była dokładnie taka sama, jak dziś liczba fanatyków PiS. Wtedy warszawskie i krakowskie salony objęły mnie ostracyzmem, a sympatycy PiS nosili mnie na rękach. Dziś jest dokładnie odwrotnie.
Tak wygląda cena niezależności w Polsce.
Nie jest łatwo być blogerem, który nie klęka przed żadną władzą.
Ale właśnie dlatego bloger może więcej.
Krzysztof Pasierbiewicz
(emerytowany nauczyciel akademicki AGH, niezależny bloger)
Najtrafniejszy komentarz:
@Lchlip [8 stycznia 2026, 09:28]
Muszę przyznać, że Pańskie teksty są coraz bardzie interesujące, zaglądają coraz bardziej pod skórę a nie tylko surfują po jej powierzchni. I muszę przyznać, że Pańska nieustępliwość w tępieniu hejterów, chamów i wszelkiej maści troli jest imponująca.
Inne tematy w dziale Kultura